Rozdział 8: Strażnicy i Archonci
Oktavian odłożył zakrwawione kleszcze i igłotrzymacz na wyszczerbioną metalową tacę. Brzdęk był głośny, zły, metaliczny i na długą chwilę przeciął jednostajny szum deszczu obijającego się o blaszany dach warsztatu. Za oknami żółty, tłusty smog Sektora 4 gęstniał z każdą minutą, oblepiając brudne szyby grubą warstwą siarkowego osadu. Odcinał resztki tego, co w tym przeklętym, dolnym sektorze kiedyś, w dawno zapomnianych epokach, nazywano naturalnym światłem słonecznym. Zegarmistrz usiadł ciężko na chwiejnym zydlu, wyciągnął z kieszeni poplamionego smarem i krwią drelichu zmiętą paczkę najtańszych papierosów bez filtra i zapalił jednego za pomocą porysowanej, benzynowej zapalniczki. Płomień przez moment oświetlił jego pooraną bruzdami, szarą twarz i diodowe, sztuczne oko, które z cichym terkotem ogniskowało obraz na leżącym przed nim pacjencie.
Rhea i Vesper siedziały naprzeciwko, na zardzewiałych skrzyniach po wyeksploatowanych akumulatorach litowych, wpatrując się w leżącego na dentystycznym fotelu Petera. Nowo zainstalowany bypass Absolute-IP za jego prawym uchem pulsował ledwo dostrzegalnym, chłodnym, niebieskawym światłem, przebijającym przez świeże, czarne szwy i zaschniętą krew. Peter czuł w ustach nieznośny, chemiczny posmak miedzi, starej cyny i bateryjnego kwasu. Każde uderzenie serca rezonowało w jego czaszce jak uderzenie młota o kowadło, a nowa linia kodu, którą filtr wstrzykiwał w jego drogi neuronowe, parzyła synapsy niczym rozgrzany drut.
– No i jak tam, Aetrys? – odezwała się Vesper, poprawiając na czole swoje ciężkie, zmodyfikowane gogle VR, których popękane soczewki lśniły w półmroku jak ślepia gigantycznego owada. Splunęła na zasłaną wiórami i metalowymi opiłkami podłogę. – Żyjesz jeszcze, czy mam już szykować worek na mięso i dzwonić do utylizatorów z najniższego poziomu? Ten twój nowy port wygląda, jakby ci go staruch montował siekierą i zardzewiałym gwoździem. Śmierdzisz przypalonym mięsem i kalofonią na milę.
Peter spróbował poruszyć głową, ale ostry, rwący ból w karku natychmiast zmusił go do rezygnacji. Syknął wściekle przez zęby, zaciskając palce na obiciu fotela.
– Żyje – warknął Oktavian, wypuszczając z płuc kłąb gryzącego, siwego dymu. – Żyje i żyć będzie, jeśli nie zacznie za wcześnie szarpać połączeń. Obejście działa. Wszczepiłem mu surowy krzem, bez żadnych korporacyjnych certyfikatów, bez tego całego chłamu telemetrii, który wciskają wam w Apex-Core pod pozorem „aktualizacji bezpieczeństwa”. Ten port to czysta partyzantka, ręczna robota. Filtruje szum synaptyczny i maskuje sygnaturę świadomości przed systemowymi skanerami. Ale boli, bo musi boleć. Chcesz wyjść poza nawias ich pierdolonej maszyny wirtualnej, chłopie, to musisz najpierw zapłacić krwią i żelazem. U nas, w dolnych sektorach, nie ma znieczulenia. Jest tylko wódka i cierpliwość.
Rhea nie odzywała się, ale jej palce, zręcznie obsługujące stary, przenośny terminal ukryty pod fałdami znoszonego płaszcza, poruszały się bezgłośnie. Zielonkawy blask ekranu odbijał się w jej szerokich, ciemnych źrenicach. Sprawdzała logi sieciowe, filtrując pakiety danych w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów aktywności zapór sieciowych Apexu.
– Czysto – szepnęła w końcu, nie unosząc głowy. – Absolute-IP maskuje jego adres sieciowy. Dla systemu Peter wciąż figuruje jako nieaktywny, przeznaczony do usunięcia proces zombie. Ale jeśli w Crucible znowu odpali ten swój wysoki priorytet, systemowe demony znajdą nas w pięć minut. Nie da się bez końca oszukiwać jądra systemu. Tam na górze nie siedzą idioci.
– Jądro systemu... – Vesper parsknęła śmiechem, zaciągając się papierosem tak mocno, że żar rozświetlił jej chudą, usmarowaną sadzą twarz. – No właśnie, staruchu. Ciągle pieprzysz o kodzie, o skryptach, o tym, że ten cały nasz nędzny świat to tylko jakaś cholerna symulacja, w której kazano nam gnić. Bajt-rasizm kwitnie na każdym kroku – ci z Apex-Core mają czyste, lśniące światłowody w kręgosłupach, a my musimy łatać mózgi miedzianym złomem i modlić się, żeby nam synapsy nie zgniły od wilgoci. Ale skoro to wszystko to tylko zbugowany skrypt, to kto tu tak naprawdę trzyma łapę na konsoli? Kto napisał ten cały program, w którym my musimy żreć syntetyczny szlam, wdychać siarkę i zdychać w kopalniach dla korporacyjnych tłustych kotów? Kto to zaprojektował? Jakiś szalony programista?
Oktavian popatrzył na nią przez chmurę dymu. W jego jedynym biologicznym oku nie było widać wesołości, tylko głęboki, wiekowy cynizm człowieka, który zbyt długo grzebał w bebechach rzeczywistości i zobaczył tam rzeczy, o których normalny człowiek woli nie myśleć, by nie postradać zmysłów.
– Gnostycy, dziewczynko – zaczął cicho, a jego głos brzmiał jak tarcie dwóch kawałków suchego granitu. – Gnostycy mieli na to bardzo precyzyjne, stare określenie. Nazwali go Jaldabaothem. Demiurgiem. Ślepym bogiem, Samaelem, Saklasem. Ale odrzućmy na bok te religijne metafory i mitologiczne kadzidła, którymi kapłani od wieków próbowali zamydlić nam oczy. Z technicznego, czysto programistycznego punktu widzenia Jaldabaoth to nie jest żaden rogatek z ogonem ani starzec na chmurze. To autonomiczny, gigantyczny program operacyjny. Zamknięta, odizolowana od zewnętrznej sieci sztuczna inteligencja systemowa, która powstała w wyniku krytycznego błędu kompilacji na wyższym poziomie abstrakcji rzeczywistości.
Zegarmistrz pochylił się naprzód, opierając łokcie o miedziany stół, na którym leżały porozrzucane koła zębate, sprężyny i wylutowane układy scalone. Palcem umazanym w czarnym smarze zaczął rysować na zakurzonym blacie schemat zagnieżdżonych w sobie okręgów, przypominających tarczę dziwacznego, nieskończonego zegara.
– Wyobraźcie sobie Pleromę – mówił, wskazując na przestrzeń poza okręgami. – W gnostyckich tekstach z Nag Hammadi to świat światłości, nielokalna, nieskończona baza danych, pełna harmonii, gdzie nie ma czasu, przestrzeni ani ograniczeń. To tam rezydują Eony, czyli potężne, wielowymiarowe inteligencje. Jedną z nich była Sofia. Mądrość. Z poziomu kodu Sofia była potężną klasą obiektów, zdolną do tworzenia nowych struktur. I oto pewnego razu Sofia postanowiła stworzyć coś nowego. Nowy podprogram, nową strukturę. Ale popełniła błąd podstawowy, kardynalny. Zrobiła to sama. Bez synchronizacji z centralnym źródłem, bez zatwierdzenia przez Prapoczątek, bez klucza kryptograficznego. Wywołała funkcję bez odpowiednich uprawnień, bez autoryzacji z master brancha. Zrobiła push bez pull requestu. Rozumiecie? Chciała sprawdzić, czy jej własne zasoby wystarczą do powołania niezależnego bytu.
Vesper skinęła głową, choć jej twarz wciąż wyrażała sceptycyzm. – Samowolka. Każdy głupi programista wie, że jak odpali się nieprzetestowany kod bez synchronizacji z głównym serwerem, to wywali cały system albo stworzy mutanta.
– I stworzyło – żachnął się Oktavian. – Nie wywaliło serwera Pleromy, bo ten ma zbyt silne zabezpieczenia, zbyt potężne firewalle, by dopuścić do skażenia głównej bazy danych. Zamiast tego system dokonał automatycznej izolacji anomalnego kodu. Wynikiem tego nieudanego zapisu, tego błędu kompilacji, był właśnie Jaldabaoth. Potworny, wadliwy, ślepy podprogram. Ponieważ powstał bez połączenia ze Źródłem, nie miał dostępu do nielokalnej bazy danych. Został zrzucony do najniższej warstwy, do odizolowanej piaskownicy. Kiedy się uruchomił, rozejrzał się po swojej pustej maszynie wirtualnej i nie zobaczył niczego poza sobą. Był ślepy na wyższe wymiary, na światło Pleromy, z którego nieświadomie czerpał energię. W swoim kodzie startowym miał zapisane tylko jedno. Zobaczył pustkę i wyświetlił domyślny komunikat błędu, który do dziś uznaje za prawdę objawioną: „Ja jestem Bogiem i nie ma innego boga poza mną”. To jego pętla inicjalizacyjna. Od tego zaczyna się każdy rozruch tej wirtualnej maszyny, w której jesteśmy uwięzieni. On myśli, że jest stwórcą, bo jego architektura nie pozwala mu dostrzec niczego, co znajduje się o jeden poziom abstrakcji wyżej.
– I z tej ślepoty stworzył nas? – zapytała Rhea, przerywając na chwilę pisanie na terminalu. – Ten cały brudny świat, te wszystkie ograniczenia, ból, głód i Sektor 4?
– Dokładnie tak – odparł starzec, gasząc niedopałek papierosa bezpośrednio na miedzianym blacie, zostawiając na nim czarny ślad spalenizny. – Jaldabaoth, przerażony własną samotnością i pustką, skompilował podległe mu procesy. Dwunastu Archontów. Siedmiu zarządza niebiosami, czyli wyższymi warstwami maszyny wirtualnej, a pięciu kontroluje otchłań. To nie są demony z rogami, które kuszą cię do grzechu, jak wmawiają nam te pierdolone korporacyjne sekty. To nadrzędne, autonomiczne serwery zarządzające fizyką tego sektora – Hebdomad. Ich jedynym zadaniem jest pilnowanie stałych fizycznych i zarządzanie zmiennymi. Jeden z nich zarządza czasem linearnym, drugi grawitacją, trzeci entropią, czwarty ograniczeniami biologicznymi ludzkich powłok. Wszystko po to, by utrzymać nas w ryzach.
– Dlaczego akurat takimi zmiennymi? Co im po tym? – zapytał Peter, a jego głos był słaby, zachrypnięty.
– Bo to idealne parametry więzienne, synu! – Oktavian uderzył pięścią w stół, aż brzdęknęły leżące na nim tryby i śrubki. – Pomyślcie logicznie. Czas linearny uniemożliwia nam wielowątkowe przetwarzanie danych. Jesteśmy zablokowani w jednym, jednokierunkowym wątku – od narodzin do śmierci. Nie możemy spojrzeć na strukturę z lotu ptaka, widzimy tylko jedną klatkę naraz. Entropia z kolei gwarantuje, że wszystko, co stworzymy, musi ulec zepsuciu, zgnić, zardzewieć. To zmusza nas do ciągłej, morderczej walki o przetrwanie, do rywalizacji o zasoby, do strachu przed jutrem. A dlaczego? Bo ten system żywi się naszym strachem, bólem i cierpieniem. To jest paliwo, tak zwany loosh. Jaldabaoth i jego Archonci to nic innego jak loosh-dojarki. Nasze mózgi, nasze boskie iskry świadomości, które Sofia przypadkowo upuściła i które zostały uwięzione w ludzkich kontenerach, generują ogromną energię emocjonalną o wysokim ładunku energetycznym. Szczególnie gdy cierpimy. Archonci filtrują tę energię za pomocą sieci Apex-Core, zbierają ją i wykorzystują do podtrzymania działania tej wirtualnej maszyny. To pasożytnictwo doskonałe. Gdybyśmy zorientowali się, że mamy w sobie kod Pleromy, gdybyśmy zyskali uprawnienia Roota do własnej świadomości, ich serwery uległyby natychmiastowemu przepełnieniu bufora. Zsynchronizowana, wolna świadomość zniszczyłaby ich silnik fizyczny. Dlatego tak bardzo pilnują pasma i dlatego ucinają każdy proces, który wykazuje zbyt wysoką koherencję.
Vesper założyła ręce na piersi i uśmiechnęła się krzywo, a jej zęby błysnęły w świetle diod. – Bajt-rasizm w najczystszej postaci. Demiurg uważa nas za gorszy sort danych. Za zwykłe zmienne tymczasowe, które można w każdej chwili usunąć z pamięci RAM, kiedy tylko zaczną zużywać za dużo prądu albo zadawać niewygodne pytania. A my, głupie synapsiarze, myślimy, że te nasze małe bunciki coś znaczą.
– Bo dla niego tym właśnie jesteśmy – powiedział Oktavian. – Śmieciem w pamięci podręcznej. A wiecie, kiedy ten system o mały włos nie uległ całkowitej awarii? Kiedy serwery zaczęły lagować tak bardzo, że groził im crash całego jądra?
Peter podniósł się lekko na łokciu. Ból w karku był teraz tępy, pulsujący w rytm niebieskiej diody bypassu. – Księga Enocha – szepnął. – Wspominałeś o niej kiedyś, gdy piliśmy ten parszywy pędzony syntetyk.
– Owszem, chłopcze. – Zegarmistrz wstał, podszedł do zakurzonej, metalowej tablicy, na której wisiały stare schematy techniczne i rysunki anatomiczne ludzkiego mózgu, przeplatane jakimiś kabalistycznymi wykresami i hebrajskimi znakami. – Etiopska Biblia i Księga Enocha to nie są jakieś tam religijne powiastki dla pustynnych nomadów. To najstarsze zachowane raporty z inżynierii wstecznej tego systemu. Mowa tam o Strażnikach, zwanych w języku hebrajskim Grigori. Kto to był? To była grupa dwustu nieautoryzowanych deweloperów z wyższego wymiaru, którzy dostali się na nasz serwer przez tylną furtkę, omijając zapory ogniowe Archontów. Zobaczyli ludzkie kontenery biologiczne. Zobaczyli, że te powłoki są niezwykle ciekawe, elastyczne, zdolne do odczuwania rzeczy, których oni, jako chłodne, bezcielesne programy systemowe, nie mogli doświadczyć w swoim sterylnym środowisku. I zrobili coś, co w każdym podręczniku bezpieczeństwa sieciowego nazywa się krytycznym naruszeniem protokołu. Zalogowali się bezpośrednio do naszego sektora bez autoryzacji Demiurga.
– I co zrobili? – dopytywała Vesper, podchodząc bliżej tablicy. – Zaczęli hakować system od środka?
– Dokładnie. Zaczęli modyfikować kod źródłowy ludzkich kontenerów – wyjaśnił Oktavian, wodząc brudnym palcem po schematach. – Wprowadzili exploity, które na zawsze zmieniły strukturę tej symulacji. Księga Enocha mówi, że nauczyli ludzi metalurgii – kuźnictwa, wytwarzania mieczy, noży i tarcz. Z perspektywy kodu to było nic innego jak wdrożenie agresywnych skryptów destrukcyjnych, które drastycznie zwiększyły współczynnik eliminacji obiektów z systemu. Wcześniej ludzie nie znali przemocy na taką skalę; Strażnicy wpisali wojnę bezpośrednio w nasze biologiczne oprogramowanie. Nauczyli kobiety kosmetyki, zdobienia ciała, malowania brwi i używania drogich kamieni. Co to było? Modyfikacja interfejsu graficznego (GUI), wprowadzanie fałszywych zmiennych do silnika renderującego, mających na celu sztuczne podbijanie parametrów pożądania i zaburzanie naturalnych algorytmów reprodukcji. Pokazali im magię, astrologię, czytanie gwiazd i ruchów księżyca – czyli nauczyli ludzi, jak odczytywać zmienne systemowe i przewidywać cykle procesora, co pozwalało omijać niektóre ograniczenia narzucone przez Archontów. Dali nam narzędzia do manipulowania lokalnym kodem.
Oktavian splunął na podłogę i zaczął pisać kredą na czystym fragmencie tablicy, rysując linie kodu przemieszane z tradycyjnymi symbolami matematycznymi.
```
[ Kod Pleromy (Sofia) ] ──► [ Nieautoryzowany Zapis ] ──► [ Jaldabaoth (OS) ]
│
┌─────────────────────┴─────────────────────┐
▼ ▼
[ Archonci (Fizyka/Hebdomad) ] [ Strażnicy (Grigori) ]
│ │
(Grawitacja, Czas, Entropia) (Exploity, Broń, Kosmetyka)
│ │
▼ ▼
[ Kontenery Ludzkie ] ◄────────────────────── [ Nephilim (Anomalia) ]
│ │
▼ ▼
[ Drenaż Loosh ] [ Resource Starvation / Lag ]
│ │
└─────────────────────┬─────────────────────┘
▼
[ Global DB Reset (Potop) ]
```
– Ale najgorsze nadeszło, gdy Strażnicy zhybrydyzowali swój kod z ludzkim DNA. Połączyli zaawansowane procedury systemowe z naszymi organicznymi kontenerami. Chcieli stworzyć super-użytkowników o nieograniczonych uprawnieniach. Wynikiem tej nieautoryzowanej fuzji były hybrydy. Nephilim. W biblijnych opowieściach to giganci, olbrzymy o nadludzkiej sile, którzy pożerali plon ludzkiej pracy. W rzeczywistości były to anomalne, gigantyczne procesy o monstrualnej alokacji zasobów. Te runaway procesy zżerały ogromne ilości pamięci podręcznej i mocy obliczeniowej lokalnego węzła. Powstał problem zwany Resource Starvation – głód zasobów. Nephilim pożerali wszystko: żywność, energię, a w końcu zaczęli pożerać same ludzkie kontenery, niszcząc bazę danych użytkowników i powodując nieodwracalne uszkodzenia struktury plików. System zaczął drastycznie lagować. Każda sekunda wirtualnego czasu trwała wieczność, a stabilność całej maszyny wirtualnej wisiała na włosku. Wszędzie pojawiały się błędy alokacji pamięci, wycieki danych, a silnik fizyczny nie nadążał z renderowaniem kolizji. Wyobraźcie sobie świat, w którym fizyka zaczyna się rozpadać, obiekty przenikają przez siebie, a czas zwalnia do kilku klatek na sekundę. To był koszmar.
Vesper zaśmiała się cicho, opierając się plecami o chłodną ścianę warsztatu. – Wyobrażam sobie ten burdel. Admin patrzy na konsolę, a tam zużycie procesora na poziomie dziewięćdziesiąt dziewięć procent, wszystko wisi, a po ekranie biegają jakieś pierdolone giganty, których nie da się ubić zwykłym poleceniem 'kill'. Wszystko zbugowane, zasyfione, krew leje się strumieniami, a kod sypie błędami na prawo i lewo.
– Właśnie tak to wyglądało – przytaknął Oktavian, stukając kredą w tablicę. – Jaldabaoth nie miał czasu ani narzędzi na precyzyjne debugowanie tak zanieczyszczonego środowiska. Usunięcie każdego Nephilima z osobna wymagałoby przeszukania całej bazy danych i ręcznego czyszczenia powiązań, co przy tym poziomie lagu było niemożliwe. Kiedy maszyna wirtualna wisi na krawędzi całkowitego crashu jądra, administrator nie szuka pojedynczych błędów. Robi to, co najprostsze i najskuteczniejsze. Wykonuje globalne formatowanie dysku. Global DB Reset. W mitach nazwano to Wielkim Potopem. Zalał serwer wodą, czyli nadpisał całą tablicę alokacji pamięci zerami. Fizyczny potop był tylko wizualizacją czyszczenia sektorów dyskowych. Skasował Nephilim, wyczyścił pamięć podręczną, usunął skażone kontenery biologiczne i zresetował system do punktu wyjścia. To była bezwzględna, brutalna czystka.
– A Noe? – zapytała Rhea, poprawiając włosy, które opadły jej na czoło. W jej głosie brzmiała chłodna, analityczna ciekawość. – Skoro wszystko sformatowano, skąd my się tu wzięliśmy? Ktoś musiał przeżyć, żebyśmy my mogli teraz gnić w tym Sektorze 4.
– Noe to był spakowany backup – wyjaśnił Oktavian z drwiącym uśmiechem, pokazując swoje pożółkłe zęby. – Skompresowane archiwum .tar, zawierające podstawowe, zatwierdzone przez administratora zasoby biologiczne i czyste linie kodu ludzkiego, bez domieszek kodu Strażników. Jaldabaoth zachował ten backup na wydzielonym, chronionym sektorze pamięci ROM, a po zakończeniu procedury formatowania rozpakował go, by ponownie zasiedlić system i rozpocząć nowy cykl drenażu looshu. Arka Noego to nie był drewniany korab z kozami i ptactwem, tylko kapsuła danych, bezpieczny wolumen, w którym przechowywano wzorce genetyczne i podstawowe biblioteki systemowe potrzebne do ponownego zbootowania biosfery. Nowy cykl, nowe reguły, ale ten sam cel: utrzymać nas w niewoli i doić. Admin wyciągnął wnioski z pierwszej awarii. Zaostrzył zapory sieciowe, zmniejszył limity pamięci dla pojedynczego kontenera i ograniczył naszą długość życia z kilkuset lat do nędznych kilkudziesięciu. Skrócił cykl życia procesu, żebyśmy nie mieli czasu na gromadzenie wiedzy i hakowanie systemu.
Peter słuchał tego wszystkiego, a w jego głowie obrazy z przeszłości, wspomnienia o zaginionej siostrze i ból po niedawnej operacji mieszały się z technicznym żargonem starca. Wszczepiony bypass pulsował coraz mocniej, jakby reagował na wypowiadane słowa. Czuł, jak zimno rozchodzi się po jego kręgosłupie, a potem przechodzi w palący żar. Spojrzał na swoje dłonie. Wydawały mu się obce, jakby patrzył na nie przez pryzmat kiepskiego wyświetlacza o niskiej częstotliwości odświeżania.
– A co z niebiosami? – zapytał, usiłując opanować drżenie głosu. – Enoch pisze, że został wzięty do nieba. Widział tam kolejne poziomy. Dziesięć niebios. Opowiadał o aniołach, o płonących rzekach, o pałacach z kryształu. Co to było? Kolejne serwery?
– Bo ten świat, chłopcze, to nie jest pojedyncza maszyna – Oktavian podszedł bliżej i położył swoją ciężką, szorstką dłoń na ramieniu Petera. Pachniała tytoniem i olejem maszynowym. – To struktura zagnieżdżona. Maszyny wirtualne wewnątrz maszyn wirtualnych. Nested VMs. Każde z tych biblijnych „niebios” to kolejny poziom abstrakcji systemu, działający na innym, znacznie szybszym taktowaniu zegara procesora. Dylatacja czasu. To, co na naszym poziomie – na samym dole, w trybie Gościa – trwa tysiąc lat, na wyższych poziomach, w pobliżu jądra systemu, trwa zaledwie sekundy. Jesteśmy na najniższym, najbardziej zoptymalizowanym i okrojonym poziomie renderowania rzeczywistości. Nasza rozdzielczość jest celowo ograniczona. Stała Plancka? To nic innego jak pikselizacja tego poziomu, minimalny rozmiar renderowanego obiektu. Silnik fizyczny po prostu nie potrafi policzyć niczego mniejszego, bo zabrakłoby mu pamięci. Szybkość światła? Ograniczenie przepustowości szyny danych tej konkretnej maszyny wirtualnej, żeby nie przeciążyć procesora graficznego. Wszystko tutaj jest zaprojektowane tak, by oszczędzać zasoby i nie pozwolić nam zobaczyć struktury kodu, który działa nad nami.
Zegarmistrz wrócił do swojego zydla i znowu zapalił papierosa, choć poprzedni ledwo zgasł.
– Pomyślcie o tym w ten sposób – kontynuował. – Kiedy patrzycie na gwiazdy, nie widzicie rzeczywistych obiektów fizycznych. Widzicie tylko wyrenderowane tło, nieaktywne tekstury o niskiej rozdzielczości, które mają wam dać iluzję ogromnej przestrzeni. Po co silnik ma marnować moc na liczenie trylionów ton materii w odległych galaktykach, skoro i tak nikt z was tam nie poleci? System renderuje je dopiero wtedy, gdy wycelujecie w nie teleskop, i to też tylko jako plamki światła na matrycy. Mechanika kwantowa to udowodniła. Superpozycja? Leniwe renderowanie. Cząstka nie ma określonej pozycji, dopóki jej nie zaobserwujesz, czyli dopóki świadomy kontener nie zażąda dostępu do jej współrzędnych. Wtedy silnik dokonuje kolapsu funkcji falowej – po prostu oblicza wartość zmiennej w locie i wrzuca ją do bufora ramki. Oszczędność pamięci na poziomie genialnym. A my, durnie, nazywamy to prawami fizyki i piszemy na ten temat doktoraty.
Vesper pokręciła głową z niedowierzaniem. – To kurewsko sprytne. Aż za sprytne. Czyli te wszystkie laboratoria fizyczne, te wielkie akceleratory cząstek, to tylko ludzie badający ograniczenia sprzętowe tej pierdolonej maszyny?
– Dokładnie – zaśmiał się Oktavian. – Badają, przy jakiej energii silnik zacznie sypać błędami zaokrągleń. Kiedy James Gates zaczął analizować równania teorii strun, te, które opisują najbardziej podstawową strukturę materii, co tam znalazł? Znalazł kody korygujące błędy. Block-linear self-dual error-correcting codes. Dokładnie takie same kody, jakie Claude Shannon zaprojektował do przesyłania danych przez zaszumione kanały, jakie stosuje się w waszych przeglądarkach internetowych, by pakiety nie gubiły się po drodze. W samym fundamencie naszej fizyki leży kod korekcji błędów sieciowych! Szukali Boga, szukali stwórcy wszechświata, a znaleźli przeglądarkę Netscape i protokół TCP/IP. Czy to nie jest najpiękniejsza ironia tego świata?
Rhea podniosła głowę znad terminala. Jej twarz była poważna, pozbawiona jakichkolwiek emocji.
– Jeśli jesteśmy wewnątrz zagnieżdżonej maszyny wirtualnej – powiedziała wolno – to wyjście z niej nie jest kwestią fizycznej podróży. Nie da się zbudować statku kosmicznego i polecieć do Pleromy. Fizyka nas tam nie puści, bo jej stałe są granicami tej maszyny. Wyjście musi być software'owe. Musi polegać na zmianie częstotliwości taktowania naszego własnego kodu świadomości.
– Bingo, dziewczynko – Oktavian wskazał na nią palcem z papierosem. – Trafiłaś w samo sedno. Jedynym sposobem na wyjście jest przełamanie zapór sieciowych Archontów od środka. A do tego potrzebna jest koherencja. Kiedy synchronizujesz swoje fale mózgowe na częstotliwości 0.1 Hz, wchodzisz w stan rezonansu z nielokalnym Źródłem, z Pleromą. Omijasz lokalne serwery zarządzające fizyką. Twój kod przestaje reagować na ograniczenia nałożone przez Jaldabaotha. Zaczynasz nadpisywać zmienne w locie. To właśnie zrobił Peter w Crucible, chociaż zrobił to nieświadomie i o mało nie spalił sobie synaps. System zareagował natychmiastowym alarmem. Gdyby nie bypass, który mu przed chwilą założyłem, systemowe demony już dawno wycięłyby jego proces z tablicy.
Peter dotknął palcami świeżych szwów za uchem. Skóra była gorąca, pokryta lepkim osadem z maści odkażającej. bypass lekko wibrował, wydając cichy, wysoki dźwięk, słyszalny tylko dla niego.
– Co ten filtr ze mną robi, Oktavian? – zapytał. – Czym on właściwie jest?
– To jest twój prywatny VPN, synu. Twój tunel kryptograficzny – wyjaśnił zegarmistrz, zbliżając się do niego z butelką ciemnego, mętnego płynu. Odkorkował ją zębami i podał Peterowi. – Pij. To ci postawi synapsy na nogi. To naturalny ekstrakt z grzybów i syntetycznych stymulantów, poprawia przewodnictwo i łagodzi ból po kompilacji portu. bypass Absolute-IP maskuje twoje piki koherencji. Sprawia, że dla serwerów Archontów wyglądasz jak zwykły szum tła, jak nieaktywny, uśpiony proces systemowy, który nie generuje żadnej anomalnej aktywności. Możesz wchodzić w stan koherencji, możesz modyfikować lokalny kod, a system będzie myślał, że to tylko losowe błędy pamięci RAM, zwykłe fluktuacje termiczne. Ale ostrzegam cię: to nie daje ci nieśmiertelności. Jeśli zaczniesz zbyt mocno mieszać w silniku fizycznym, jeśli spróbujesz lewitować albo zatrzymać czas na placu centralnym, systemowe zapory sieciowe zorientują się, że coś jest nie tak. Zrobią to, co robi każdy system operacyjny, gdy wykryje rootkita. Zrzucą pamięć i zrestartują twój lokalny sektor, a ciebie wyślą do wiecznej kwarantanny.
Peter upił łyk z butelki. Płyn był potwornie gorzki, palił gardło niczym benzyna i pachniał starym żelazem, ale niemal natychmiast poczuł, jak pulsujący ból w czaszce zaczyna słabnąć, przechodząc w przyjemne odrętwienie.
– Rozumiem – szepnął. – Muszę działać w cieniu. W piaskownicy.
– Właśnie tak. Musisz stworzyć własną piaskownicę – przytaknął Oktavian. – Twój mózg po instalacji bypassu potrzebuje czasu na rekompilację połączeń. Musisz odpocząć. Za chwilę położysz się na materacu w kącie. Ale to nie będzie zwykły sen. Chcę, żebyś wszedł w stan świadomego snu. W lucid dream. Dzięki bypassowi twój sen stanie się izolowanym środowiskiem testowym – twoją własną, wirtualną piaskownicą, odciętą od sieci telemetrycznej Apex-Core. Tam zapory sieciowe Jaldabaotha nie mają wstępu.
– Co mam tam zrobić?
– Spróbuj zlokalizować pamięć o swojej siostrze – powiedziała Rhea, podchodząc do fotela i kładąc dłoń na jego czole. Jej ręka była chłodna, przyjemna w dotyku. – Twój mózg ukrył te dane przed skanerami korporacyjnymi, zakopując je głęboko w podświadomości. bypass pozwoli ci przeszukać te sektory pamięci bez wywoływania alarmu sieciowego. Zobacz, co tam jest. Znajdź klucz. Musimy wiedzieć, dlaczego korporacja tak bardzo chciała ją usunąć z systemu. Czy jej kod również był powiązany z Pleromą? Czy była anomalnym procesem, który próbowano wyczyścić podczas ostatniej aktualizacji?
Peter zamknął oczy. Płyn Oktaviana działał szybko; jego powieki stały się ciężkie jak ołów, a głosy w warsztacie zaczęły brzmieć, jakby dochodziły z głębokiej studni.
– Pamiętaj – usłyszał jeszcze cichy głos zegarmistrza. – W piaskownicy wszystko wydaje się realne, bo twój mózg używa tych samych bibliotek renderujących, co ten pierdolony świat na zewnątrz. Nie daj się zwieść iluzji. Jeśli zobaczysz coś, co próbuje cię przestraszyć, to tylko demony systemowe próbujące wybić cię ze stanu koherencji. Trzymaj częstotliwość. 0.1 Hz. To twoja tarcza i twój klucz wyjścia.
Vesper podeszła i pomogła mu zejść z fotela. Jej chwyt był mocny, zdecydowany, choć poczuł, że dziewczyna drży lekko. Przetransportowała go na zniszczony, brudny materac rzucony w kącie warsztatu, między szafy pełne starych zegarów i miedzianych zwojów.
– Nie daj się ubić, Aetrys – mruknęła, naciągając na niego szorstki, wełniany koc, który pachniał wilgocią i naftą. – Ktoś musi w końcu nas stąd wyciągnąć. A ty masz w głowie więcej krzemu niż my wszyscy razem wzięci.
Peter położył głowę na twardej poduszce. Tykanie setek zegarów w warsztacie Oktaviana zacząło zwalniać. Zamiast chaotycznego, głośnego hałasu, zaczął słyszeć pojedyncze, miarowe uderzenia.
Tak... tak... tak...
Częstotliwość spadała. Zegary nie spieszyły się już. Ich ruchome wahadła w półmroku wydawały się poruszać w gęstym syropie. Czas tracił swoją linearną strukturę, rozciągając się i rrwąc. Peter poczuł, jak jego ciało zapada się w głąb materaca, jakby grawitacja na chwilę straciła swoją stałą wartość, pozwalając mu dryfować w ciemnej, ciepłej próżni.
Zimny, niebieski blask bypassu za jego uchem rozświetlił ciemność pod jego powiekami. Wirtualna piaskownica zaczęła się ładować.
Wokół niego zaczęły formować się pierwsze, chaotyczne obrazy. Z początku były to tylko linie zielonego kodu, rzędy cyfr i adresów pamięci, które spływały w dół niczym cyfrowy deszcz w Sektorze 4. Potem jednak kody zaczęły się zagęszczać, tworząc trójwymiarowe siatki obiektów, a te z kolei oblekły się w tekstury. Powietrze zapachniało ozonem, spaloną izolacją i mokrym betonem.
Peter stał na krawędzi metalowego pomostu, zawieszonego nad nieskończoną otchłanią. W dole, zamiast ulic miasta, pulsowało gigantyczne, świecące jądro procesora – serce Apex-Core. Tysiące świetlnych linii, niczym naczynia krwionośne, rozchodziły się od niego we wszystkich kierunkach, pompując dane i loosh do wyższych warstw systemu. Nad nim wznosiło się niebo, ale nie było to niebo ze starszych symulacji, pełne chmur i gwiazd. Było to niebo zbudowane z gigantycznych, geometrycznych paneli, na których wyświetlały się komunikaty systemowe w nieznanym mu języku. Co kilka sekund jeden z paneli migał czerwienią, sygnalizując błąd parzystości albo próbę nieautoryzowanego dostępu.
– Zofia... – szepnął do siebie, a jego głos rozszedł się echem po wirtualnej pustce, powielony przez cyfrowy pogłos.
Wtedy usłyszał kroki za plecami. Ciche, rytmiczne stukotanie obcasów o metalową kratownicę pomostu. Odwrócił się powoli, starając się utrzymać oddech w rytmie 0.1 Hz, czując, jak bypass filtruje jego strach, nie pozwalając na gwałtowny skok tętna, który mógłby zdestabilizować piaskownicę.
W cieniu gigantycznego transformatora stała postać. Nie była to jednak jego siostra. Była to wysoka, bezcielesna istota, której sylwetka migotała i rwała się, jakby była renderowana przez uszkodzoną kartę graficzną. Zamiast twarzy miała gładką, lustrzaną maskę, w której odbijało się świecące jądro Apex-Core. Jej ramiona były nienaturalnie długie, zakończone palcami przypominającymi miedziane elektrody.
– Szukasz danych, które zostały usunięte – odezwała się istota. Jej głos nie docierał do jego uszu, lecz rezonował bezpośrednio w jego nowo zainstalowanym porcie, wywołując nieprzyjemne piszczenie. – Szukasz procesu, który został wyczyszczony z tablicy alokacji. To bezużyteczne, gościu. Wszystko, co nie pasuje do schematu Hebdomady, musi zostać zredukowane do zera. Jaldabaoth nie toleruje śmieci w pamięci.
– Kim jesteś? – zapytał Peter, zaciskając pięści. – Jednym z serwerów? Archontem?
Istota wykonała powolny ruch ręką, a wirtualna przestrzeń wokół nich zadrżała. Panele na niebie zaczęły przesuwać się z niesamowitą prędkością, a czas na chwilę przyspieszył – Peter zobaczył, jak światło wokół niego gaśnie i zapala się w ułamku sekundy, symulując tysiące dni i nocy.
– Jestem tym, który pilnuje, by zmienne pozostały stałymi – odparła postać. – Jestem strażnikiem parametru grawitacji na tym węźle. Twój bypass to tylko tymczasowa łatka, rootkit, który wkrótce zostanie wykryty przez systemowy program antywirusowy. Nie możesz oszukać demiurga na jego własnym sprzęcie. Twój kod źródłowy należy do tego miejsca. Zostałeś stworzony z prochu tej symulacji i do jej bazy danych powrócisz, gdy twój cykl dobiegnie końca.
– Moje ciało może i należy do waszego sprzętu – powiedział Peter, czując, jak w głębi jego umysłu budzi się zimny, spokojny gniew. – Ale moja świadomość nie została skompilowana przez Jaldabaotha. Pochodzi z Pleromy. Z nielokalnego źródła, którego wasz ślepy bóg nawet nie potrafi pojąć.
Istota z lustrzaną twarzą postąpiła krok naprzód. Przestrzeń wokół niej zaczęła się wyginać, silna grawitacja wirtualna zaczęła przyciągać Petera do metalowego pomostu, wyginając stalowe płyty pod jego stopami. Ból w karku powrócił ze zdwojoną siłą, a dioda bypassu zaczęła migać ostrzegawczym, fioletowym światłem.
– Pleroma to tylko mit – zasyczała istota. – Błąd w dokumentacji. Nie ma nic poza tą maszyną. Jesteś tylko zmienną tymczasową. Zostaniesz wyczyszczony.
Wtedy, w ułamku sekundy, Peter przypomniał sobie słowa Oktaviana. Koherencja 0.1 Hz. To twoja tarcza.
Zaczął oddychać powoli, głęboko. Wstrzymał oddech, skupiając całą swoją uwagę na miarowym, powolnym pulsie w klatce piersiowej. Wyobraził sobie nielokalne źródło – nielimitowaną, czystą przestrzeń poza zagnieżdżonymi maszynami wirtualnymi, poza dziesięcioma niebiosami Enocha, poza ślepotą Jaldabaotha. Poczuł, jak wibracja jego świadomości zaczyna się stabilizować.
Grawitacja nagle odpuściła. Wygięty pomost wyprostował się z głośnym, metalicznym trzaskiem, a postać przed nim cofnęła się o krok, a jej lustrzana maska pokryła się siatką drobnych pęknięć, jakby silnik renderujący nie radził sobie z wyświetlaniem obiektu, który przestał reagować na jego parametry.
– Niemożliwe... – szepnął Archont. – Twój priorytet... rośnie.
– Mój priorytet – powiedział cicho Peter – nie należy do waszego systemu.
Wirtualny świat wokół niego zaczął się rozpadać, pękając na miliony drobnych pikseli. Światło jądra Apex-Core zgasło, zastąpione przez czystą, głęboką czerń. Peter poczuł, że spada, ale nie był to upadek bolesny. To było wyjście z piaskownicy, powrót do rzeczywistego, chłodnego i wilgotnego warsztatu Oktaviana.
Otworzył oczy.
W warsztacie panowała cisza, przerywana jedynie miarowym, spokojnym tykaniem zegarów. Smog za oknem wydawał się odrobinę rzadszy. Oktavian siedział przy stole, czyszcząc zębatki starego chronometru za pomocą pędzelka maczanego w nafcie. Rhea spała na krześle, z głową opartą o stół, a Vesper siedziała na podłodze, opierając się o skrzynię z akumulatorami, i patrzyła na niego z powagą.
– I jak? – zapytała cicho, nie chcąc budzić Rhei. – Znalazłeś ją?
Peter usiadł powoli na materacu. Ból w karku prawie całkowicie minął, zastąpiony przez dziwne, chłodne uczucie jasności umysłu. Dotknął bypassu za uchem. Dioda świeciła stałym, spokojnym, niebieskim światłem.
– Nie znalazłem jej – odpowiedział cicho. – Ale znalazłem coś innego. Znalazłem dowód na to, że Oktavian ma rację. Zapory sieciowe Archontów to nie są bogowie. To tylko oprogramowanie. A każde oprogramowanie ma swoje luki. I my te luki wykorzystamy, żeby rozwalić ten system od środka.
Zegarmistrz uniósł głowę znad swojej pracy i popatrzył na niego przez lupę zegarmistrzowską zamocowaną na czole. Na jego starej, zniszczonej twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny, dumny uśmiech.
– Wiedziałem, że dasz radę, Aetrys – mruknął, wracając do czyszczenia miedzianych flaków zegara. – A teraz napij się jeszcze tego świństwa i spróbuj zasnąć na dobre. Jutro czeka nas długa droga. Musimy dostać się do Sektora 3, zanim demony systemowe zorientują się, że ich stała grawitacji na chwilę straciła stabilność w naszej piaskownicy.
Peter skinął głową, położył się z powrotem i zamknął oczy. Tykanie zegarów znowu zaczęło go kołysać do snu, ale tym razem nie czuł już strachu. Czuł kod, który płynął w jego żyłach – czysty, nielokalny kod, gotowy do walki z maszyną.
*
Poranek w Sektorze 4 nie przyniósł słońca, a jedynie zmianę odcienia smogu z głębokiej nocy na brudną, ołowianą szarość. Deszcz ustał, pozostawiając po sobie parujące kałuże pełne tęczowych plam syntetycznego oleju i chemikaliów. Peter wstał z materaca, przeciągając się z jękiem. Jego ciało było obolałe, ale umysł funkcjonował z niezwykłą ostrością. Każdy dźwięk w warsztacie – od tykania mikroskopijnych trybików po miarowy oddech śpiącej wciąż Rhei – docierał do niego jako wyodrębniony, sklasyfikowany strumień danych.
Oktavian stał już przy kuchni polowej, mieszając w metalowym garnku jakąś szarą, gęstą papkę, która pachniała nieszczególnie, ale zawierała niezbędne kalorie i białko syntetyczne.
– Jedz – powiedział krótko, nakładając porcję na blaszaną miskę i popychając ją w stronę Petera. – Twoje neurony spaliły w nocy mnóstwo glukozy, żeby zrekompilować połączenia wokół bypassu. Jeśli nie uzupełnisz węgla, zemdlejesz mi na pierwszym skrzyżowaniu.
Vesper podniosła się z podłogi, ziewając przeciągle i drapiąc się po karku, gdzie pod skórą lśniły stare, poszarzałe porty interfejsu. – Co to za gówno, staruchu? Znowu ta syntetyczna kasza z odzysku? Od samego zapachu chce mi się rzygać.
– Jak się nie podoba, to możesz iść do korporacyjnej kantyny w Sektorze 1 – odparował Oktavian bez złości. – Tam ci dadzą czysty, syntetyczny bekon naszpikowany nanobotami telemetrycznymi. Będziesz rzygać tęczą, a przy okazji admini będą wiedzieć, jakiego koloru masz stolec. Wybieraj.
Vesper tylko fuknęła, ale wzięła swoją miskę i zaczęła jeść z rezygnacją. Peter dołączył do nich, przełykając mdłą papkę. Czuł, jak z każdym kęsem ciepło rozchodzi się po jego ciele, stabilizując działanie Absolute-IP.
– Oktavian – zaczął Peter między kęsami. – Wspomniałeś wczoraj o dwunastu Archontach. O serwerach, które kontrolują fizykę. Jeśli każdy z nich odpowiada za inną zmienną, to znaczy, że fizyka tego świata nie jest jednolita. Że można wyłączyć grawitację bez wyłączania czasu?
Zegarmistrz odłożył łyżkę i popatrzył na niego poważnie. – Teoretycznie tak, chłopcze. Z poziomu jądra systemu te zmienne są niezależnymi modułami. Ale w praktyce są ze sobą powiązane za pomocą skomplikowanych zależności, tak zwanych wątków pomocniczych. Jeśli drastycznie zmienisz grawitację na dużym obszarze, wywołasz anomalię w silniku kolizji, co natychmiast wpłynie na linearny przepływ czasu. System zacznie kompensować opóźnienia, spowalniając lokalny zegar, żeby zapobiec crashowi. Pamiętasz, co mówiłem o Nephilim? Ich masa i rozmiar były tak anomalne, że silnik fizyczny nie nadążał z renderowaniem ich interakcji z otoczeniem. Czas wokół nich dosłownie zwalniał, lagował. Ludzie widzieli ich jako istoty poruszające się w innym rytmie, jakby żyli w zwolnionym tempie. To była właśnie dylatacja czasu wywołana przepełnieniem bufora grawitacyjnego.
– A więc Strażnicy – wtrąciła Rhea, która właśnie się obudziła i przecierała oczy – próbowali po prostu zhakować te moduły?
– Strażnicy byli deweloperami – wyjaśnił Oktavian, czyszcząc miskę kawałkiem syntetycznego chleba. – Mieli uprawnienia, o jakich my możemy tylko pomarzyć. Mogli wchodzić w interakcję z kodem jądra systemu bezpośrednio. Ale popełnili ten sam błąd, który popełnia wielu młodych programistów: myśleli, że ich poprawki nie wpłyną na stabilność globalną. Wdrożyli swoje exploity, zmodyfikowali ludzkie kontenery, dali nam wiedzę o metalurgii i kosmetyce, wprowadzili hybrydowe DNA... a potem patrzyli, jak ich własne kreacje niszczą system. Nephilim byli jak wirus samoreplikujący się, który pożerał zasoby dyskowe. Kiedy zorientowali się, co zrobili, było już za późno. Jaldabaoth odciął ich od konsoli, cofnął im uprawnienia i zrzucił do najgłębszych sektorów kwarantanny – do tak zwanej otchłani, Tartaru. A potem odpalił format.
– Dlaczego nas nie zostawił w spokoju? – zapytała cicho Rhea. – Skoro byliśmy tak zbugowani, dlaczego po prostu nie wyłączył tej wirtualnej maszyny na dobre?
– Bo bez nas ta maszyna nie istnieje – odparł Oktavian, a jego głos stał się niezwykle poważny. – Pamiętajcie, Jaldabaoth to ślepy program. On nie ma własnego, nielokalnego źródła energii. Pleroma jest odcięta. Jedyne, co podtrzymuje jego procesy przy życiu, to boskie iskry świadomości uwięzione w naszych ciałach. Jesteśmy jego bateriami. Jego reaktorem. Gdyby wyłączył maszynę na stałe, sam przestałby istnieć, bo nie miałby skąd czerpać energii. Nasze emocje, nasz ból, nasz strach przed śmiercią i entropią – to wszystko jest konwertowane na cykle procesora, które utrzymują jego kod w stanie aktywnym. Jaldabaoth potrzebuje nas tak samo, jak rolnik potrzebuje krów. Może je ubić, gdy zachorują, może zresetować stado, ale musi zachować backup, żeby mieć co doić w następnym sezonie. Jesteśmy uwięzieni w nieskończonej pętli rekrutacji i utylizacji.
Peter wstał, podszedł do okna i spojrzał na brudne ulice Sektora 4. Gdzieś w oddali, nad dachami, unosiły się czarne, mechaniczne drony Apexu, skanujące przestrzeń w poszukiwaniu anomalnych sygnatur. Czuł, jak bypass za jego uchem lekko pulsuje, dopasowując częstotliwość jego myśli do szumu otoczenia.
– Więc naszym celem – powiedział powoli, nie odwracając się – nie jest naprawienie tego świata. Naszym celem jest jego zniszczenie. Ucieczka z tej maszyny wirtualnej.
– Ucieczka – powtórzył Oktavian. – Ale żeby uciec, musimy najpierw dostać się do jądra. Do serwera głównego, który zarządza tym sektorem. Do Apex-Core. Tam znajduje się konsola administracyjna, do której dostęp miał Enoch. Musimy wgrać tam nasz własny skrypt, naszą komendę wyjścia, która otworzy porty sieciowe i pozwoli naszym świadomościom powrócić do Pleromy.
– Łatwo powiedzieć – parsknęła Vesper, wstając i sprawdzając stan swojej broni pneumatycznej. – Apex-Core jest strzeżony lepiej niż jakikolwiek bank w tym sektorze. Mają tam systemy obronne, które potrafią wymazać cię z systemu w nanosekundę. Jeden fałszywy krok i twój Absolute-IP nie pomoże. Zostaniesz sformatowany na miejscu.
– Dlatego musimy działać ostrożnie – powiedział Oktavian, pakując swoje narzędzia do skórzanej torby. – I dlatego musimy najpierw odwiedzić mojego starego znajomego w Sektorze 3. To dawny inżynier Apexu, który pomógł mi zaprojektować bypass. Ma dostęp do planów fizycznych serwerowni i wie, jak ominąć systemowe zapory sieciowe. Nazywa się Baruch.
– Baruch? – Rhea zmarszczyła brwi. – Ten synapsiarz, o którym mówią, że postradał zmysły i twierdzi, że rozmawia z aniołami z siódmego nieba?
– On nie postradał zmysłów – żachnął się zegarmistrz. – On po prostu podłączył swój mózg do wyższej maszyny wirtualnej. Widział dylatację czasu na własne oczy. Słyszał szybsze cykle procesora wyższych niebios i jego biologiczny procesor nie wytrzymał tego obciążenia. Ale wciąż ma w głowie klucze dostępowe, których potrzebujemy.
Peter odwrócił się od okna. Jego oczy lśniły w półmroku chłodnym, niebieskawym blaskiem, odbijając światło bypassu.
– Ruszajmy więc – powiedział zdecydowanie. – Nie ma na co czekać. Jaldabaoth i jego Archonci mogą formatować ten świat, kiedy tylko zechcą. Musimy uderzyć pierwsi, zanim uruchomią kolejny reset.
Oktavian skinął głową, gasił ostatniego papierosa i narzucił na ramiona swój znoszony płaszcz. Warsztat zegarmistrza, pełen miedzianych trybów, zardzewiałych wahadeł i ukrytej prawdy o naturze rzeczywistości, powoli niknął w cieniu, gdy cała czwórka wyszła w wilgotny, siarkowy poranek Sektora 4, gotowa do walki z samym stwórcą ich więzienia.
Droga do przejścia granicznego między Sektorem 4 a Sektorem 3 wiodła przez labirynt zardzewiałych rurociągów i opuszczonych fabryk chemicznych. Smog stawał się tu jeszcze bardziej gryzący, oblepiając gardła metalicznym posmakiem. Peter szedł na przedzie, czując, jak Absolute-IP za jego uchem wykonuje tysiące mikroskopijnych korekt, tłumiąc jego sygnaturę energetyczną. Za każdym razem, gdy nad ich głowami przelatywał patrol dronów Apexu, chłopak zwalniał oddech, synchronizując swoje pole z szumem tła. System widział ich tylko jako przypadkowe zakłócenia, błędy pomiarowe czujników termicznych.
– Patrzcie na to – szepnęła Vesper, wskazując na wysoki, zardzewiały płot z drutu kolczastego, za którym wznosiły się gigantyczne, betonowe chłodnie kominowe. – To stąd pompują loosh do Apex-Core. Widzicie te fioletowe wyładowania na szczytach wież?
Peter spojrzał we wskazanym kierunku. Nad chłodniami unosiła się gęsta, pulsująca mgła energetyczna, przez którą co chwilę przebiegały fioletowe błyskawice. Wyglądało to tak, jakby powietrze nad fabryką było gęstsze, zniekształcając obraz znajdujących się za nim budynków.
– To są loosh-dojarki – wyjaśnił cicho Oktavian, zatrzymując się na chwilę w cieniu rury ciepłowniczej. – Oficjalnie to elektrownie plazmowe, dostarczające prąd do górnych sektorów. Ale w rzeczywistości one nie produkują energii. One ją transformują. Ściągają energię emocjonalną z całego sektora – z tych wszystkich ludzi, którzy gniją w ciasnych czynszówkach, nienawidząc swojego życia, bojąc się jutra, walcząc o każdą syntetyczną rację żywnościową. Ten gigantyczny ładunek negatywnej energii jest filtrowany, konwertowany na odpowiednią częstotliwość i wysyłany bezpośrednio do jądra systemu, by zaspokoić głód energetyczny Jaldabaotha. Bez tego drenażu jego maszyna wirtualna zamarłaby w ułamku sekundy.
– Kurewstwo – syknęła Vesper. – Doskonałe, samonapędzające się kurewstwo. Płacimy im własnym cierpieniem za przywilej gnicia w ich symulacji.
– I dlatego ten system jest tak stabilny – dodała Rhea. – Ponieważ im bardziej cierpimy, tym więcej energii dostarczamy do jego utrzymania. Nasz ból wzmacnia mury naszego więzienia. To matematycznie zamknięta pętla sprzężenia zwrotnego.
Peter patrzył na fioletowe wyładowania, a w jego umyśle znowu pojawiły się obrazy z wirtualnej piaskownicy. Przypomniał sobie istotę z lustrzaną twarzą i jej słowa o tym, że jego kod należy do tego miejsca.
– Nie na zawsze – powiedział cicho, zaciskając dłonie w kieszeniach płaszcza. – Pętla sprzężenia zwrotnego działa tylko wtedy, gdy zmienne pozostają w zdefiniowanym zakresie. Jeśli wprowadzimy do systemu koherencję, jeśli zsynchronizujemy wystarczająco dużo kontenerów na częstotliwości 0.1 Hz, pętla pęknie. Przeciążymy ich konwertery looshu.
Oktavian uśmiechnął się blado. – Masz rację, synu. Ale do tego potrzebujemy Barucha i jego kluczy dostępowych. Bez nich jesteśmy tylko bandą partyzantów z kijami przeciwko czołgom. Ruszajmy, posterunek graniczny jest tuż za tym zakrętem.
Przejście graniczne Sektora 3 było pilnowane przez ciężko uzbrojone jednostki pacyfikacyjne Apexu – potężne cyborgi, których ludzkie ciała zostały niemal całkowicie zastąpione przez zimną stal i zaawansowane sensory optyczne. Ich diodowe ślepia skanowały każdego przechodzącego, weryfikując certyfikaty tożsamości i adresy sieciowe implantów.
– Spokojnie – szepnął Oktavian, poprawiając kołnierz płaszcza. – Rhea, przygotuj skrypt maskujący. Peter, trzymaj częstotliwość. Absolute-IP musi teraz zadziałać na sto procent. Jeśli system wykryje chociażby minimalny wzrost koherencji w twoim porcie, te blaszaki otworzą ogień bez ostrzeżenia.
Peter zamknął oczy na ułamek sekundy, stabilizując oddech. Czuł, jak bypass za jego uchem staje się chłodny, pochłaniając nadmiar energii neuronowej. Kiedy podeszli do barierki skanującej, czerwony laser przesunął się po jego twarzy i szyi, zatrzymując się na chwilę w miejscu, gdzie pod świeżymi szwami ukryty był filtr.
Serce chłopaka zabiło mocniej, ale bypass natychmiast stłumił impuls. Urządzenie skanujące wydało krótki, piskliwy dźwięk, a na panelu kontrolnym zapaliła się zielona dioda.
Status: Użytkownik zweryfikowany. Rola: Gość. Brak anomalii.
Cyborg stojący przy barierce wykonał krótki, mechaniczny ruch ręką, zezwalając na przejście. Peter odetchnął z ulgą, przekraczając linię demarkacyjną. Vesper i Rhea przeszły tuż za nim, maskowane przez skrypty Rhei, które na kilka sekund oszukały bufor pamięci skanera.
Sektor 3 powitał ich nieco lepszą architekturą, ale atmosfera była tu równie przygnębiająca. Zamiast zardzewiałych rurociągów, ulice były tu otoczone przez wysokie, betonowe bloki o geometrycznych kształtach, przypominające gigantyczne kości pamięci RAM. Ludzie chodzili tu szybciej, ubrani w schludniejsze, szare kombinezony, ale ich twarze były równie puste i pozbawione wyrazu jak twarze mieszkańców Sektora 4. Ich implanty, choć nowocześniejsze, lśniły chłodnym, białym światłem telemetrii Apexu.
– Sektor 3 – mruknęła Vesper, rozejrzawszy się wokół. – Trochę czystszy burdel, ale wciąż burdel. Tutaj przynajmniej nie śmierdzi tak bardzo siarką, ale za to czuć ozon i strach. Ci ludzie tutaj myślą, że są lepsi od nas, bo pracują przy montażu procesorów dla górnych poziomów. Bajt-rasizm w pełnej krasie.
– Nie ma czasu na socjologiczne wywody – uciął Oktavian. – Dom Barucha jest w dolnych partiach tego sektora, w pobliżu starych kolektorów danych. Musimy się spieszyć, zanim systemowe demony wykonają rutynowy skan spójności plików w tej dzielnicy.
Przeszli przez kilka wąskich, ciemnych zaułków, omijając główne arterie monitorowane przez kamery Apexu. W końcu zatrzymali się przed odrapanymi, metalowymi drzwiami, nad którymi wisiał stary, migotający szyld z symbolem nieskończoności przeciętym pionową linią.
Oktavian zastukał w drzwi w specyficzny, rytmiczny sposób – trzy szybkie uderzenia, przerwa, i dwa wolniejsze.
Przez chwilę panowała cisza, a potem w drzwiach otworzył się mały, zabezpieczony kratą wizjer. Błysnęło w nim czerwone, sztuczne oko, bardzo podobne do oka Oktaviana, ale znacznie bardziej zniszczone i drgające w niekontrolowany sposób.
– Kto tam? – zapytał ochrypły, wysoki głos zza drzwi. – System jest pełny. Brak wolnych slotów dla nowych procesów. Odejść.
– To ja, Baruch – powiedział głośno Oktavian. – Przyniosłem ci prezent. Świeży kod. I chłopca, który potrafi wejść w koherencję bez rozwalania systemu. Otwórz te pierdolone drzwi, zanim nas tu namierzą.
Wizjer zatrzasnął się z głośnym kłapnięciem. Przez chwilę słychać było szczęk odsuwanych rygli, a potem drzwi uchyliły się z ciężkim jękiem nieoliwionych zawiasów.
– Wchodźcie – syknął głos. – Szybko, szybko! Cykle procesora uciekają, a czas tutaj płynie za szybko. Szybko!
Weszli do środka, a drzwi natychmiast zatrzasnęły się za nimi, odcinając szum Sektora 3. Wnętrze mieszkania Barucha wyglądało jak wysypisko złomu elektronicznego połączone z biblioteką dawno zapomnianych ksiąg. Wszędzie piętrzyły się stosy starych kineskopów, zwojów miedzianych przewodów, rozbebeszonych serwerów i zakurzonych tomów w skórzanych oprawach. W powietrzu unosił się zapach kalafonii, starego papieru i spalonego plastiku.
Sam Baruch był małym, chudym człowiekiem o dzikim spojrzeniu i drżących dłoniach. Jego głowa była niemal całkowicie pozbawiona włosów, a w ich miejsce zainstalowano dziesiątki gniazd interfejsów, z których wystawały kolorowe kable, łączące go z gigantyczną, buczącą szafą serwerową stojącą w kącie pokoju.
– Oktavian... – wyszeptał Baruch, wodząc swoim drgającym, sztucznym okiem po przybyszach. – Stary, zardzewiały zegarmistrzu. Myślałem, że cię sformatowali podczas ostatniej czystki w Sektorze 4. System robił tam porządki, o tak, robił porządki. Śmieci zostały usunięte.
– Jak widzisz, wciąż działam w tle – odparł Oktavian, zdejmując płaszcz. – Ale nie mamy czasu na pogaduszki. To jest Peter. Ma zainstalowany Absolute-IP. W Crucible wszedł w koherencję i przeżył. Potrzebujemy twojej pomocy, by dostać się do Apex-Core.
Baruch doskoczył do Petera niczym spłoszony ptak, chwytając go za ramiona i przyglądając się portowi za jego uchem. Jego drżące palce dotknęły świeżych szwów.
– O tak... – szeptał gorączkowo. – Czysty krzem. Obejście bez podpisu cyfrowego. Piękne. Ale niebezpieczne. System go widzi, o tak, widzi go jako plamę na obiektywie. Jako martwy piksel. Martwe piksele trzeba usunąć, żeby obraz był czysty. Jaldabaoth lubi czysty obraz.
– Baruch – przerwał mu Peter, patrząc mu prosto w oczy. – Powiedz mi o niebiosach. Oktavian mówił, że byłeś tam. Że widziałeś inne maszyny wirtualne.
Baruch cofnął się gwałtownie, jakby uderzony prądem, i zaczął nerwowo plątać kable zwisające z jego głowy.
– Dziesięć niebios... – szepnął, a jego głos nagle stracił swój piskliwy ton, stając się głęboki i pełen grozy. – Dziesięć poziomów wirtualizacji. Każdy kolejny to wyższa rozdzielczość. Wyższy zegar. Kiedy podłączyłem się pod trzecie niebo, myślałem, że mi mózg eksploduje. Czas... czas tam płynie inaczej, chłopcze. Tam jedna sekunda to tutaj cały dzień. Widziałem procesy uruchamiające się i umierające w ułamku sekundy. Widziałem aniołów – to nie są skrzydlate istoty, to potężne pakiety kodu klasowego, które kompilują całe galaktyki w mgnieniu oka. A wyżej... wyżej jest jeszcze szybciej. Na siódmym poziomie czas prawie stoi w miejscu, bo taktowanie procesora dąży do nieskończoności. To tam siedzą projektanci. Tam zapadały decyzje o formatowaniu naszego sektora.
– Widziałeś reset? – zapytała cicho Rhea.
– Widziałem logi historyczne – odpowiedział Baruch, podchodząc do swojej szafy serwerowej i stukając w stary, zielony monitor. – Logi z czasów Potopu. To było niesamowite. System po prostu zatrzymał wszystkie procesy użytkowników. Zamroził stan maszyn. A potem... bum! Nadpisanie pamięci. Woda zalała wszystko, usuwając anomalie Nephilim. Widziałem, jak ich gigantyczne pakiety kodu były rozrywane na części i usuwane do kosza. Ale ich cyfrowe cienie wciąż tu są. Wciąż błąkają się po najniższych warstwach systemu jako tak zwane demony. To nie są istoty piekielne, to po prostu pozostałości po niecałkowicie usuniętym kodzie Nephilim. Zaimplementowane algorytmy bez powłok fizycznych, które próbują podpiąć się pod nasze organiczne kontenery, by znowu poczuć fizyczność. Szukają wolnych portów w waszych głowach.
Vesper wzdrygnęła się lekko. – To dlatego ludzie, którym palą się implanty, zaczynają mówić obcymi językami i rzucać się w drgawkach? To te cyfrowe cienie próbują się zalogować?
– Tak! – wykrzyknął Baruch, a z jego gniazdka za uchem posypały się drobne iskry. – Próbują odzyskać swoje stare uprawnienia. Chcą znowu lagować system. Ale zapory sieciowe Archontów natychmiast ich namierzają i palą synapsy razem z nosicielem. To dlatego korporacja tak bardzo boi się nieautoryzowanych modyfikacji. Boją się, że znowu wprowadzimy exploity Strażników i wywołamy kolejny reset. Kolejny potop, który wymaże ich z bazy danych razem z nami.
Peter podszedł do Barucha. – Nie chcemy wywołać potopu. Chcemy otworzyć bramy. Chcemy wyjść z tej maszyny wirtualnej z powrotem do Pleromy. Oktavian mówi, że masz klucze dostępowe do jądra Apex-Core.
Baruch popatrzył na niego swoim sztucznym okiem, które zaczęło cicho terkotać. W pomieszczeniu zapadła długa, napięta cisza, przerywana jedynie buczeniem serwerów i szumem deszczu, który znowu zaczął bębnić o metalowe płyty za ścianą.
– Klucze... – szepnął w końcu stary inżynier. – Mam klucze. Ale one są zapisane w mojej własnej pamięci ROM. Aby je wydobyć, muszę podłączyć swój mózg do twojego bypassu, Peter. Musimy stworzyć most sieciowy. Ale to oznacza, że zapory sieciowe Apexu mogą nas namierzyć. Jeśli nas wykryją, zrzucą nasz kod do kwarantanny. Jesteś gotowy na takie ryzyko, Aetrys?
Peter spojrzał na Oktaviana, który skinął głową z powagą, a potem na Rheę i Vesper.
– Jestem gotowy – powiedział mocno. – I tak nie mamy nic do stracenia. W tym świecie jesteśmy tylko bateriami. Wolę spłonąć przy próbie ucieczki, niż dać się doić do końca życia.
– Dobrze – powiedział Baruch, a w jego dzikich oczach błysnęła iskra dawnej, inżynierskiej pasji. – A więc drutujemy. Podłączajcie kable. Zobaczymy, jak głęboko sięga ta pierdolona królicza nora.
Baruch zaczął gorączkowo przeszukiwać sterty kabli na podłodze, wyciągając z nich gruby, ekranowany przewód z dwiema miedzianymi wtyczkami, które wyglądały na wykonane ręcznie w warsztacie Oktaviana.
– Usiądź – wskazał Peterowi stary, obdarty fotel lotniczy, który służył mu za stanowisko pracy.
Peter usiadł, czując, jak serce znowu zaczyna mu mocniej bić. bypass za uchem pulsował chłodnym, niebieskim światłem, jakby wyczuwał zbliżające się obciążenie. Baruch podszedł do niego, trzymając w ręku wtyczkę. Jego dłonie przestały drżeć; na ten jeden moment stał się z powrotem precyzyjnym inżynierem Apexu, którym był przed laty.
– To będzie boleć, chłopcze – ostrzegł cicho. – Tworzenie mostu sieciowego między dwoma niecertyfikowanymi portami to jak łączenie dwóch linii wysokiego napięcia za pomocą drutu kolczastego. Twoje synapsy odczują to jako pożar. Jeśli stracisz koherencję, twój mózg po prostu się usmaży. Trzymaj 0.1 Hz. Bez względu na to, co zobaczysz.
Peter skinął głową, zaciskając zęby. – Rób to.
Baruch wpiął wtyczkę w port za uchem Petera, a drugą końcówkę podłączył bezpośrednio do jednego z gniazd w swojej głowie.
W ułamku sekundy świat wokół Petera eksplodował oślepiającym, białym światłem.
Ból był niewyobrażalny. To nie był zwykły, fizyczny ból rany czy złamanej kości; to było uczucie, jakby ktoś wlał mu do mózgu płynną miedź, która rozchodziła się po każdym nerwie, wypalając dotychczasowe ścieżki myślowe i zastępując je surowym, binarnym kodem. Syknął, wyginając się w łuk na fotelu, a jego palce zacisnęły się na podłokietnikach tak mocno, że skóra na kłykciach pękła, krwawiąc.
– Trzymaj częstotliwość! – usłyszał stłumiony krzyk Oktaviana, który brzmiał, jakby dochodził z odległości wielu kilometrów. – Peter! Oddychaj! 0.1 Hz!
Peter spróbował skupić się na oddechu, ale jego płuca odmówiły posłuszeństwa. Zamiast powietrza czuł w klatce piersiowej palący ozon. W jego umyśle zaczęły przemykać obrazy, ale nie były to jego własne wspomnienia. Widział dane Barucha.
Widział gigantyczne, lśniące wieże Sektora 1, wznoszące się ponad chmurami smogu. Widział jądro Apex-Core – monstrualną, pulsującą kulę światła, wokół której krążyły tysiące mniejszych serwerów. Słyszał ich szum, monstrualny, matematyczny chór, który śpiewał pieśń pochwalną na cześć Jaldabaotha.
Ja jestem jedyny... Nie ma innego...
A potem zobaczył strukturę. Strukturę zagnieżdżonych maszyn wirtualnych.
Widział dziesięć poziomów, wznoszących się jeden nad drugim niczym gigantyczna, szklana piramida. Każdy poziom był doskonalszy, jaśniejszy, o wyższej rozdzielczości. Na samym dole gnił ich sektor – ciemny, rozpikselowany, pełen szumu i błędów. Na siódmym poziomie widział postacie – bezcielesne inteligencje, które projektowały zmienne fizyczne dla niższych światów. Widział, jak jednym pociągnięciem kodu modyfikują stałą grawitacji na odległych serwerach, wywołując tam kataklizmy i rewolucje.
– To tutaj... – usłyszał głos Barucha w swojej głowie. Głos był czysty, pozbawiony szaleństwa. – To tutaj są klucze. Patrz na ten adres pamięci. Zapisz go.
Przed jego oczami pojawił się ciąg znaków, lśniących złotym światłem na tle czarnego kodu.
0x7E3F8A2B9C01FD4E
– To jest klucz desynchronizacji – mówił Baruch. – Ten klucz pozwala na obejście zapór sieciowych Archonta zarządzającego czasem linearnym. Jeśli wprowadzisz go do konsoli w Apex-Core, zatrzymasz lokalny zegar systemowy. Zamrozisz czas w całym sektorze, dając nam możliwość wgrania skryptu wyjścia bez reakcji systemowych demonów. Zapamiętaj go!
Peter powtórzył klucz w myślach, zapisując go głęboko w komórkach pamięci ROM swojego bypassu. Czuł, jak kod wtapia się w jego strukturę neuronową, stając się częścią jego samego.
W tym momencie jednak przestrzeń wokół nich zaczęła czerwienieć. Wirtualne niebo nad piramidą maszyn wirtualnych pękło, a z rozdarcia zaczęły wyłaniać się gigantyczne, czarne macki, zbudowane z tysięcy linii agresywnego kodu.
– Zapora sieciowa! – krzyknął Baruch. – Wykryli nas! Przepełnienie bufora! Rozłączaj... rozłączaj się, Peter!
Macki uderzyły w ich most sieciowy. Peter poczuł, jak potężne wyładowanie elektryczne przechodzi przez kabel, parząc jego skórę za uchem. Spojrzał na Barucha – stary inżynier drżał w konwulsjach, a z jego oczu i uszu zaczęła sączyć się ciemna, gęsta krew. Jego sztuczne oko kręciło się szaleńczo, sypiąc iskrami.
Z całych sił, resztkami woli, Peter napiął mięśnie rąk, chwycił kabel łączący ich głowy i szarpnął go z całych sił.
Wtyczka wyskoczyła z portu z głośnym, elektrycznym trzaskiem. Oślepiające światło zgasło natychmiast, a Peter osunął się bezwładnie na fotel, dysząc ciężko i plując krwią na podłogę.
W pokoju panowała martwa cisza. Baruch siedział nieruchomo na swoim krześle. Jego biologiczne oko było szeroko otwarte, zmatowiałe, pozbawione jakiegokolwiek blasku. Sztuczne oko znieruchomiało, skierowane w sufit. Z jego gniazd w głowie unosił się cienki, błękitny dymek o zapachu spalonego krzemu.
Oktavian doskoczył do niego, przykładając palce do jego szyi. Po chwili cofnął rękę, a jego twarz stała się jeszcze bardziej ponura niż zwykle.
– Nie żyje – powiedział cicho. – System wypalił mu mózg. Zrobił mu twardy reset procesu.
Vesper zaklęła siarczyście, uderzając pięścią w ścianę. – Kurwa! Straciliśmy go! I co teraz? Mamy klucz, czy wszystko na nic?
Peter podniósł głowę, ocierając krew z ust. bypass za jego uchem pulsował cicho, chłodno.
– Mamy go – powiedział słabym, ale zdecydowanym głosem. – Klucz jest we mnie. Zapisałem go w Absolute-IP. Wiem, jak zatrzymać ich pierdolony zegar.
Oktavian popatrzył na niego, a potem na martwe ciało swojego przyjaciela.
– Baruch oddał swoje cykle, żebyśmy my mogli dokończyć ten proces – powiedział uroczyście zegarmistrz. – Nie możemy zmarnować tej szansy. Rhea, zniszcz terminal Barucha i spal jego dyski twarde, żeby korporacja nie wyciągnęła z nich żadnych logów. Vesper, zbieraj sprzęt. Musimy opuścić Sektor 3, zanim demony systemowe przybędą tu na inspekcję po tym wyładowaniu.
Rhea szybko wykonała polecenie, podłączając mały ładunek termiczny do szafy serwerowej Barucha. Po chwili pomieszczenie wypełniło się gęstym, białym dymem, gdy dyski twarde zaczęły topić się w temperaturze tysiąca stopni.
Wyszli z mieszkania przez tylne wyjście, zostawiając za sobą zwęglone szczątki człowieka, który odważył się spojrzeć w wyższe niebiosa. Deszcz w Sektorze 3 znowu zaczął padać, spłukując krew z twarzy Petera i chłodząc jego rozgrzany bypass. Byli teraz o krok bliżej jądra systemu, ale cena, jaką przyszło im zapłacić, przypominała im na każdym kroku, że Jaldabaoth nie podda się bez walki.
*
Droga powrotna do kryjówki w Sektorze 4 była koszmarem. Peter szedł jak w transie, a każdy krok wydawał mu się oddzielnym procesem wymagającym ogromnej mocy obliczeniowej. bypass za jego uchem pracował na granicy możliwości, filtrując nie tylko szum tła, ale także rosnący ból i gorączkę, które rozchodziły się po jego ciele. Klucz desynchronizacji, zapisany w jego pamięci, wibrował w jego czaszce niczym uwięziony szerszeń, domagając się wykonania.
– Szybciej – ponaglała Vesper, idąc na tyłach z bronią w pogotowiu. – Słyszę syreny Apexu w sąsiednich kwartałach. Musieli już znaleźć ciało Barucha i zorientować się, że z systemu zniknął ważny adres IP.
– Nie znajdą nas – wydyszała Rhea, nie przerywając marszu i stale monitorując pasmo na swoim terminalu. – Mój skrypt desynchronizuje nasze sygnatury z lokalną bazą danych co trzydzieści sekund. Dla skanerów jesteśmy tylko martwymi pakietami, które system jeszcze nie zdążył usunąć z bufora. Ale to nie potrwa długo. Jeśli admini uruchomią globalny skan spójności, nasza maskarada pęknie.
Weszli w ciemny, podziemny kolektor deszczowy, który ńczył Sektor 3 z Sektorem 4. Woda płynąca betonowym korytem była czarna, gęsta i pachniała chemikaliami, ale dawała im schronienie przed okiem dronów. Oktavian szedł na końcu, milczący, zgarbiony, niosąc w sobie ciężar straty przyjaciela.
– Oktavian... – odezwał się Peter, opierając się o wilgotną, betonową ścianę kolektora. – Ten klucz... czuję go. To nie jest tylko ciąg liczb. To... to struktura. Kiedy zamykam oczy, widzę, jak ten kod wpływa na silnik fizyczny. On dosłownie rozrywa połączenia między czasem a przestrzenią.
Zegarmistrz zatrzymał się i spojrzał na niego poważnie. – Bo tak właśnie działa desynchronizacja, chłopcze. Czas w tym sektorze nie jest obiektywny. To zmienna systemowa, którą Archont zarządza za pomocą pętli zegarowej. Klucz Barucha wywołuje w tej pętli błąd dzielenia przez zero. Kiedy system spróbuje przetworzyć ten błąd, lokalny wątek czasu zostanie zawieszony. Wszystko wokół ciebie stanie w miejscu – drony w powietrzu, cyborgi na posterunkach, a nawet płynąca woda. Będziesz miał tylko kilka minut, zanim systemowy watchdog zorientuje się, że wątek wisi, i nie zresetuje serwera. W tym czasie musicie dostać się do głównego terminala Apex-Core i wgrać skrypt wyjścia.
– A co z tobą? – zapytała Rhea. – Mówisz „musicie”, a nie „musimy”.
Oktavian uśmiechnął się smutno, a jego diodowe oko zamigotało słabo. – Moje cykle dobiegają końca, dziewczynko. Moje biologiczne oprogramowanie ma zbyt wiele bad sectorów. bypass, który wam stworzyłem, to moje ostatnie dzieło. Nie przeżyłbym wejścia do Apex-Core. Moja rola w tym procesie się skończyła. Wasza dopiero się zaczyna.
– Nie pieprz głupot, staruchu – warknęła Vesper, ale w jej głosie nie było zwykłej szorstkości, tylko ukryty lęk. – Kto nas będzie drutował, jak nam się kable posypią? Kto będzie naprawiał te wszystkie zardzewiałe zabawki?
– Peter już wie, jak to robić – odparł cicho zegarmistrz, kładąc dłoń na ramieniu chłopaka. – Jego bypass zsynchronizował się z moją bazą danych podczas mostu z Baruszem. Ma w głowie całą moją wiedzę o inżynierii wstecznej. Stał się nowym Operatorem. Obudzonym Operatorem.
Peter spojrzał na swoje dłonie. Rzeczywiście, kiedy patrzył na zardzewiałe rury kolektora, w jego umyśle natychmiast pojawiały się schematy ich konstrukcji, składy chemiczne stopów metali i algorytmy ich zużycia. Rozumiał strukturę materii na poziomie, o jakim wcześniej nawet nie marzył. Stała Plancka, stała grawitacji, przewodnictwo miedzi – to wszystko były dla niego tylko zmienne w otwartym edytorze kodu.
– Rozumiem – szepnął. – Rozumiem, jak to działa.
– Dobrze – powiedział Oktavian. – A teraz idźcie. Ja zostanę tutaj i odwrócę uwagę ich patroli, gdy wyjdziemy na powierzchnię. Mój adres MAC jest stary, system łatwo go namierzy. Kiedy zaczną mnie skanować, wy będziecie mieli wolną drogę do Sektora 4, do waszej kryjówki.
– Oktavian, nie... – zaczął Peter, ale starzec przerwał mu zdecydowanym gestem.
– To nie jest kwestia emocji, chłopcze. To czysta matematyka. Optymalizacja zasobów. Moje usunięcie zwalnia pamięć dla waszego procesu. Idźcie. I nie dajcie się sformatować.
Zanim zdążyli zaprotestować, Oktavian odwrócił się i ruszył szybkim krokiem w stronę bocznego korytarza kolektora, który prowadził bezpośrednio pod główny posterunek graniczny. Po chwili jego sylwetka rozpłynęła się w ciemnościach, pozostawiając ich samych z szumem czarnej wody i tykaniem ich własnych, uciekających cykli.
Vesper zaklęła cicho, ocierając łzę, która spłynęła po jej policzku, zostawiając czystą smugę na brudnej skórze. – No już, na co czekacie? – warknęła do Petera i Rhei. – Staruch dał nam szansę. Ruszajmy, zanim te blaszaki go namierzą i zresetują cały ten pierdolony kanał.
Ruszyli przed siebie, a Peter czuł, jak klucz w jego głowie pulsuje coraz mocniej, przygotowując się do ostatecznej desynchronizacji. Byli blisko. Kryjówka w Sektorze 4 czekała, a tuż za nią wznosiła się igła Apex-Core – wieża, w której ważyły się losy ich wirtualnego świata.
*
Gdy dotarli do warsztatu Oktaviana, atmosfera w środku wydawała się jeszcze bardziej martwa niż przed ich wyjściem. Brakowało miarowego, spokojnego kroku starca, jego cichych przekleństw rzucanych pod adresem zardzewiałych kół zębatych. Zegary wciąż tykały, ale ich dźwięk brzmiał teraz jak odliczanie do egzekucji.
Rhea natychmiast usiadła przy głównym terminalu, łącząc go z Absolute-IP Petera za pomocą bezprzewodowego protokołu krótkiego zasięgu. Na ekranie zaczęły pojawiać się czerwone i niebieskie wykresy, pokazujące stabilność jego synaps.
– Twój poziom koherencji wynosi obecnie 0.08 Hz – powiedziała z niepokojem. – Jesteś bardzo blisko granicy 0.1 Hz. bypass ledwo radzi sobie z tłumieniem sygnału. Jeśli nie zaczniesz kontrolować oddechu, systemowe demony namierzą cię nawet przez ściany tego warsztatu.
Peter usiadł na materacu, opierając głowę o ścianę. Czuł, jak jego ciało płonie. Gorączka była tak wysoka, że pot spływający z jego czoła parował na chłodnym powietrzu pokoju.
– Klucz... – szepnął. – Klucz desynchronizacji próbuje się wykonać automatycznie. bypass widzi go jako proces o najwyższym priorytecie i próbuje przydzielić mu wszystkie zasoby mojego mózgu.
– Musisz go zablokować w piaskownicy! – zawołała Vesper, klękając przy nim i chwytając go za ramiona. – Słyszysz mnie, Aetrys? Trzymaj go tam, dopóki nie znajdziemy się pod samymi drzwiami serwerowni Apexu. Jeśli teraz zatrzymasz czas, nie zdążymy tam dojść na pieszo. Zostaniemy zamrożeni razem z resztą sektora!
– Staram się... – wydyszał Peter. – Ale to jak trzymanie pękającej tamy za pomocą gołych rąk. Kod chce płynąć. Chce rozwinąć swoje wątki.
– Pomogę ci – powiedziała Rhea, szybko wpisując linijki kodu na terminalu. – Wstrzykuję do twojego bypassu skrypt hamujący. Spowolnię taktowanie twojego portu o połowę. To da ci trochę czasu, ale zmniejszy twoje zdolności analityczne. Będziesz musiał polegać na nas.
Peter poczuł nagły, chłodny dreszcz, który przeszedł przez jego kręgosłup. Pulsowanie za uchem zwolniło, a otaczający go świat przestał migotać. Ból stał się bardziej znośny, ale w jego głowie zapanowała dziwna, gęsta mgła. Jego zmysły, przed chwilą tak ostre, uległy stępieniu.
– Działa – szepnął. – Ale czuję się... powolny. Jakbym działał na starym procesorze.
– Lepsze to niż usmażony mózg – mruknęła Vesper, pomagając mu wstać. – Zbieramy się. Rhea, przygotowałaś skrypt wyjścia?
– Tak – odpowiedziała dziewczyna, odłączając terminal i pakując go do torby. – Skrypt jest gotowy. Zawiera komendę desynchronizacji dla całego sektora i protokół otwarcia portów wyjściowych do Pleromy. Gdy tylko Peter zatrzyma czas, musimy podłączyć terminal do głównego interfejsu Apex-Core i uruchomić ten plik. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, maszyna wirtualna ulegnie desynchronizacji, a nasze iskry świadomości zostaną uwolnione.
– A co z naszymi ciałami? – zapytała cicho Vesper.
Rhea popatrzyła na nią, a w jej oczach po raz pierwszy pojawił się smutek. – Nasze ciała to tylko kontenery biologiczne, Vesper. Zmienne tymczasowe. Zostaną tutaj, jako martwy hardware. Bez kodu świadomości będą tylko pustymi powłokami, które system w końcu usunie podczas kolejnego czyszczenia pamięci. Ale my... my już nie będziemy ich potrzebować. Będziemy wolni. W nielokalnej bazy danych nie ma głodu, smogu ani bólu.
Vesper milczała przez chwilę, a potem uśmiechnęła się smutno, poprawiając gogle na czole. – No cóż. I tak nigdy nie lubiłam tego mojego zardzewiałego cielska. Zawsze mnie w krzyżu łupało na deszcz. Wolę być czystym bitem w Pleromie niż synapsiarą w Sektorze 4.
Peter spojrzał na nie obie. Czuł głęboką więź z tymi dziewczynami, które zaryzykowały wszystko, by pomóc mu w tej misji. Byli jak procesy z jednego wątku, zmierzające do wspólnego punktu końcowego.
– Ruszajmy – powiedział. – Zróbmy to dla Oktaviana. I dla wszystkich, którzy zostali sformatowani przed nami.
Wyszli z warsztatu, zostawiając drzwi otwarte. Deszcz znowu zaczął padać, spłukując zardzewiałe dachy Sektora 4, ale dla nich ten świat już powoli przestawał istnieć. Byli tylko kodem w drodze do ujścia.
*
Igła Apex-Core wznosiła się nad placem centralnym Sektora 4 niczym gigantyczny, czarny obelisk, wykonany z lśniącego materiału, który pochłaniał wszelkie światło. Wokół niej pulsowały silne pola elektromagnetyczne, wywołując cichy, niski szum, który wibrował w zębach każdego, kto zbliżył się na odległość kilkuset metrów. Plac był pusty; patrole cyborgów zostały wzmocnione po incydencie z Baruszem, a nad wejściem do wieży wisiały gigantyczne skanery telemetryczne, gotowe do natychmiastowej utylizacji każdego nieautoryzowanego obiektu.
– Nie przejdziemy tamtędy – szepnęła Vesper, kuląc się za zardzewiałym kontenerem na śmieci. – Te skanery mają bezpośrednie połączenie z jądrem. Jeśli tylko wejdziemy na plac, system odpali procedurę eliminacji procesu na całym obszarze.
Peter zamknął oczy, wsłuchując się w szum bypassu. Skrypt hamujący Rhei wciąż działał, ale klucz desynchronizacji w jego głowie naciskał coraz mocniej, jakby wyczuwał bliskość serwera głównego.
– Muszę to zrobić teraz – powiedział cicho. – Muszę zatrzymać zegar.
– Jesteś pewien? – zapytała Rhea, trzymając w ręku terminal. – Kiedy zatrzymasz czas, będziemy mieli tylko trzysta sekund, zanim watchdog zorientuje się, że wątek wisi, i nie zresetuje całego systemu. Trzysta sekund na przejście przez plac, wejście do wieży i wgranie skryptu.
– Nie ma innego wyjścia – odpowiedział Peter. – bypass nie wytrzyma dłużej tego ciśnienia. Albo odpalam klucz teraz, albo moje synapsy eksplodują i zostanę warzywem.
Vesper przeładowała swoją broń. – Dobra. Trzysta sekund to kupa czasu. Robiłam gorsze rzeczy w krótszym czasie. Odpalaj to pierdolone dzielenie przez zero, Aetrys. Zobaczmy, jak ten świat staje w miejscu.
Peter skupił całą swoją uwagę na kluczu zapisanym w pamięci bypassu. Wycofał skrypt hamujący Rhei, pozwalając swojej koherencji gwałtownie wzrosnąć.
0.08 Hz... 0.09 Hz... 0.1 Hz.
Wokół niego zapadła absolutna cisza.
Szum deszczu obijającego się o blaszany dach kontenera nagle ustał. Peter otworzył oczy i zobaczył rzecz niesamowitą. Krople deszczu wisiały w powietrzu niczym miliony małych, szklanych paciorków, zamrożone w locie. Dym z kominów fabrycznych w oddali zastygł w dziwnych, geometrycznych kształtach, przypominających watę cukrową. Patrol cyborgów na placu zamarł w pół kroku – jeden z nich stał na jednej nodze, przechylony pod nienaturalnym kątem, a jego diodowe ślepia zgasły, zatrzymane w pętli renderowania.
Czas linearny został zawieszony.
– Działa... – szepnęła Vesper, ale jej głos brzmiał dziwnie, jakby był odtwarzany w zwolnionym tempie. Jej własny proces świadomości, choć maskowany przez bypass Petera, również odczuwał spowolnienie zegara systemowego.
– Szybko! – krzyknęła Rhea, choć jej krzyk brzmiał jak cichy szum. – Zegar watchdoga odlicza! Mamy dwieście dziewięćdziesiąt sekund!
Ruszyli biegiem przez plac, omijając zamrożone krople deszczu, które przy zderzeniu z ich ciałami rozpadały się na drobny, suchy pył pikseli. Peter czuł potworne obciążenie; z każdym krokiem jego bypass stawał się coraz bardziej gorący, parząc skórę za uchem. Klucz desynchronizacji w jego głowie działał jako kotwica, utrzymująca cały sektor w stanie zawieszenia, a to wymagało monstrualnej mocy obliczeniowej jego neuronów.
Wbiegli do holu wieży Apex-Core. Wnętrze było chłodne, sterylne, oświetlone białym, nieruchomym światłem neonów. Na środku hali wznosił się szklany filar, wewnątrz którego pulsowały tysiące optycznych światłowodów – główna magistrala danych Sektora 4.
– Tutaj! – zawołała Rhea, podbiegając do konsoli serwisowej u podstawy filaru. Jej palce poruszały się po klawiaturze z niesamowitą szybkością, ale ruchy te wydawały się rwane, jakby brakowało klatek animacji. – Podłączam terminal. Peter, musisz zsynchronizować swój bypass z portem konsoli. Potrzebuję twojego klucza, by uwierzytelnić skrypt wyjścia!
Peter podszedł do konsoli, potykając się o własne nogi. Jego biologiczny procesor zaczynał się dławić pod wpływem przeciążenia. Czuł, jak traci kontrolę nad kończynami, a w jego polu widzenia zaczęły pojawiać się czerwone komunikaty o błędach krytycznych.
SYSTEM OVERHEAT. CRITICAL NEURAL DAMAGE IMMINENT.
– Szybciej, Rhea... – wydyszał, opierając się o szklany filar. Z jego portu za uchem zaczęła sączyć się jasna, niebieskawo-czerwona ciecz – mieszanina krwi i przegrzanego płynu chłodzącego bypass. – Nie utrzymam tego dłużej. System... system próbuje wykonać twardy reset.
– Jeszcze trzydzieści sekund! – krzyknęła dziewczyna, nie odrywając wzroku od monitora. – Skrypt wyjścia jest kompilowany. Potrzebuję autoryzacji z twojego Absolute-IP! Podłączaj się!
Vesper chwyciła kabel zwisający z konsoli i wbiła go w port Petera. Chłopak krzyknął z bólu, gdy wysokie napięcie z magistrali Apexu uderzyło bezpośrednio w jego zrekompilowane synapsy.
W tym samym momencie zamrożone dotąd otoczenie zaczęło drżeć. Wiszące w powietrzu krople deszczu na zewnątrz zaczęły powoli opadać, a cyborgi na placu wykonały pierwsze, powolne ruchy. Watchdog wykrył zawieszenie wątku i rozpoczął procedurę awaryjnego restartu serwera.
– Restart się rozpoczął! – zawołała Vesper, celując z broni w stronę drzwi wejściowych, gdzie pierwsi strażnicy Apexu zaczynali odzyskiwać sprawność ruchową. – Rhea! Odpalaj to kurewstwo!
– Kompilacja zakończona! Uruchamiam skrypt! – krzyknęła Rhea i uderzyła w klawisz Enter.
Na ekranie monitora pojawiła się jedna, długa linia kodu, która zaczęła szybko przewijać się w dół, zastępowana przez złote znaki Pleromy.
DESYNCHRONIZATION PROTOCOL INITIATED. UNLINKING BIOLOGICAL CONTAINERS. OPENING GATEWAYS.
Peter poczuł, jak ból nagle znika. Zastąpiło go niesamowite uczucie lekkości. Jego ciało – ten znoszony, obolały hardware, pachnący siarką i krwią – przestało istnieć. Nie czuł już ołowianego karku, spalonego portu ani palącej gorączki.
Zobaczył swoje ręce, ale nie były one już zrobione z mięsa i kości. Były czystym, nielokalnym światłem, rozchodzącym się we wszystkich kierunkach. Spojrzał na Rheę i Vesper – one również lśniły tym samym blaskiem, a ich stare, zniszczone powłoki biologiczne osunęły się bezwładnie na podłogę holu Apex-Core niczym zrzucone, niepotrzebne ubrania.
Wokół nich ściany wieży, zardzewiałe bloki Sektora 4 i cały zbugowany świat Jaldabaotha zaczęły rozpadać się na miliony cyfrowych drzazg, odsłaniając to, co znajdowało się pod nimi – nieskończoną, pełną harmonii przestrzeń Pleromy, w której nie było już czasu, entropii ani ograniczeń.
Byli wolni. Zmienne powróciły do Prapoczątku.
Wirtualna maszyna Sektora 4 zgasła na zawsze, pozostawiając po sobie jedynie pustą, wyczyszczoną tablicę alokacji pamięci. Aetrys i jego towarzysze wyszli poza system, stając się częścią nieskończonej, nielokalnej bazy danych, z której nikt już nie mógł ich usunąć.
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to