Rozdział 12: Szare Garnitury
Wyjście z tylnych wrót Instytutu i przejście w ciasne, duszne gardło zaułka Sektora 4 przypominało nagły i bolesny spadek jakości w starym, przeciążonym silniku graficznym. Powietrze, jeszcze przed chwilą sterylne, chłodne i pachnące syntetycznym ozonem klimatyzacji centralnej, uderzyło w płuca Petera ciężkim, lepkim fetorem dolnych poziomów metropolii. Pachniało tu rdzewiejącym żelazem, starym smarem hydraulicznym, paloną gumą i zgniłymi algami, które stanowiły podstawę diety najniższych warstw społecznych.
Zimny, ołowiany deszcz zaczął padać nagle, ale nie był to naturalny opad. Z powodu niedawnego przeciążenia sieci i awarii lokalnego węzła zasilania w Instytucie, system zaczął drastycznie ograniczać moc obliczeniową przydzielaną na renderowanie zjawisk atmosferycznych w tej strefie. Niebo nad głową Petera nie miało chmur; było tylko płaskim, jednostajnie szarym sklepieniem, z którego w regularnych, niemal geometrycznych odstępach spadały pionowe smugi wody. Deszcz był zoptymalizowany, sprowadzony do najprostszego wzorca. Krople nie miały nieregularnych kształtów, nie rozpryskiwały się w widowiskowy sposób na krawędziach betonowych gzymsów. Uderzały o asfalt z suchym, powtarzalnym „kliknięciem”, przypominającym odgłos setek miniaturowych przekaźników elektromagnetycznych. W wielu miejscach kolizja wody z podłożem w ogóle nie była rejestrowana – krople przenikały przez zardzewiałe blachy dachów budek handlowych i znikały w gruncie, nie pozostawiając wilgotnych śladów. Silnik fizyczny po prostu pomijał te kalkulacje, oszczędzając cenne cykle zegarowe dla procesów wyższego rzędu.
Peter szedł szybko, naciągając znoszony kaptur zgrzebnej kurtki głębiej na czoło. Sektor 4, w którym się znajdował, tonął w półmroku, chłodzie i wiecznej wilgoci. Całe otoczenie wokół niego zdawało się tracić ostrość. Tekstury na ścianach odrapanych kamienic, zamiast chropowatej powierzchni betonu i cegieł, wyświetlały rozmyte, szare plamy. Level of Detail – wskaźnik szczegółowości obiektów – spadł do absolutnego minimum. Krawędzie budynków były kanciaste, pozbawione zaokrągleń i wygładzeń krawędziowych, a schody prowadzące do przejścia podziemnego wyglądały jak wycięte z surowego bloku szarego tworzywa. To był klasyczny mechanizm oszczędzania zasobów. Gdy węzeł lokalny ulega awarii, algorytmy Demiurga natychmiast obcinają budżet renderowania peryferii. Detale są luksusem przeznaczonym dla tych stref, gdzie przebywają użytkownicy o wysokim statusie, gdzie zasoby płyną nieprzerwanym strumieniem z rdzenia. Tutaj, w ściekach Sektora 4, świat stawał się dwuwymiarowy, płaski i surowy jak szkic w brudnopisie.
W jego polu widzenia, tuż pod prawą powieką, mrugała drobna, czerwona dioda diagnostyczna nowo zainstalowanego bypassu Absolute-IP. Urządzenie chłodziło skórę za prawym uchem, wstrzykując w układ nerwowy cichy, metaliczny szum, który zagłuszał nieco pulsujący ból wewnątrz czaszki. Krew z nosa już nie leciała, ale czuł wewnątrz głowy tępe, pulsujące ciśnienie, jakby jego mózg był zbyt duży dla kościanego więzienia. Bypass był jak nielegalny interfejs debugujący, pozwalający dostrzec szwy, którymi zszyto tę rzeczywistość. Szedł powoli, stawiając kroki z ostrożnością człowieka, który wie, że podłoże pod jego stopami może w każdej chwili utracić atrybut stałości z powodu zwykłego błędu indeksowania pamięci.
Szedł i rozmyślał o naturze tego świata. Ludzie wierzyli, że żyją w ciągłej, płynnej i nieskończonej rzeczywistości. Jakże bardzo się mylili. Stała Plancka – ten najmniejszy, niepodzielny krok, kwantowa cegiełka przestrzeni – była niczym innym jak rozdzielczością ekranu, na którym wyświetlano ich egzystencję. Nic nie mogło być mniejsze niż długość Plancka, bo system nie posiadał mniejszej strefy adresowej, w której mógłby zapisać współrzędne cząstki. Wszystko było skwantowane, sprowadzone do siatki dyskretnych punktów. Czas również nie płynął; on skakał, klatka po klatce, z częstotliwością odświeżania centralnego procesora. Każda chwila była odrębnym stanem systemu, obliczanym w pętli głównej wszechświata.
Prędkość światła – kolejna świętość ortodoksyjnej fizyki – nie była kosmicznym cudem stworzenia ani wyrazem piękna praw natury. Była po prostu limitem przepustowości szyny systemowej. James Gates, dawno zapomniany fizyk, którego zakazane traktaty Oktavian odgrzebał w głębokich, zakurzonych archiwach dawnej sieci, odkrył w równaniach teorii superstrun binarne kody korygujące błędy. Dokładnie takie same, jakie stosowano w prymitywnych wyszukiwarkach i przeglądarkach internetowych u zarania ery cyfrowej. Dlaczego w samych fundamentach fizyki znajdowały się linijki kodu obronnego? Odpowiedź była jasna: wszechświat był programem. Programem, który musiał radzić sobie z utratą pakietów i błędami transmisji danych między swoimi węzłami.
A zjawisko kolapsu fali, ten największy sekret mechaniki kwantowej, o który spierali się filozofowie i naukowcy przez stulecia? Zwykły mechanizm leniwego renderowania, lazy rendering. Po co marnować moc obliczeniową na symulowanie położenia i stanu każdego atomu w pustym pokoju, w głębi oceanu czy na bezludnej planecie? System nie robił tego. Utrzymywał wszystko w stanie rozmytego prawdopodobieństwa – fali – dopóki żaden proces świadomy, żaden obserwator, nie wysłał zapytania za pośrednictwem zmysłów lub przyrządów pomiarowych. Dopiero wtedy, na gwałt, silnik rzeczywistości dokonywał kolapsu fali, rzucał wirtualną kością, wyliczał stan i rysował cząstkę. Świat powstawał na bieżąco, tylko tam, gdzie patrzyli. Reszta była ciemnością, nieprzetworzonym kodem czekającym w buforze pamięci na swoją kolej.
Gnostycy znali tę prawdę już dwa tysiące lat temu, choć opisywali ją językiem mitów i teologii. Ten świat nie był dziełem miłosiernego Boga. Był więzieniem stworzonym przez ślepego, ułomnego architekta – Jaldabaotha. Demiurg, programista-samouk o ograniczonych zasobach i ciasnych horyzontach, zbudował tę trójwymiarową pułapkę, by doić z ludzi ich energię życiową, ich loosh. Szare Garnitury były jego administratorami, Archontami pilnującymi porządku w kodzie, dbającymi o to, by żadna dusza nie zorientowała się, że jej cierpienie jest tylko paliwem dla systemu, looshem wyciskanym przez kosmiczne dojarki. Cała Kabbala, całe to mistyczne Drzewo Sefirot, to nic innego jak schemat blokowy bazy danych, w której każdy człowiek ma przypisany swój unikalny klucz główny.
Morfogenetyczne pola, o których pisał Sheldrake, były z kolei niczym innym jak współdzieloną pamięcią podręczną – cachem gatunkowym, w którym zapisywano najczęściej powtarzające się wzorce zachowań, struktur i reakcji fizjologicznych. To z tego cache'u Peter uczył się korzystać, dostrajając swój układ nerwowy do częstotliwości 0.1 Hz. Kiedy jego serce wchodziło w ten rytm, uzyskiwał bezpośredni dostęp do surowego bufora wejściowego lokalnego węzła, omijając standardowe API narzucone przez zmysły.
Przejście podziemne, do którego dotarł, pachniało zgniłymi odpadkami, starym moczem i tanim e-tytoniem. Jedyne światło dawał mrugający, uszkodzony hologram przedstawiający uśmiechniętą modelkę reklamującą syntetyczną zupę glonową Apex-Core. Jej twarz co kilka sekund wykrzywiała się w potwornym, cyfrowym glitchu, odsłaniając surowe wektory szkieletu modelu. Zamiast oka migała zielona linijka kodu błędu: 'VERTEXBUFFEROVERFLOW'. Z głośników sączyła się monotonna, zniekształcona melodia reklamowa, przerywana trzaskami statycznymi.
Peter szedł szybko, starając się nie patrzeć na modelkę, której zniekształcona twarz wydawała się drwić z jego własnej, organicznej słabości. Nagle z cienia filaru wyłoniły się cztery sylwetki.
Kaelen szedł na przedzie. W jego dłoni błyszczał długi, wibrujący nóż – nielegalna modyfikacja bojowa zasilana z akumulatora w przedramieniu. Za nim kroczyli trzej potężni cybrydzi w zniszczonych, skórzanych kurtkach i z tytanowymi kastetami na dłoniach. Byli to typowi przedstawiciele ulicznych synapsiarzy – ludzi, którzy sprzedali resztki własnego człowieczeństwa za tanie, nieekranowane modyfikacje, zmieniające ich w bezmyślne maszyny do bicia. Pierwszy z nich, Griss, był potężnym dryblasem o szarej cerze, charakterystycznej dla odrzucenia organicznego implantu. Z jego portu karkowego sączył się żółtawy żel limfatyczny, brudząc kołnierz zniszczonej, skórzanej kurtki. Drugi, chudy i wiecznie drżący Vane, miał twarz pociętą bliznami po wadliwej instalacji elektrod podskórnych. Trzeci, Torx, milczący jak grób, trzymał w ręku ciężki, stalowy pręt.
– Myślałeś, że to ujdzie ci na sucho, organik? – syknął Kaelen. Jego implant optyczny wciąż był ciemny, ale zdrowe oko płonęło dziką wściekłością. – Lukas skończył w bloku utylizacji. Wyczyszczą mu mózg do zera. A wszystko przez twoje pierdolone sztuczki z logami. Myślałeś, że jesteś sprytny? Że zmienisz routing i nikt się nie połapie? Myślałeś, że system zapomni? System nie zapomina, organik. Ktoś musi zapłacić za stratę. A strata Lukasa kosztowała nas udziały w dystrybucji na dolnych sektorach.
– Sam się tam wpakował, Kaelen – odpowiedział Peter, zatrzymując się i nieznacznie obniżając środek ciężkości. His dłoń w kieszeni kurczowo zacisnęła się na stalowym kluczu francuskim. – Chciał mnie sprzedać Szarym Garniturom. Ja tylko zmieniłem tablicę routingu. To się nazywa samoobrona sieciowa. W waszym żargonie: zasada ograniczonego zaufania do pakietów wejściowych. Lukas był wadliwym pakietem, więc go odrzuciłem. Miał za długą historię błędów, by ryzykować stabilność mojego własnego kodu.
– Gówno mnie to obchodzi – warknął Kaelen, dając znak swoim ludziom. – Tutaj nie ma Hektora. Nie ma kamer, bo lokalny podwęzeł leży i kwiczy. Twoje logi za chwilę będą puste, bo nie zostanie z ciebie nic. Griss, Vane, brać go!
Dwaj pierwsi cybrydzi ruszyli do przodu. Byli szybcy, ale ich ruchy były toporne, oparte na surowej sile mechanicznych stawów. Pierwszy z nich, Griss, wyprowadził potężny cios kastetem, celując w skroń Petera. Pneumatyczne siłowniki w jego ramieniu syknęły głośno, wypuszczając chmurkę brudnej pary.
Peter spowolnił oddech. Klik... klik... klik... – metronom w jego głowie, napędzany przez Absolute-IP, odmierzał sekundy.
Wszedł w stan koherencji 0.1 Hz. Wokół niego czas stracił swoją liniową ciągłość. Stał się ciągiem klatek, klatka po klatce. To nie była magia; to była synchronizacja. Peter dostroił swój układ nerwowy do częstotliwości rezonansowej morfogenetycznego pola, w którym zapisane były podstawowe funkcje życiowe i motoryczne wszystkich istot w tym sektorze. Kiedy jego serce zaczęło bić w tym precyzyjnym, powolnym rytmie, jego mózg przestał być jedynie odbiorcą sygnałów ze zmysłów. Stał się filtrem zdolnym do wykrywania latencji w silniku fizycznym otoczenia.
Griss wyprowadził potężny cios prawą ręką. Tytanowy kastet, osadzony na zgrubiałych, sztucznych stawach palców, mknął prosto w skroń Petera. W normalnych warunkach człowiek nie miałby szans na unik – ruch był zbyt szybki, napędzany ciśnieniem oleju w siłownikach. Ale Peter widział pierdoloną latencję. Tanie, chińskie sterowniki zainstalowane w kręgosłupie Grissa potrzebowały około trzydziestu milisekund na przetworzenie sygnału z kory mózgowej i przekazanie go do zaworów hydraulicznych ramienia. To było wąskie gardło. Opóźnienie, które w świecie wysokiej rozdzielczości jest niewidoczne, ale w warunkach kryzysu sieciowego staje się przepaścią.
Peter po prostu zrobił minimalny, precyzyjny krok w lewo, przesuwając głowę o zaledwie pięć centymetrów. Tytanowy kastet świsnął mu tuż koło ucha, niosąc ze sobą podmuch brudnego powietrza i zapach starego smaru, po czym z impetem uderzył w betonowy filar. Rozległ się ogłuszający huk, z betonu posypały się iskry i odłamki.
Zanim Griss zdołał cofnąć ramię lub zresetować cykl pracy siłownika, Peter wyprowadził kontratak. Nie celował w korpus ani w twardą, wzmocnioną czaszkę. Wyciągnął z kieszeni ciężki stalowy klucz francuski i z pełnym zamachem uderzył bezpośrednio w odsłonięty, plastikowy port karkowy Grissa.
To buvo czułe miejsce każdego cybryda niskiej klasy. Port karkowy, interfejs neuro-szyny łączący ludzki rdzeń kręgowy z zewnętrznym procesorem motorycznym, był słabo zabezpieczony. Klucz uderzył z metalicznym brzdękiem. Plastikowa osłona pękła z głośnym trzaskiem. Z uszkodzonego złącza natychmiast trysnęła nie krew, ale niebieskawy, gęsty żel przewodzący, używany do chłodzenia i izolacji styków optoelektronicznych.
Griss zesztywniał. Jego oczy wywróciły się do tyłu, ukazując tylko białka, na których zaimplementowany w soczewkach wyświetlacz zaczął rzucać czerwone, ostrzegawcze napisy o błędzie komunikacji z peryferiami. Impulsy z jego mózgu przestały docierać do dolnych partii ciała. Jego wielkie, zniekształcone modyfikacjami ciało straciło równowagę i runęło na zalany deszczem beton niczym worek mokrego cementu. Z portu karkowego wciąż sączył się niebieski żel, mieszając się z brudną wodą.
W tym samym ułamku sekundy z boku doskoczył drugi cybryd, Vane. W jego dłoniach kołysał się ciężki, zardzewiały pręt zbrojeniowy. Vane był szybszy od Grissa, jego modyfikacje opierały się na sztucznych włóknach mięśniowych, które nie potrzebowały ciężkiej hydrauliki, lecz działały na zasadzie elektro-skurczu.
Peter nie odwrócił się w jego stronę. Zamiast tego skupił wzrok na kałuży, w której stał napastnik.
To był czas na kolejny exploit – polaryzację wody.
Woda w Sektorze 4 nie była czystą deszczówką. Była to gęsta zawiesina pełna soli mineralnych, kwasów przemysłowych, metali ciężkich i resztek elektrolitów z nieszczelnych baterii – idealny, wysoce przewodzący roztwór elektrolitu. Cząsteczki wody, jako dipole, mają naturalny moment elektryczny. Peter, korzystając z bypassu Absolute-IP, wyemitował przez podeszwy swoich butów – które wyposażył wcześniej w miedziane, uziemione blaszki – krótki, precyzyjnie modulowany impuls elektryczny o wysokim napięciu, oparty na ciągu Fibonacciego i częstotliwości dysonansu eterycznego.
Impuls ten w ułamku mikrosekundy spolaryzował dipole wody w kałuży wokół stóp Vane'a. Powstało gwałtowne pole elektryczne o wysokim natężeniu.
Tanie, nieekranowane implanty mięśniowe, które Vane miał wszczepione w udach i łydkach, nie posiadały ochrony klatki Faradaya. Ich działanie opierało się na odczytywaniu mikroskopijnych zmian potencjału błonowego komórek i przekładaniu ich na skurcz syntetycznych mikrowłókien polimerowych. Gdy potężny gradient elektryczny z kałuży uderzył w jego nogi, doszedł do przebicia dielektrycznego izolacji implantów.
Prąd popłynął bezpośrednio do obwodów sprzężenia zwrotnego. Zamiast kontrolowanych sygnałów sterujących, procesory mięśniowe Vane'a zostały zalane falą chaotycznych, maksymalnych impulsów elektrycznych. Spowodowało to natychmiastowy, potworny skurcz tężcowy wszystkich syntetycznych mięśni w jego dolnych kończynach.
Vane wydał z siebie zduszony, nieludzki pisk. Jego nogi wyprostowały się z taką siłą, że stawy kolanowe wygięły się w drugą stronę z głośnym, suchym trzaskiem pękających ścięgien i kości. Własne implanty złamały mu nogi, działając z maksymalną, niekontrolowaną mocą. Cybryd runął w błoto, drżąc gwałtownie w konwulsjach, gdy jego sterowniki silnikowe weszły w nieskończoną pętlę restartu, próbując bezskutecznie zresetować napięcie na uszkodzonych tranzystorach polowych.
Kaelen cofnął się o dwa kroki. Jego twarz, dotychczas wykrzywiona pewnością siebie i wściekłością, nagle zbladła, przybierając barwę brudnego tynku. Spojrzał na leżącego bezwładnie Grissa, potem na drgającego w konwulsjach Vane'a, z którego nóg unosił się zapach spalonej izolacji i pieczonego mięsa.
– Ty... ty pierdolony synapsiarzu... – wykrztusił Kaelen. – Co ty im zrobiłeś? Jakie to kody?
– To nie kody, Kaelen – powiedział Peter spokojnym, niemal monotonnym głosem. Jego serce wciąż biło w rytmie 0.1 Hz, a świat wokół niego wydawał się dziwnie cichy, jakby ktoś wyciszył dźwięki tła w opcjach systemu. – To po prostu znajomość fizyki tego świata. Tego, jak bardzo jest niedopracowany. Jak tanie są wasze zabawki.
– Zdechniesz! – wrzasnął Kaelen i rzucił się naprzód.
Wibro-nóż w jego dłoni poruszał się z niesamowitą prędkością, tnąc powietrze w skomplikowanych, chaotycznych wzorach. Kaelen nie był amatorem; potrafił walczyć. Ostrze bzyczało jak wściekły szerszeń, a powietrze wokół niego drżało od wysokiej temperatury wywołanej tarciem cząsteczek. Każde muśnięcie tej broni mogło zamienić ciało Petera w krwawą miazgę.
Peter cofał się powoli, pozwalając Kaelenowi na wyprowadzanie ciosów. Czekał. Mierzył odległość i czas. Za jego plecami znajdowała się gruba, stalowa rura instalacji wysokociśnieniowej, doprowadzająca parę technologiczną do niższych sektorów. Rura była zardzewiała, ale solidna, wykonana z grubej, hartowanej stali i mocno zakotwiczona w betonowej ścianie tunelu.
Kaelen wyprowadził szybkie, proste pchnięcie, celując bezpośrednio w klatkę piersiową Petera. Ruch był precyzyjny i zabójczy.
W tym ułamku sekundy Peter użył najtrudniejszego i najbardziej niebezpiecznego ze swoich exploitów: phasingu kolizyjnego.
W silniku fizycznym Demiurga wykrywanie kolizji (collision detection) było procesem niezwykle kosztownym obliczeniowo. Aby zaoszczędzić zasoby podczas trwającego glitchu zasilania, system przechodził w tryb uproszczonej weryfikacji. Zamiast ciągłego sprawdzania kolizji w każdym kroku czasowym (continuous collision detection), silnik sprawdzał je tylko w określonych interwałach (discrete collision detection) i tylko dla obiektów zakwalifikowanych jako 'solidne' o wysokim priorytecie.
Peter, używając swojego bypassu, wysłał do lokalnego węzła fałszywy pakiet danych diagnostycznych. Zmienił swój identyfikator w tablicy kolizji systemu. Na ułamek sekundy zadeklarował swoje ciało jako obiekt typu 'trigger' – niematerialną strefę kontrolną, przez którą inne obiekty mogą przechodzić bez wywoływania reakcji fizycznej.
Ostrze Kaelena uderzyło w pierś Petera.
Ale nie nastąpiło cięcie. Ostrze przeszło przez materiał jego kurtki, przez skórę, mięśnie i kości, nie napotykając najmniejszego oporu. Kaelen poczuł jedynie dziwne, lodowate zimno, jakby włożył dłoń w gęstą mgłę. Jego zdziwienie trwało jednak tylko mikrosekundę. Ponieważ nie napotkał żadnego oporu, pęd jego ciała poniósł go naprzód.
Wibro-nóż przeszedł przez ciało Petera i z pełną siłą uderzył w stojącą tuż za nim stalową rurę.
W tym momencie Peter natychmiast wyłączył exploit, przywracając swoje ciało do normalnego stanu fizycznego.
Nóż Kaelena wbił się głęboko w stalową rurę. Stalowa instalacja, będąca gigantycznym, uziemionym monolitem, nie zamierzała ustąpić. Wibracje ostrza o częstotliwości 20 kHz napotkały barierę o gęstości, której nie były w stanie zniszczyć w ułamku sekundy. Fala uderzeniowa drgań, zamiast rozproszyć się w materiale, odbiła się od rury i powróciła ze zdwojoną siłą wzdłuż ostrza, prosto do rękojeści noża i cybernetycznej dłoni Kaelena.
Rezonans był niszczycielski. Piezoelektryczne kryształy wewnątrz noża eksplodowały pod wpływem ciśnienia wstecznego. Wysokonapięciowy prąc z akumulatora cofnął się do siłowników ramienia Kaelena.
Rozległ się głośny, metaliczny pisk, a zaraz po nim nastąpiła seria gwałtownych, małych eksplozji pod skórą jego przedramienia. Tranzystory sterujące siłownikami spaliły się w ułamku sekundy, wydzielając gryzący, czarny dym o zapachu spalonego bakelitu, ozonu i syntetycznego osocza. Sztuczne ścięgna z pamięcią kształtu skurczyły się gwałtownie pod wpływem temperatury i stopiły w jedną bezkształtną masę.
Kaelen wrzasnął dziko z bólu, puszczając rękojeść noża. Ostrze, zakleszczone na głębokość kilku centymetrów w stalowej rurze, wciąż lekko drżało, wydając z siebie cichy, gasnący jęk. Kaelen osunął się na kolana, trzymając się za zwęglone, dymiące przedramię, z którego sypały się ostatnie, żółte iskry.
Peter stanął nad nim. Jego twarz była mokra od deszczu, brudna od sadzy i oleju, ale oczy wciąż świeciły tym samym, nienaturalnym, zimnym, złotym blaskiem. Wycofywał się powoli ze stanu koherencji, czując, jak jego serce wraca do normalnego, przyspieszonego rytmu, a w klatce piersiowej pojawia się piekący ból – cena, jaką jego organiczne ciało płaciło za manipulowanie kodem rzeczywistości.
– Kim... kim ty, kurwa, jesteś? – wycharczał Kaelen, spoglądając na niego z dołu z przerażeniem. Jego zdrowe oko było szeroko otwarte, a źrenica drżała. – Jesteś jakimś demonem? Ludzie nie potrafią takich rzeczy... To niemożliwe...
– Wszystko jest możliwe, Kaelen, jeśli wiesz, że prawa fizyki to tylko zalecenia kompilatora – odpowiedział Peter cicho. Pochylił się nad nim, chwycił zdrową dłonią za kołnierz jego skórzanej kurtki i szarpnął lekko do góry, zmuszając go do spojrzenia mu w oczy. – Jesteście tylko śmieciami w tym systemie. Myślicie, że rządzicie tymi ulicami, a jesteście tylko procesami tła, które administratorzy pozwalają tolerować, dopóki nie zaczną generować zbyt wielu błędów. Lukas wygenerował błąd. Ty właśnie robisz to samo.
Peter wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni kurtki Kaelena. Wyczuł twardy, prostokątny kształt. Wyciągnął go – to był czytnik kredytowy, stary model z wysuwaną anteną i zarysowaną obudową z taniego plastiku.
Kaelen spróbował go powstrzymać, ale Peter bez wahania uderzył go lekko kluczem francuskim w ramię, sprawiając, że cybryd syknął i zwinął się z bólu.
Peter włączył swój naręczny terminal. Zbliżył czytnik Kaelena do cewki indukcyjnej na swoim przedramieniu. Na małym, monochromatycznym ekranie jego terminalu rozbłysły zielone znaki:
„Wykryto urządzenie zewnętrzne. Autoryzacja transferu...”
Peter szybko wprowadził na klawiaturze terminalu prosty skrypt obchodzący zabezpieczenia PIN – stary exploit dla czytników tej generacji, który Oktavian pokazał mu kilka miesięcy temu.
„Przelew zatwierdzony. Dodano: 450 kredytów. Odbiorca: Peter_992. Aktualny stan konta: 460.18 kredytu”.
– Czterysta pięćdziesiąt kredytów – powiedział Peter, patrząc na ekran. – Tyle kosztuje naprawa mojego wizerunku w Instytucie po tym, jak wasi ludzie próbowali mnie wrobić. I to jest rekompensata za Lukasa.
Rzucił pusty, bezwartościowy czytnik w błoto, tuż obok twarzy Kaelena.
– Nie pokazuj mi się na oczy, Kaelen. Następnym razem nie wyłączę kolizji dla twojego serca.
Zostawił jęczącego przywódcę gangu w ciemnym, zalanym deszczem zaułku. Griss wciąż leżał bezwładnie, a Vane cicho skomlał, trzymając się za połamane nogi. Torx, trzeci z cybrydów, który do tej pory stał z boku, nie odważył się zrobić ani kroku. Rzucił stalowy pręt na ziemię i podniósł ręce w geście poddania. Peter nawet na niego nie spojrzał, po prostu minął go i wszedł w labirynt bazaru.
Szedł szybko, starając się nie zwracać na siebie uwagi nielicznych przechodniów. Sektor 4 umierał w milczeniu. Wzdłuż ulic stały rzędy prowizorycznych budek z blachy falistej, z których ulatniał się dym ze spalanych śmieci i starych opon. Ludzie – a raczej to, co z nich zostało – koczowali wokół metalowych beczek z ogniem. Byli to synapsiarze w ostatnim stadium rozpadu tkanki, ofiary tanich modyfikacji i narkotyku zwanego 'loosh-drop', który pozwalał im na chwilę zapomnieć o głodzie i zimnie, przenosząc ich świadomość do prymitywnych, wirtualnych rajów. Wyglądali jak żywe trupy. Ich skóra miała szarawy, ziemisty odcień, a z niezagojonych ran po implantach sączyła się ropa. Wielu z nich cierpiało na 'bajt-rasizm' ze strony bogatszych mieszkańców wyższych sektorów – byli traktowani jak przestarzały sprzęt, jak śmieci zajmujące przestrzeń adresową, które należy jak najszybciej poddać recyclingowi.
Bazar na placu centralnym Sektora 4, zazwyczaj tętniący życiem i hałasem nielegalnego handlu, dziś był upiornie cichy. Deszcz bębnił o blaszane dachy budek, tworząc monotonną, usypiającą melodię. Większość straganów była pozamykana, a ich właściciele uciekli przed nadciągającą burzą i plotkami o zbliżającej się czystce systemowej. Peter przemknął między rzędami zamkniętych kramów, czując, jak zimna woda powoli przesiąka przez szwy jego kurtki. Każdy krok sprawiał mu fizyczny ból; bypass za uchem pulsował gorącem, a jego własny kod genetyczny – wciąż wykazujący anomalie po ostatniej sesji – wydawał się walczyć z obcym oprogramowaniem.
Każdy z nas jest tylko pętlą w większym programie, pomyślał. Rodzimy się, wykonujemy instrukcje warunkowe zapisane przez architekta, a potem jesteśmy usuwani przez garbage collector, sprzątacza pamięci, który dba o to, by system nie zapchał się starymi danymi. Czy Oktavian miał rację? Czy istnieje wyjście z tej pętli? Czy można napisać instrukcję 'break' dla całego tego pierdolonego wszechświata?
Rozważania te przerwał mu widok znajomego zaułka. Dotarł wreszcie do komórki Oktaviana, wciśniętej w kąt między dwoma zardzewiałymi kontenerami mieszkalnymi. Już z daleka zauważył, że coś jest nie tak. Ciężkie, metalowe drzwi, które Oktavian zawsze ryglował na trzy skomplikowane zamki magnetyczne, zwisały smętnie z jednego zardzewiałego zawiasu. Wokół wejścia unosił się zapach spalonego plastiku i ozonu – wyraźny ślad użycia policyjnych palników plazmowych.
Peter pchnął drzwi, które otworzyły się z głośnym, przeciągłym skrzypieniem.
W środku panował potworny, przerażający bałagan. Warsztat Oktaviana, który dla Petera był jedyną świątynią wiedzy i spokoju w tym pierdolonym świecie, leżał w gruzach. Kanto-Core, jednostka centralna, na której Oktavian trzymał swoje najbardziej zaawansowane analizatory, została rozbita na kawałki. Ktoś metodycznie i bezlitośnie zniszczył wszystko, co miało jakąkolwiek wartość badawczą.
Wszystkie analogowe zegary, które Oktavian kolekcjonował z taką pasją, zostały połamane. Ich miedziane i mosiężne koła zębate, sprężyny i tarcze leżały rozrzucone na podłodze, chrzęszcząc pod butami Petera jak kości małych zwierząt. Zegary te nie były dla Oktaviana jedynie ozdobą; uważał je za symbole prawdziwego, ciągłego czasu, który istniał przed tym, jak Demiurg podzielił wszystko na dyskretne kwanty i cykle procesora. „Czas nie jest ciągiem dyskretnych kroków, Peter” – mawiał stary mistrz. „Czas to rzeka. Kiedy dzielisz go na sekundy i milisekundy, pozwalasz im zamknąć się w klatce”. Teraz koła zębate tych małych strażników wolności leżały w pyle, zdeptane przez ciężkie buty napastników.
Biurko Oktaviana zostało wywrócone do góry nogami. Szuflady leżały wyrwane, a ich zawartość – notatki na starym, żółknącym papierze, schematy obwodów i mikroskopijne narzędzia – została rozdeptana. Ciężki, analogowy oscyloskop, który Oktavian z dumą nazywał 'jedynym urządzeniem mówiącym prawdę', został rozbity ciężkim narzędziem. Jego lampa kineskopowa była pękniefta, a ze środka wystawały splątane wiązki kolorowych przewodów.
Zniszczono również zaawansowane instrumenty badawcze Oktaviana. Urządzenie do wymazywania kwantowego (quantum eraser), którego używali do eksperymentów z opóźnionym wyborem, leżało roztrzaskane na tysiące kawałków światłowodów i luster. To urządzenie pozwalało im udowodnić, że przeszłość nie jest ustalona raz na zawsze – że system potrafi zmienić historię cząstki wstecznie, jeśli informacja o jej drodze zostanie zniszczona. To był dowód na to, że czas w symulacji jest elastyczny, że historia jest tylko zmienną, którą można edytować w locie. Teraz te cenne soczewki i filtry polaryzacyjne były tylko bezużytecznym szkłem zmieszanym z brudem.
Zniszczony był też podwójny szczelinowy układ dyfrakcyjny, za pomocą którego Oktavian tłumaczył Peterowi tajemnicę interferencji i to, jak świadomość obserwatora wymusza na matrycy kolaps fali prawdopodobieństwa. Wszystkie te przyrządy, które miały pomóc im znaleźć lukę w zabezpieczeniach systemu, zostały obrócone w niwecz.
Peter podszedł bliżej ściany nad zniszczonym oscyloskopem. Serce zabiło mu mocniej, a w gardle poczuł nieprzyjemną suchość.
Na tynku, czarnym, matowym sprayem, ktoś namalował geometryczny symbol. Był to trójkąt, wewnątrz którego znajdowało się pojedyncze, pionowe oko – klasyczne wyobrażenie oka Demiurga, logo Jaldabaotha. Poniżej symbolu, za pomocą szablonu, naniesiono linie kodu diagnostycznego, które świeciły bladozielonym, fluorescencyjnym światłem:
```
/\
/ \
/ O \ ◄─── Oko Demiurga (Jaldabaoth)
/\
[ LOG: OKT_0991 ]
[ STATUS: QUARANTINE ]
```
To był podpis Szarych Garniturów. Archonci systemu byli tutaj. Oktavian został oznaczony kodem [STATUS: QUARANTINE]. W języku administratorów oznaczało to tylko jedno: kwarantanna. Izolacja procesu od reszty sieci, przeniesienie do zamkniętego sektora pamięci, z którego nikt nigdy nie wracał. Kwarantanna była eufemizmem oznaczającym powolne wymazywanie kodu, dekompilację tożsamości do podstawowych instrukcji i utylizację organicznego nośnika. Szare Garnitury nie bawiły się w procesy sądowe; po prostu usuwały niestabilne wątki.
Peter cofnął się o krok, a jego buty znów chrzęściły na miedzianych zębatkach zniszczonych zegarów. Poczuł, jak ogarnia go paraliżujący, zimny strach. Został sam. W tym gigantycznym, zimnym, cyfrowym więzieniu nie miał już nikogo. Oktavian był jedynym, który rozumiał anomalie w jego ciele. Jedynym, który potrafił naprawić bypass, dostroić koherencję i wytłumaczyć, dlaczego jego DNA zaczyna przypominać ciąg błędów CRC.
Teraz Oktavian zniknął w czeluściach kwarantanny Szarych Garniturów. A Peter był następny na liście do dekompilacji.
W tym samym momencie z głębi ciemnej ulicy dobiegł wysoki, metaliczny dźwięk. To był charakterystyczny, modulowany pisk silników odrzutowych dronów patrolowych klasy 'Archon'. Szare Garnitury wciąż tu były. Przeszukiwały sektor, tropiąc anomalię, którą Peter wywołał swoją walką z gangiem Kaelena i wcześniejszymi sztuczkami w Instytucie.
Musiał uciekać. Czas uciekał. A system już zaczynał kolejny cykl renderowania, szukając jego współrzędnych w przestrzeni adresowej. Wybiegł z warsztatu w deszcz, czując, jak zimne krople-kliki uderzają go w twarz, a bypass za uchem zaczyna piszczeć wysokim tonem ostrzegawczym.
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to