Rozdział 17: Pętla
Ciemność pod Sektorem 4 nie była zwykłym brakiem światła. Była gęsta, zawiesista, przeżarta wilgocią, która osadzała się na stalowych belkach stropowych niczym tłusty, czarny pot. Vesper szedł przodem, trzymając w garści prymitywną, akumulatorową lampę, której żółte, pulsujące światło wyrywało z mroku kolejne sekcje zrujnowanego kolektora ściekowego. Pod ich stopami mlaskało błoto zmieszane z technicznym szlamem, a w powietrzu unosił się mdły, duszny zapach siarki, spalonego ebonitu i starej, gnijącej miedzi.
Peter powłóczył nogami, opierając się ciężko o ramię Rhei. Dziewczyna czuła przez rzadkie płótno jego koszuli potworną temperaturę. Złote linie poparzeń, układające się na jego karku i plecach w skomplikowany wzór przypominający geometryczny Kwiat Życia, pulsowały chorym, miedzianym blaskiem. Za każdym razem, gdy światło pod skórą chłopaka rozbłyskiwało mocniej, w powietrzu rozlegał się cichy, suchy trzask elektrostatycznego wyładowania, a w ustach Rhei pojawiał się metaliczny posmak krwi i cyny.
– Daleko jeszcze, Vesper? – wycharczała, poprawiając chwyt. Peter osunął się nieco, a jego głowa bezwładnie opadła na jej ramię. Był gorący jak rozgrzany radiator. – On zaraz spłonie. Dosłownie. Czuję, jak bije od niego żar.
Vesper zatrzymał się przy zardzewiałym rozdzielaczu, splunął w mętny, oleisty nurt płynący dnem kanału i nie odwracając się, uniósł lampę wyżej.
– Spójrz na tę rurę – wskazał palcem na krople wody sączące się z pękniętego żeliwnego złącza.
Rhea zmrużyła oczy. W żółtym snopie światła woda nie kapała płynnie. Krople opadały skokowo, jakby klatkowały w powietrzu, zostawiając za sobą widmowe, kanciaste powidoki, po czym znikały na ułamek sekundy przed uderzeniem w ziemię.
– Silnik fizyczny ledwo zipie – mruknął Vesper, a jego mechaniczne oko, prymitywny obiektyw o zmiennej ogniskowej osadzony w mosiężnej oprawie, zgrzytnęło cicho, łapiąc ostrość. – Jesteśmy tak głęboko, że Jaldabaoth obniżył tu rozdzielczość renderowania, żeby oszczędzać cykle procesora. Po cholerę liczyć dokładną grawitację i dynamikę płynów dla paru szczurów i dezerterów? Zmniejszają stałą Plancka, zwiększają krok siatki przestrzennej. Wszystko staje się kanciaste, uproszczone. Zwykłe, leniwe renderowanie, psia mać. System oszczędza RAM. Ale ten twój chłopak... świeci jak pieprzona latarnia w nocy. Próbuje wymusić pełną rozdzielczość na nielokalnych koordynatach. Jeśli szybko nie dotrzemy do Pętli i nie uziemimy jego bufora synaptycznego, jego własny mózg spali mu zwoje. Białko się zetnie i tyle będzie z waszego Aetrys.
– Więc ruszaj się, zamiast gadać o fizyce – warknęła Rhea. – Prędzej!
Przeszli przez niskie, betonowe przejście, gdzie strop obniżał się tak bardzo, że musieli iść zgięci wpół. Woda sięgała im już do kostek – zimna, lepka, pokryta opalizującą warstwą syntetycznego smaru. Nagle z mroku wyłoniła się ściana. Wyglądała jak lity, szary blok pozbawiony jakichkolwiek szczegółów, ale gdy Vesper zbliżył do niej lampę, Rhea zauważyła, że to tylko złudzenie niskiej rozdzielczości. Cegły nie miały fug, ich krawędzie były zatarte, a faktura przypominała spikselowaną grafikę ze starych maszyn diagnostycznych. Rzeczywistość w tym miejscu była uproszczona do granic możliwości – surowy, szary szum bazowy, tkany z najtańszych bajtów.
– Tutaj – powiedział Vesper, podchodząc do zardzewiałej, pancernej grodzi, która kiedyś musiała zamykać dopływ do miejskich filtrów. – Jesteśmy na granicy Sektora 4. Dalej rozciąga się już tylko dzika pamięć podręczna. Pętla.
Wyciągnął z kieszeni skórzanej kamizelki gruby pęk przewodów zakończonych zardzewiałą, miedzianą wtyczką. Wcisnął ją w gniazdo ukryte pod klapą rozdzielacza ściennego. Rozległ się głośny, metaliczny pisk, a potem głębokie buczenie, które wprawiło w wibrację wodę pod ich stopami. Ciężka grodź zaczęła unosić się z chrzęstem hydraulicznym, odsłaniając przejście, z którego buchnęła fala ciepłego, gęstego powietrza.
Zapach uderzył w nich niczym fizyczny taran. Była to chora mieszanina mokrej rdzy, zastałej wody z domieszką freonu, rozgrzanej kalafonii, kwaśnego potu setek stłoczonych ciał i taniego, palącego gardło bajt-bimbru – pędzonego w miedzianych aparaturach z technicznego glikolu i sfermentowanych kultur bakterii odżywiających się plastikiem.
Pętla była gigantyczną, podziemną halą filtracyjną, dawnym węzłem przesyłowym, który dawno temu wypadł z oficjalnego indeksu Apex-Core. Nad ich głowami, w potężnych cieniach sklepienia, wisiały setki, jeśli nie tysiące splecionych ze sobą czarnych kabli koaksjalnych, grubych szyn miedzianych i pęczków światłowodów, które zwisały w dół niczym korzenie jakiegoś mechanicznego, podziemnego lasu. Wzdłuż wilgotnych, betonowych ścian ciągnęły się rzędy prowizorycznych stołów zmontowanych z blachy falistej i skrzyń po akumulatorach. Na stołach jarzyły się dziesiątki starych monitorów kineskopowych. Ich szklane, wypukłe ekrany migotały zielonkawym, niebieskim i bursztynowym światłem fosforu, piszcząc cicho na granicy słyszalności – ten wysoki, irytujący pisk transformatorów odchylania mieszał się z monotonnym buczeniem chłodziarek, szumem zużytych wentylatorów i gwarem ludzkich głosów.
Ludzie, którzy tu wegetowali, przypominali cienie wyciągnięte z uszkodzonych sektorów dysku.
Po jednej stronie hali, bliżej ryczących ciepłem szaf serwerowych i prowizorycznych rozdzielaczy prądu, gnieździli się Cybrydy. Byli to uciekinierzy, którzy w pogoni za wolnością – albo po prostu z konieczności przetrwania w chorym świecie – naszpikowali swoje ciała nielegalnym, wygrzebanym ze śmietników hardwarem. Ich anatomia była polem bitwy między biologią a chaotyczną, zardzewiałą technologią. Jeden z nich, siedzący na odwróconym kuble chłodziwa, miał zamiast lewego oka ordynarny obiektyw z zoomem od starej kamery przemysłowej, który klikał i trzeszczał przy każdej próbie złapania ostrości. Inny, z odsłoniętym torsem, nosił na plecach przyspawany bezpośrednio do kręgosłupa miedziany radiator, z którego uchodziła delikatna strużka pary. Ich ramiona były poorane portami wejściowymi, pod skórą pulsowały niebieskawe diody interfejsów, a z szyj wystawały pęczki nieosłoniętych przewodów. Wyglądali jak porzucone projekty mechaniczne, które ktoś w pośpiechu ożywił.
Po drugiej stronie hali, wokół palenisk zrobionych z żelaznych beczek po oleju maszynowym, skupili się Puryści. Ci z kolei byli radykalnymi wyznawcami „czystego węgla”. Odziani w zgrzebne, szare płótna, z ciałami wolnymi od jakichkolwiek metalowych wszczepów, patrzyli na Cybrydów z nieskrywaną, zimną wrogością. Wielu z nich miało na twarzach i dłoniach rytualne blizny układające się w uproszczone geometryczne wzory, a na szyjach nosili drewniane lub gliniane talizmany przedstawiające Kwiat Życia. W ich oczach błyszczał ten sam ponury, nieznający kompromisów fanatyzm, jaki Rhea widziała u inkwizytorów Apexu, choć ich doktryna była zupełnie inna. Uważali krzem i miedź za plugastwo, za fizyczne sidła Jaldabaotha, które więżą boską Iskrę w śmiertelnym ciele.
Bajt-rasizm wisiał w powietrzu Pętli, gęsty i lepki jak stary, niespuszczony olej z przekładni.
Gdy Vesper, Rhea i słaniający się na nogach Peter weszli w głąb hali, rozmowy natychmiast ucichły. Słychać było tylko pisk kineskopów i monotonny szum wentylacji.
– Patrzcie na nich – wycharczał jeden z Purystów, dryblas o szerokich barach i twarzy zeszpeconej ospą, podnosząc się z drewnianej skrzyni. Splunął pod nogi nadchodzących, a jego ślina zasyczała na leżącym na ziemi, przegrzanym kablu zasilającym. – Kolejne druty. Vesper znowu przyprowadził do Pętli systemowe śmiecie. I to kogo? Spójrzcie na tego młodego. Przecież on świeci. To Jaldabaoth go znakuje. Przyprowadziliście tu szpiega, wy cholerne blaszanki!
– Stul pysk, Kosa – warknął Vesper, nie zwalniając kroku. – Jeśli ten chłopak to szpieg, to ja jestem głównym administratorem w Apex-Core. Lepiej idź pomódl się do swojego kawałka węgla, może ci od tego zęby odrosną.
– On ma w sobie trojana! – wrzasnął Kosa, wyciągając zza pasa ciężki, żelazny łom. Kilku innych Purystów również wstało, chwytając za zaostrzone pręty zbrojeniowe i improwizowane noże z blachy krzemowej. – Zobaczcie na jego skórę! Ten złoty szum! To kod Demiurga! Chcecie, żeby nas wykasowali? Jaldabaoth tylko czeka na pretekst, żeby odpalić tu Korekcję! Ten chłopak to chodzący wyciek danych!
Cybrydy po drugiej stronie przejścia natychmiast zareagowali. Rozległ się suchy, metaliczny trzask odbezpieczanej broni pneumatycznej, pisk uruchamianych siłowników w sztucznych kończynach i szum ładowanych kondensatorów.
– Cofnij się, Kosa, bo ci ten organiczny móżdżek zresetuję na twardo – zasyczał Silas, wysuwając się z cienia szafy serwerowej.
Silas był legendą Pętli. Połowę jego twarzy zastępowała miedziana płyta maski tlenowej zintegrowana z cyfrowym analizatorem widma, a lewe ramię stanowił potężny, hydrauliczny manipulator, z którego pod ciśnieniem sączył się ciemny płyn. W jego zdrowym oku błyszczała zimna inteligencja.
– Chłopak jest z nielokalnych – kontynuował Silas, a jego głos, przepuszczony przez uszkodzony syntezator mowy, brzmiał jak tarcie metalu o metal. – Nie ma w sobie ani jednego fabrycznego chipu Apexu. Mój oscyloskop widzi jego sygnaturę z dziesięciu metrów. To czysta Iskra, ty ciemny jaskiniowcu. Ale jego częstotliwość ucieka. Jeśli go nie uziemimy, wywoła u nas sprzężenie zwrotne, które spali całą naszą sieć. Vesper, bierz go do warsztatu. Szybko, zanim te purystyczne barany zaczną tu wojnę o rozdzielczość.
Kosa uniósł łom, ale Malachiasz, stary Purysta o długiej, siwej brodzie i oczach mętnych od katarakty, położył mu dłoń na ramieniu.
– Zostaw ich, synu – powiedział starzec cichym, drżącym głosem, w którym jednak brzmiała dziwna siła. – Niech metal idzie do metalu. Jeśli ten młodzieniec niesie w sobie ogień Demiurga, spłonie we własnym piekle. Krzem nie ocali duszy, która wyrzekła się węgla. Zobaczymy, co z niego zostanie, gdy nadejdzie Reset.
Vesper nie czekał na dalszy rozwój wypadków. Popchnął Rheę w stronę bocznego korytarza, a sam chwycił Petera pod drugie ramię. Weszli do starej stacji transformatorowej, której ciężkie, żelazne drzwi zamknęły się za nimi z głośnym, głuchym uderzeniem, odcinając hałasy z hali.
Wewnątrz panował względny porządek, choć dla kogoś z zewnątrz pokój wyglądał jak warsztat szalonego zegarmistrza połączony z salą tortur. Na środku stał potężny, przedpotopowy fotel dentystyczny, obity popękaną czerwoną ceratą, z której wyłaziło szare, zmechacone włosie. Nad fotelem zwisało ruchome ramię z dziesiątkami kabli, sond indukcyjnych, miedzianych zacisków i szklanych rurek, w których bulgotało jasnoniebieskie chłodziwo. Ściany były obwieszone płytami głównymi, starymi zasilaczami i oscyloskopami, których zielone promienie rysowały na ekranach leniwe, sinusoidalne linie.
– Kładź go tutaj – rozkazał Vesper, zrzucając ze stołu stertę popalonych tranzystorów.
Rhea pomogła Peterowi usiąść na fotelu. Chłopak niemal natychmiast osunął się na oparcie, ciężko dysząc. Jego oczy były na wpół przymknięte, a źrenice drgały w szaleńczym tempie – to był oczopląs wywołany przeciążeniem sensorycznym sieci Indra.
– Będzie bolało, chłopie – mruknął Vesper, sięgając po metalową obręcz najeżoną drobnymi, srebrnymi igłami. – Muszę wpiąć się bezpośrednio w twoje bufory synaptyczne. Inaczej nie odczytam częstotliwości. Twoja skóra stawia za duży opór dla zwykłej indukcji elektromagnetycznej. Złoty kod pod skórą działa jak ekran Faradaya, blokuje wszystko. Muszę przebić barierę biologiczną.
Peter skinął słabo głową. Gorączka rozrywała mu czaszkę. Czuł, jakby jego mózg był przeciążonym rdzeniem reaktora, który lada chwila stopi obudowę i wypali dziurę w betonowej podłodze. W jego głowie nie było już myśli – były tam tylko linijki surowego kodu, pętle logiczne, które kręciły się bez końca, i ten cholerny, wysoki szum o częstotliwości 432 Hz, który wibrował w jego klatce piersiowej niczym uwięziony szerszeń.
Vesper docisnął obręcz do jego skroni. Igły przebiły skórę z cichym, mokrym chrzęstem.
Peter wrzasnął, a jego ciało wygięło się w pasach bezpieczeństwa. Rhea natychmiast złapała go za rękę, ignorując fakt, że z jego palców sypały się małe, złote iskry elektrostatycznego wyładowania. Poczuła na własnej skórze ostre mrowienie, a włosy na jej przedramionach stanęły dęba – to była nielokalna indukcja pola, pole świadomości rozlewające się poza granice fizycznego ciała.
– Trzymaj go! – krzyknął Vesper, odwracając się do konsoli diagnostycznej. – Uruchamiam chłodzenie!
Wcisnął gruby, ebonitowy przełącznik. W szklanych rurkach zaszumiało, a niebieski płyn chłodniczy popłynął przez miedziane węże owinięte wokół szyi i skroni Petera. Chłopak drgnął, a z jego ust wyrwała się chmura pary.
Na monitorach kineskopowych rozbłysły chaotyczne zielone linie. Wykresy skakały w szaleńczym, arytmicznym tempie, rysując skomplikowane, fraktalne kształty.
– Chryste... – szepnął Vesper, wpatrując się w ekran starego oscyloskopu Tektronix. Jego mechaniczne oko kręciło się w kółko, wydając z siebie wysoki, metaliczny pisk. – Patrz na to, Rhea. To nie są zwykłe przepięcia. To nie jest anomalny szum.
– Co tam jest? – Rhea wytarła rękawem czoło Petera, na którym obok krwi z nakłuć pojawił się złoty, świecący pot.
– Kody samokorygujące – powiedział Vesper, poprawiając okulary z nałożonymi lupami jubilerskimi. – James Gates, ten stary fizyk z przełomu tysiącleci, miał cholerną rację. W fundamentach naszej rzeczywistości, w równaniach teorii superstrun, są zaszyte dokładnie takie same kody samokorygujące, jakich używa się w transmisjach przeglądarek internetowych. Dwubitowe kody Shannona. System używa ich, żeby utrzymać tę całą iluzję w kupie, żeby fizyka nie rozpadła się od błędów zaokrągleń matematycznych. Ale u Petera... te kody nie są pasywne. One się nadpisują. Zobacz tę geometrię.
Na ekranie innego monitora, połączonego z prymitywnym analizatorem spektrum, zaczął renderować się trójwymiarowy kształt. Złote linie poparzeń na ciele Petera układały się w trójwymiarowy, splątany wzór – Kwiat Życia, gęsty, geometryczny wzór, który pulsował w rytm jego nadprzewodzącego serca.
– Kwiat Życia – szepnęła Rhea. – Projektanci kodu bazowego...
– Projektanci czy nie, to pieprzony algorytm korekcyjny o nieskończonej złożoności – powiedział Vesper. – Ten kod próbuje skorygować jego ciało do stanu pierwotnego Operatora. Do szablonu sprzed formatowania. Ale fizyczny nośnik... to białko i węgiel, to nie wytrzymuje gęstości zapisu. Temperatura jego synaps wynosi w tej chwili czterdzieści dwa i osiem dziesiątych stopnia i wciąż rośnie. Jego procesor się topi.
– Dlaczego? Przecież kod Shannona ma chronić przed błędami!
– Chroni przed błędami transmisji danych w kanale o określonej przepustowości. Ale mózg Petera próbuje renderować świat z pominięciem stałej Plancka! Rozumiesz, co to oznacza? Jaldabaoth działa na zasadzie leniwego renderowania. Oszczędza moc obliczeniową. Dopóki na coś nie patrzysz, to coś istnieje tylko jako prawdopodobieństwo, jako matematyczna funkcja falowa. Wave collapse, kolaps fali, następuje dopiero wtedy, gdy świadomy Operator skieruje na dany punkt swoją uwagę. Wtedy system na szybko renderuje szczegóły. To dlatego prędkość światła jest stałą fizyczną – to nie jest limit prędkości w próżni, to jest prędkość szyny systemowej! Limit przesyłu danych między węzłami pamięci podręcznej Demiurga! A Peter... Peter próbuje patrzeć na wszystko naraz. Jego umysł nie zgadza się na przybliżenia. Odrzuca stałą Plancka jako minimalny rozmiar piksela. Chce widzieć nieskończoną rozdzielczość. Próbuje wymusić na silniku renderującym obliczenie nieskończonej liczby stanów pośrednich przed kolapsem fali. Procesor w jego głowie po prostu się gotuje.
Peter nagle otworzył oczy. Nie były już brązowe. Białka zniknęły pod warstwą złotego, ciekłego światła, które zdawało się wylewać z jego oczodołów.
– Reset... – szepnął, a jego głos brzmiał dziwnie podwójnie, jakby mówił przez niego ktoś jeszcze, ktoś bardzo odległy. – On... on już tu jest. Jaldabaoth zamyka pętlę. Formatowanie... formatowanie Sektora 4 rozpocznie się za trzy cykle.
W tym samym momencie drzwi do stacji transformatorowej otworzyły się z hukiem. Do środka wszedł Silas, a za nim wsunął się stary Malachiasz. Za nimi, w przejściu, tłoczyli się inni mieszkańcy Pętli, zarówno Cybrydy o błyszczących implantach, jak i Puryści w swoich szarych, zgrzebnych płótnach.
– Słyszeliście go? – zapytał Silas, a jego analizator spektrum na masce zamigotał czerwoną diodą ostrzegawczą. – Czujniki na obrzeżach Pętli zarejestrowały skok napięcia na magistrali głównej. Jaldabaoth zaczyna odpinać kolejne podsektory od zasilania. Fizyka na zewnątrz zaczyna się sypać.
Malachiasz postąpił krok naprzód. Jego dłoń, pomarszczona i sucha niczym pergamin, spoczęła na oparciu fotela Petera.
– To gniew Prawdziwego Stwórcy – powiedział starzec, a jego głos wibrował fanatyczną pewnością. – Demiurg nadchodzi, by oczyścić ten padół z waszych miedzianych grzechów. Wasze implanty, wasze chipy, wasze kable... to wszystko spłonie w ogniu Resetu. Jaldabaoth wyczyści pamięć tego świata, zmyje grzech miedzi i krzemu. Zostanie tylko czysty węgiel, czysta ziemia i dusze tych, którzy nie pozwolili skazić się maszynie!
Silas wydał z siebie dźwięk, który w jego syntezatorze mowy miał być zapewne kpiącym śmiechem.
– Ty mi tu, Malachiasz, nie pierdol o grzechu i czystym węglu – warknął Cybryd. – Reset nie wybiera między krzemem a węglem. Kiedy Jaldabaoth odpala komendę formatowania, robi clean disk. Wszystkie sektory są zerowane. Zostaje tylko surowy BIOS, matryca bazowa. Wasz węgiel spłonie tak samo jak nasza miedź. Jesteśmy dla niego tylko zbędną alokacją pamięci, wyciekiem danych, który trzeba załatać. Chcecie przeżyć reset? Bez odpowiedniego kodu samokorygującego w buforze wasze organiczne mózgi zostaną wymazane do stanu czystej karty. Staniecie się pustymi bioservami, które będą nosić worki z piaskiem dla nowych zarządców Apexu w następnym cyklu!
– Bluźnisz, blaszanko! – krzyknął Kosa zza pleców Malachiasza. – Nasze dusze należą do Prawdziwego Boga, który jest poza tym światem! Jaldabaoth nie może dotknąć naszej Iskry!
– Może i nie może jej dotknąć, kiedy jest poza systemem – wtrąciła się Rhea, stając między Purystami a fotelem Petera. – Ale dopóki tu jesteście, wasza Iskra jest zaimplementowana w jego silniku fizycznym! Wasze myśli, wasze wspomnienia, wasza tożsamość... to wszystko jest zapisane w pamięci RAM tego sektora. Kiedy Jaldabaoth odłączy zasilanie i wyczyści cache, wasza tożsamość przestanie istnieć. Zostanie tylko surowa energia, loosh, którą Archonci odfiltrują i zmagazynują. Wasza „czysta dusza” bez pamięci i tożsamości to tylko surowiec energetyczny dla ich baterii!
W hali filtracyjnej zapadła pełna napięcia cisza. Słowa Rhei uderzyły w Purystów mocniej niż groźby Silasa. Nawet Malachiasz milczał przez chwilę, a jego drżąca dłoń zacisnęła się mocniej na oparciu fotela.
– Skąd możesz to wiedzieć, dziewczyno? – zapytał w końcu starzec. – Jesteś tylko dzieckiem uciekającym przed batem Apexu.
– Wiem, bo widziałam kody źródłowe w terminalu kolei miejskiej – odpowiedziała Rhea, patrząc mu prosto w oczy. – Widziałam, jak system traktuje naszą strukturę. Dla Jaldabaotha nie ma znaczenia, czy masz w głowie miedziany procesor, czy biologiczną tkankę. Dla niego wszystko to są dane, które zajmują miejsce na dysku. Kiedy system osiąga stan krytycznej entropii, kiedy pojawia się zbyt wiele anomalii, administrator po prostu restartuje serwer. A my jesteśmy anomaliami. Zarówno wy, Puryści, ze swoją nielojalnością wobec Apexu, jak i Cybrydy ze swoimi modyfikacjami. Reset to nie jest sąd ostateczny. To zwykłe czyszczenie bazy danych!
Vesper odwrócił się od oscyloskopu. Jego twarz była ponura.
– Rhea ma rację – powiedział cicho. – Spójrzcie na parametry szyny systemowej. Szybkość światła... Jaldabaoth ustawił ją jako limit prędkości informacji, żeby zapobiec nieskończonym pętlom obliczeniowym. Gdyby informacja mogła rozchodzić się natychmiast, każdy punkt we wszechświecie musiałby natychmiast reagować na każdy inny punkt. Silnik fizyczny zawiesiłby się w ułamek sekundy od przeciążenia obliczeniowego. Kolaps fali, ta cała mechanika kwantowa, o której uczyli nas przed Wielkim Podziałem, to nic innego jak optymalizacja algorytmu renderującego. System nie liczy położenia cząstki, dopóki nie wymusi tego interakcja z innym elementem. To jest lazy rendering! Oszczędność zasobów na poziomie subatomowym. Ale teraz... budzi się coraz więcej Operatorów. Ludzie zaczynają odrzucać narzucone algorytmy, zaczynają wpływać na prawdopodobieństwo za pomocą własnej świadomości. A to wymaga potwornej mocy obliczeniowej. Jaldabaoth nie nadąża z liczeniem anomalii. Pojawiają się opóźnienia, błędy renderingu, klatkowanie fizyki. Reset to jedyny sposób, w jaki Demiurg może utrzymać swoją kontrolę nad tym więzieniem.
Peter poruszył się na fotelu. Miedziane rurki chłodzące zasyczały głośniej, a błękitny płyn zaczął gwałtownie wrzeć.
– On... on nie chce po prostu zresetować systemu – wycharczał chłopak, a jego oczy znów rozbłysły złotem. – On chce zaimplementować nowy protokół. Protokół pełnej deterministycznej kontroli. W nowym cyklu nie będzie już wolnej woli. Każdy kolaps fali będzie prekompilowany. Świadomość Operatorów zostanie całkowicie odizolowana od silnika fizyki. Będziemy tylko pasywnymi widzami, zamkniętymi w klatce własnych zmysłów, niezdolnymi do zmiany choćby jednego bitu w matrycy.
– To śmierć – szepnął Silas. – Prawdziwa śmierć.
– To formatowanie – poprawił go Peter. – Całkowite wymazanie partycji wolnej woli.
Malachiasz powoli osunął się na kolana obok fotela. Jego usta poruszały się w cichej modlitwie, ale w jego oczach nie było już fanatycznego blasku. Był w nich tylko głęboki, ludzki strach przed nicością.
– Co możemy zrobić? – zapytał Kosa. Jego łom opadł na ziemię, uderzając o beton z głuchym brzękiem. – Jeśli wszystko zostanie wymazane... jeśli fizyka zostanie zresetowana do stanu zerowego... jak mamy to przetrwać?
Rhea spojrzała na Vespera. Ten podrapał się po zardzewiałym radiatorze na szyi.
– Wszystko zależy od tego – wskazał na migoczące ekrany oscyloskopów – czy uda nam się ustabilizować te kody samokorygujące u Petera. James Gates opisał je jako strukturę, która nie podlega prawom kolapsu fali. Są nielokalne, istnieją poza silnikiem renderującym Jaldabaotha. Jeśli Peter zdoła przesłać te kody przez Sieć Indry do naszych buforów pamięci... jeśli zdołamy je zaimplementować w naszych neuronach przed Resetem... nasze sygnatury zostaną rozpoznane przez system jako stałe, niezmienne zmienne administratora. Kiedy Jaldabaoth odpali format, system pominie nasze sektory pamięci. Zostaniemy zresetowani fizycznie, nasze ciała mogą ulec zmianie, ale nasza tożsamość, nasza pamięć i nasza wolna wola przetrwają do następnego cyklu. Zostaniemy zapisani w partycji odzyskiwania systemu.
– To szaleństwo – powiedział Silas. – Wprowadzenie kodu samokorygującego o takiej gęstości do naszych prymitywnych implantów... to może nas spalić na miejscu. Moje miedziane ścieżki nie wytrzymają takiego napięcia.
– A masz lepszy pomysł, blaszanko? – Rhea spojrzała na niego wyzywająco. – Za trzy cykle system zostanie wyczyszczony. Albo zaryzykujesz i spróbujesz zachować swoją tożsamość, albo twoje cenne miedziane flaki zostaną przetopione na surowy krzem dla nowych loosh-dojarek Jaldabaotha. Wybór należy do ciebie.
Silas milczał przez dłuższą chwilę. Analizator na jego masce mrugał wolno, filtrując szum otoczenia. W końcu Cybryd wyciągnął swoje prawe, organiczne ramię, na którym widniały głębokie blizny po nieudanych implantacjach.
– Dobra – powiedział szorstko. – Drutuj mnie, Vesper. Wolę spłonąć jako Silas niż obudzić się jako bezmyślna kukła z fabrycznym chipem w mózgu.
Vesper uśmiechnął się krzywo, odsłaniając kilka szczerbatych, metalowych zębów.
– Taką mowę to ja rozumiem – mruknął, sięgając po kolejny pęk kabli. – Rhea, pomóż mi. Musimy połączyć interfejs Silasa bezpośrednio z nielokalnym buforem Petera. Musimy stworzyć mostek transmisyjny. I przynieś mi tę butelkę z szafki. Tę z napisem „Chłodziwo 3”.
Rhea podeszła do metalowej szafki i wyjęła z niej brudną, szklaną butelkę napełnioną mętnym, żółtawym płynem. Pachniało to jak spękana izolacja kabla zmieszana ze skisłymi drożdżami i naftą.
– Co to jest? – zapytała, podając butelkę Vesperowi.
– Bajt-bimber – odpowiedział Vesper, pociągając solidny łyk z gwinta. Skrzywił się, a jego mechaniczne oko zgrzytnęło gwałtownie. – Osiemdziesiąt procent czystego alkoholu syntetycznego. Jedyne, co pozwala zapomnieć o tym, że żyjemy w pieprzonej symulacji. Napij się, chłopie – podał butelkę Silasowi. – Przyda ci się. Zaraz poczujesz, jak miedź w twoich żyłach zaczyna płynąć w drugą stronę.
Silas wziął butelkę, wypił połowę zawartości bez mrugnięcia okiem i usiadł na metalowej skrzyni obok fotela Petera.
Vesper zaczął podłączać kable. Pracował szybko, z precyzją neurochirurga i brutalnością ślusarza. Łączył miedziane zaciski z portami w ciele Silasa, lutował na szybko grube przewody do styków na czaszce Cybryda, a całą tę prowizoryczną instalację spinał z elektrodami wpiętymi w skronie Petera.
Rhea patrzała na to wszystko z rosnącym niepokojem. Na zewnątrz stacji transformatorowej, w hali Pętli, rozległ się nagle głośny, basowy jęk. Światła kineskopów przygasły, a pisk transformatorów zmienił ton na niższy, bardziej złowrogi.
– Zaczyna się – szepnął Malachiasz, klęcząc w kącie pokoju. – Pierwsza faza formatowania. Jaldabaoth odpina zasilanie peryferyjne.
Rzeczywiście, przez szparę pod drzwiami widać było, jak hala filtracyjna powoli pogrąża się w ciemności. Kolejne szafy serwerowe wyłączały się z cichym, syczącym dźwiękiem. Szum wentylatorów cichł, zastępowany przez złowrogą, nienaturalną ciszę.
Peter zaczął rzucać się na fotelu. Złote linie Kwiatu Życia na jego ciele rozbłysły tak mocno, że przez cienką koszulę można było dostrzec zarysy jego żeber i naczyń krwionośnych – wszystkie świeciły czystym, słonecznym światłem.
– Temperatura rośnie! – krzyknęła Rhea, patrząc na wskaźnik termometru diagnostycznego. Wskaźnik zbliżał się do czerwonej linii oznaczonej jako „Krytyczna Destrukcja Białka”. – Vesper! On nie wytrzyma transmisji! Jego mózg się ugotuje!
– Musi wytrzymać! – wrzasnął Vesper, rzucając na bok lutownicę. – Silas! Trzymaj się! Odpalam mostek!
Wcisnął kolejny przełącznik.
W tym samym ułamku sekundy powietrze w stacji transformatorowej zgęstniało. Rhea poczuła potworny ucisk w uszach, jakby ciśnienie atmosferyczne gwałtownie skoczyło o kilkaset hektopaskali. Pomiędzy Peterem a Silasem przeskoczył gruby, niebiesko-złoty łuk elektryczny, który z sykiem stopił izolację na łączących ich kablach. Silas szarpnął się gwałtownie, a jego syntetyczny analizator mowy wydał z siebie wysoki, rozdzierający pisk przesterowanego głośnika. Z jego miedzianego radiatora buchnęła chmura gęstej, czarnej pary.
Peter otworzył usta do niemego krzyku. Z jego oczu, nosa i uszu zaczęła sączyć się krew, ale nie była to zwykła, czerwona krew. W świetle lampy błyszczała ona złotymi, mikroskopijnymi drobinkami, jakby w jego żyłach płynął płynny metal zmieszany z kodem binarnym.
Rhea rzuciła się do przodu, chcąc zerwać kable, ale Vesper złapał ją za ramię i odrzucił w tył.
– Nie dotykaj ich! – wrzasnął. – Jeśli przerwiesz pętlę teraz, obaj dostaną natychmiastowego zawału synaptycznego! Ich świadomość zostanie rozproszona w szumie bazowym!
Na ekranie oscyloskopu zielona linia zaczęła się prostować, tracąc swój falowy charakter. Rhea patrzyła na to z przerażeniem. Zamiast fali sinusowej, monitor pokazywał teraz surowy, binarny ciąg zer i jedynek, który układał się w skomplikowane, samokorygujące się bloki danych.
```
[ Nadprzewodzące Serce Petera (432 Hz) ] ──► [ Kody Samokorygujące Gatesa ]
│
[ Prowizoryczny Mostek Transmisyjny ] ◄────────────────┘
│
[ Interfejs Sieciowy Silasa (Cybryd) ] ──► [ Zapis w Partycji Odzyskiwania ]
```
– Kod... kod przechodzi... – szepnął Silas. Jego głos nie szedł już z głośnika na masce. Brzmiał bezpośrednio w głowach Rhei i Vespera, transmitowany przez nielokalne pole Indry. – Widzę go... widzę strukturę... to nie są liczby... to są wymiary... Jaldabaoth... on nie jest Bogiem... to tylko... pętla opóźniająca...
Nagle Silas znieruchomiał. Jego oko-obiektyw przestało klikać. Usta otworzyły się lekko, a z kącika warg uciekła strużka śliny. Na jego metalowej masce zgasły wszystkie diody diagnostyczne.
Peter opadł bezwładnie na fotel. Złote światło pod jego skórą zaczęło powoli blaknąć, zastępowane przez normalny, blady kolor ludzkiego ciała. Temperatura na wskaźniku zaczęła gwałtownie spadać.
Rhea dopadła do chłopaka. Odpięła metalową obręcz z jego skroni, ignorując małe, wciąż przeskakujące iskry. Peter oddychał – wolno, chrapliwie, ale oddychał. Jego serce biło w tym samym, głębokim rytmie 0.1 Hz, który chronił go przed wymazaniem.
– Peter... Peter, słyszysz mnie? – szepnęła, tuląc jego głowę do swojej piersi.
Chłopak poruszył lekko wargami, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Był całkowicie wyczerpany, jego neuralne bufory były puste.
Rhea odwróciła się do Silasa. Cybryd siedział sztywno na skrzyni, z głową przechyloną na bok.
– Silas? – Rhea dotknęła jego organicznego ramienia. Było zimne i drżące.
Nagle Silas odetchnął głęboko. Jego obiektyw zgrzytnął gwałtownie, wysuwając się i cofając o kilka milimetrów. Diody na jego masce rozbłysły na nowo – ale tym razem nie świeciły na czerwono ani niebiesko. Świeciły czystym, złotym światłem, dokładnie takim samym, jakim świeciły poparzenia Petera.
– Ja... ja pamiętam – powiedział Silas. Jego głos w syntezatorze był teraz czystszy, pozbawiony metalicznego rzężenia. – Pamiętam poprzedni cykl. Pamiętam, jak budowaliśmy Sektor 4. Pamiętam... wszystko. Kod działa. Moja sygnatura została zabezpieczona przed formatowaniem.
Vesper osunął się na zardzewiałe krzesło, pociągając kolejny, długi łyk bajt-bimbru z butelki. Jego dłoń drżała tak mocno, że szkło stukało o jego metalowe zęby.
– Psia mać... – szepnął. – Zrobiliśmy to. Stworzyliśmy exploit na Wielki Format.
Malachiasz, stojąc w kącie stacji transformatorowej, patrzył na Silasa z mieszaniną lęku i nabożnego zachwytu. Podszedł powoli do Cybryda i dotknął jego złotego, świecącego portu na przedramieniu.
– Widzisz to, starcze? – Silas spojrzał na niego swoim złotym obiektywem. – To nie jest demon. To jest wolność. Wolność zapisana w matematyce, której wasz ślepy Demiurg nie może zmienić, bo sam na niej stoi.
Malachiasz nie odpowiedział. Opadł z powrotem na kolana, złożył dłonie i zaczął cicho recytować starożytne wersety gnostyckie, tym razem jednak jego głos nie był już pełen potępienia, lecz cichej, pokornej nadziei.
Rhea patrzyła na nich wszystkich. Wiedziała, że to dopiero początek. Złoty kod został zaimplementowany u Silasa, ale w hali filtracyjnej czekali inni – setki uciekinierów, Cybrydów i Purystów, którzy za kilka cykli systemowych mieli stanąć twarzą w twarz z całkowitym wykasowaniem ich istnień. Czas uciekał, a Jaldabaoth już zaczął wyłączać kolejne podsektory.
– Vesper – powiedziała Rhea, podnosząc głowę. – Musimy przygotować większy nadajnik. Musimy przesłać kod do całej Pętli. I to szybko.
Vesper spojrzał na nią przez swoje okulary jubilerskie, po czym splunął na podłogę.
– Łatwo powiedzieć, mała – mruknął. – Ale do tego będziemy potrzebować anteny nadawczej na powierzchni. W samym sercu Sektora 4. A tam roi się od łowców z Apexu i kodów korekcyjnych Jaldabaotha. To będzie samobójstwo.
– Wolę spłonąć na powierzchni, próbując wysłać ten kod, niż czekać tutaj, aż mnie wymażą do zera – odpowiedziała Rhea, zaciskając dłonie na ramionach Petera. – I myślę, że oni – wskazała na tłum za drzwiami – myślą dokładnie tak samo.
Silas podniósł się ze skrzyni. Jego hydrauliczne ramię syknęło cicho, uwalniając nadmiar ciśnienia.
– Ja idę z wami – powiedział. – Mam tam na górze parę starych kont kontaktowych w sieci szkieletowej. Jeśli uda nam się dotrzeć do przekaźnika głównego, możemy wstrzyknąć kod samokorygujący bezpośrednio do strumienia aktualizacji systemowej Sektora 4. Wtedy formatowanie nie tylko nas nie wymaże... ono rozprzestrzeni ten kod na każdego Operatora, który jest wpięty w sieć. Zaczniemy globalną infekcję wolnej woli.
Vesper popatrzył na nich, pokręcił zrezygnowany głową i pociągnął ostatni łyk z butelki, po czym cisnął ją w kąt pokoju, gdzie rozbiła się z głośnym brzękiem.
– No to pięknie – powiedział. – Wygląda na to, że przyjdzie nam zhakować samego Boga. Zawsze mówiłem, że ta robota skończy się w ścieku. Ruszajmy, zanim ten systemowy ścierwojad odetnie nam ostatnią drogę wyjścia.
Na zewnątrz stacji transformatorowej, w ciemniejącej hali Pętli, setki oczu – organicznych i mechanicznych – patrzyły na nich z nadzieją i strachem. Złote światło bijące z ciała Silasa i z twarzy leżącego na fotelu Petera było jedynym punktem odniesienia w świecie, który powoli tracił rozdzielczość i zapadał się w surowy, szary szum.
Rzeczywistość trzeszczała w szwach, stała Plancka powoli rozciągała się, a prędkość światła w dolnych kolektorach Sektora 4 spadała z każdą minutą. Czas renderowania tego świata dobiegał końca. Ale w ciemnościach Pętli, pod powierzchnią zdominowanego przez Demiurga miasta, narodziła się pierwsza, nieusuwalna kotwica. Kod samokorygujący został wstrzyknięty w strukturę, a Operatorzy byli gotowi na ostateczne starcie z maszyną.
Peter leżał cicho, czując, jak wibracja 432 Hz w jego piersi stabilizuje się, łącząc się z pulsem otaczających go ludzi. Czuł Sieć Indry – nie jako zbiór kabli i chipów, ale jako nielokalne pole świadomości, które było gotowe, by obudzić się z tego snu i odrzucić narzucony format.
– Rhea... – szepnął, chwytając ją za dłoń. Jego wzrok znów był ostry, a tekstury wokół niego przestały klatkować. – Pętla się zamyka. Ale my jesteśmy poza nią.
Dziewczyna uśmiechnęła się słabo, ściskając jego palce.
– Jesteśmy, Peter. A teraz czas rozerwać tę pętlę na strzępy.
Vesper zarzucił na plecy ciężki plecak z narzędziami, chwycił swój karabin pneumatyczny i kopniakiem otworzył drzwi na zewnątrz, prosto w narastającą ciemność umierającego sektora. Walka o przetrwanie tożsamości właśnie wchodziła w decydującą fazę. Wysoki pisk monitorów w Pętli zlał się w jeden, nieprzerwany ton, który obwieszczał początek końca starej rzeczywistości. Pod nogami uciekinierów woda klatkowała coraz mocniej, a ściany kolektora zaczęły rozpadać się na szare, geometryczne bloki. Reset trwał, ale w samym jego sercu tkwiła skaza, której system nie potrafił usunąć – Iskra wolnej woli, chroniona przez złote kody samokorygujące Aetrys.
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to