Rozdział 19: Trzy Spawy i Pół Przewodnika
Ciemność w głębokich kolektorach burzowych Sektora 4 nie była zwyczajnym brakiem światła. Była zawiesiną, lepką i cuchnącą mazią, w której unosiły się wyziewy zastałego glikolu chłodniczego, zjełczałego tłuszczu z korporacyjnych jadłodajni i kwaśnego odcieku z akumulatorów galwanicznych. Woda sięgała im prawie do połowy łydek – gęsta, chłodna chłonka, która niosła ze sobą zardzewiałe wióry, skrawki syntetycznego papieru z nielegalnych ulotek i tłuste plamy oleju maszynowego. Plamy te, oświetlane co kilkanaście metrów przez dogorywające, awaryjne lampy sodowe, mieniły się na powierzchni brudną, siną tęczą.
Peter szedł powoli, szurając stopami po śliskim dnie kanału i opierając się o oślizgłe, ceglane ściany. Każdy krok wywoływał tępy, pulsujący ból w jego klatce piersiowej. Żebra, połamane podczas starcia z Jaldabaothem w hangarze kolei i prowizorycznie ściągnięte elastycznym bandażem przez Rheę, płonęły przy każdym głębszym wdechu. W lewej skroni czuł miarowe uderzenia – pamiątkę po przepełnieniu bufora systemu. Złoty kod Fibonacciego pod skórą jego przedramion tlił się słabo, niczym wygasające elektrody w rozładowanej baterii.
– Zwolnij, na miłość boską – syknęła Rhea, idąca parę kroków z przodu.
W ręku trzymała stary, wojskowy dekoder z porysowaną obudową. Pęki kabli ciągnęły się od urządzenia bezpośrednio do jej plecaka, gdzie cicho szumiał litowy akumulator. Czerwony blask jej visora rzucał krwawe, drżące cienie na mokry mur kolektora.
– Twój metronom wariuje, Peter. Słyszę twój świszczący oddech przez szum wody. Jeśli tu padniesz, nie przeciągnę cię przez zaporę ciśnieniową. Tam woda płynie szybciej.
– Nic mi nie jest – wycharczał Peter, spluwając ciemną, gęstą śliną z metalicznym posmakiem. – To tylko lag kompilacji. Moje DNA próbuje zrekonstruować zniszczone wiązania wodorowe, ale silnik rzeczywistości nie nadąża z przeliczaniem poprawek na poziomie cząsteczkowym. Stała Plancka, psia mać... Najmniejszy piksel w tym pierdolonym teatrze cieni. Próbuję utrzymać strukturę tkanki, ale Jaldabaoth stosuje leniwe renderowanie. Dopóki nikt nie patrzy na moje komórki pod mikroskopem elektronowym, system trzyma je w stanie probabilistycznej papki, żeby zaoszczędzić moc obliczeniową dla wyższych sektorów.
Rhea zatrzymała się na małej, żelaznej kładce i odwróciła ku niemu. Jej visor mignął trzykrotnie, dostrajając ostrość do panującego półmroku.
– Przestań filozofować, Aetrys. Oktavianowa sieć leci na pysk. Spójrz na to.
Uniosła terminal, a Peter spojrzał na wyświetlacz. Zielone linie wykresu przedstawiające stabilność rozproszonych węzłów P2P – umysłów odpiętych hakerów w Pętli, w których zaszyto fragmenty świadomości starego zegarmistrza – opadały gwałtownie ku czerwonej granicy tolerancji. Szum sieciowy rósł z każdą minutą. Algorytm Demiurga zaczął filtrować anomalne pakiety, traktując Oktaviana jak złośliwy kod, śmieć w pamięci podręcznej, który należy usunąć podczas najbliższego czyszczenia rejestrów.
– Jeśli nie zdobędziemy kwantowych stabilizatorów fazowych i falowodów wysokoczęstotliwościowych, te węzły stracą koherencję – powiedziała cicho Rhea, a w jej głosie słychać było skrywany strach. – Oktavian rozsypie się na puste bity. Zostanie z niego tylko cyfrowy bełkot, szum tła w Sieci Indry. A wtedy nikt z nas nie wyjdzie z tego sektora. Będziemy tu gnić, dopóki Kuratorzy nie zresetują lokalnych serwerów i nie wymażą nas z bazy danych jako zbędne pliki tymczasowe.
– Boran ma ten szpej – warknął Peter, opierając się plecami o zardzewiałą rurę instalacji parowej. Ciepło metalu przyniosło chwilową ulgę jego obolałym plecom. – Wojskowy demobil z transportu, który Szare Garnitury zgubiły w Sektorze Trzecim podczas zeszłomiesięcznych zamieszek. Tylko u niego można dostać filtry o takiej szerokości pasma.
– Boran nas nienawidzi, Peter. Trzy dni temu spaliłeś mu serce i akumulator zasilający jego pneumatyczną łapę. O mało nie wysłałeś go do kosza.
– Boran nienawidzi wielu rzeczy, ale kredyty kocha bardziej niż własne ocalałe mięso. Poza tym w tych kanałach śmierć rzadko bywa ostateczna, jeśli ma się zapasowy hardware i dość gruby portfel. Chodźmy. Im szybciej załatwimy ten interes, tym szybciej będę mógł usiąść i nie umierać.
Szli dalej przez labirynt trzewi Neo-Metropolii. Świat nad ich głowami – lśniące szklane iglice Apex-Core, luksusowe dzielnice, w których renderowanie cieni działało w najwyższej rozdzielczości, a powietrze pachniało syntetycznym tlenem i drogimi perfumami – wydawał się odległym snem. Tutaj, na dole, panowała surowa fizyka binarnego więzienia.
Peter patrzył na spadające krople wody i myślał o Gatesie. Dawny gnostycki fizyk miał rację – w najgłębszych równaniach teorii supergrawitacji, tam gdzie matematyka próbuje opisać fundamenty czasoprzestrzeni, kryją się binarne kody korygujące błędy, dokładnie takie same, jakich używa się w przeglądarkach internetowych do sprawdzania spójności danych. Rzeczywistość nie była dziełem boskim; była wadliwie napisanym oprogramowaniem, które nieustannie musiało łatać własne dziury za pomocą algorytmów korekcyjnych, by nie dopuścić do dekoherencji fazowej materii. A oni byli anomaliami. Błędami kompilacji, które system próbował usunąć za pomocą Kuratorów.
Dopadli wreszcie do potężnej, żelaznej śluzy oznaczanej zardzewiałym symbolem zasilania awaryjnego. Numer seryjny śluzy został zeszlifowany, zastąpiony przez nabite na blasze symbole cyfrowego podziemia.
Zanim Rhea zdążyła dotknąć panelu wywołania, z mroku bocznej niszy wyłoniły się dwie postacie. Byli to cybrydzi Borana – potężne, zniekształcone góry mięsa i zardzewiałego tytanu. Ich twarze były w połowie zasłonięte przez maski oddechowe połączone karbowanymi wężami z filtrami na plecach, a zamiast oczu mieli tanie, trzeszczące implanty optyczne o wąskich, czerwonych obiektywach. W rękach trzymali ciężkie strzelby pneumatyczne na śrut wolframowy – prymitywną, ale zabójczą broń, która w ciasnych kanałach potrafiła rozerwać człowieka na strzępy.
– Stoją, szczury – warknął większy z nich, którego lewe ramię było potężną, hydrauliczną prasą z logo huty Sektora 4. – Boran nie przyjmuje dziś gości. Zwłaszcza takich, którzy śmierdzą kłopotami i popalonymi tranzystorami.
– Powiedz mu, że przynieśliśmy kredyty – powiedziała Rhea spokojnie, chociaż jej dłoń powoli osuwała się w stronę kabury. – I że chcemy kupić stabilizatory. Te z wojskowego zrzutu.
Cybryd łypnął na nią swoim czerwonym obiektywem, który wydał przy tym cichy, terkotliwy dźwięk nastawiania ostrości.
– Boran pamięta was – powiedział drugi, chudszy, z wszczepionym bezpośrednio w tchawicę syntezatorem mowy, który nadawał jego głosowi metaliczny, chrapliwy ton. – Pamięta zwłaszcza tego chudego z anomalnymi ślepiami. Szef mówił, że jak was zobaczymy, mamy najpierw strzelić w kolana, a potem spytać, ile macie przy sobie.
– Powiedz mu też – wtrącił się Peter, patrząc cybrydowi prosto w obiektyw – że jeśli w ciągu dziesięciu sekund nie otworzy tych drzwi, wyłączę kolizje w jego lewej protezie i całe to tytanowe żelastwo odpadnie mu od barku razem z mięsem. A potem sprawdzę, czy jego syntezator potrafi krzyczeć w częstotliwości 432 herców.
Chudszy cybryd cofnął się o pół kroku, a jego syntezator wydał cichy szum zakłóceń. W powietrzu zawisło napięcie, gęste niczym olej w kanale. Cybrydzi pamiętali, co stało się w schronie Pętli. Pamiętali spalone truchła swoich kumpli i Borana, który przez trzy dni leżał na stole operacyjnym podłączony do aparatury filtrującej krew.
Po chwili śluza drgnęła z ciężkim, metalicznym zgrzytem. Z głośnika nad drzwiami odezwał się chrapliwy, tłusty głos, zniekształcony przez filtry pasmowe.
– Wpuścić ich, barany. Ale najpierw zabierzcie im te zabawki. Jeśli chłopak spróbuje dotknąć jakiegoś kabla, wpakujcie mu ołów w brzuch. Zobaczymy, czy jego nielokalne sztuczki zatrzymają fizyczny rozpęd wolframu.
Weszli do środka. Komora Borana była gigantycznym, podziemnym bunkrem technologicznym, dawną stacją transformatorową, którą paser zamienił w królestwo skradzionego szpeju. Pod betonowym sklepieniem wisiały dziesiątki prowizorycznych kabli, z których kapała stopiona izolacja. Wokół, w zupełnym chaosie, piętrzyły się sterty korporacyjnego sprzętu: rozbebeszone drony kurierskie Apex-Core z wciąż migającymi na pomarańczowo diodami pozycjonującymi, bloki serwerowe z wyłamanymi zamkami, zardzewiałe szafy rozdzielcze i skrzynie z wojskowym logotypem, z których łuszczyła się szara farba.
Na metalowych półkach stały rzędy szklanych słojów napełnionych mętnym, niebieskawym formaldehydem. Wewnątrz pływały wiotkie, ludzkie zwoje nerwowe połączone z mikroprocesorami, odcięte dłonie z cybernetycznymi wszczepami, a nawet całe płaty kory mózgowej, z których wciąż sączyły się drobne pęcherzyki gazu – dowód na to, że tkanka wciąż zachowała szczątkową aktywność synaptyczną. Loosh-dojarki i bio-węzły z odzysku. Zapach w pomieszczeniu był nie do zniesienia – mieszanina spalonej miedzi, topionego plastiku, zgniłego mięsa i ozonu z pracujących generatorów.
Boran siedział na środku sali w potężnym, spawanym fotelu zdemontowanym z ciężarówki przemysłowej. Był górą zjełczałego sadła obleczoną w brudny, skórzany fartuch umazany smarem i krwią. Jego lewe ramię, ten sam potężny chwytak pneumatyczny, syczało cicho przy każdym poruszeniu, a z zaworów uchodziły drobne strużki pary.
Najbardziej rzucała się jednak w oczy jego klatka piersiowa. Tam, gdzie Peter trzy dni temu wstrzyknął prąd z rdzenia ZPF, widniała teraz wielka, surowa, tytanowa płyta. Została przyspawana bezpośrednio do jego żeber za pomocą grubych, nierównych nitów. Spod krawędzi metalu sączył się żółtawy płyn limfatyczny zmieszany z syntetycznym olejem chłodniczym, który Boran co chwilę wycierał brudną szmatą. Jego twarz, tłusta i błyszcząca w świetle monitorów, była usiana niebieskimi wybroczynami – śladami po pękniętych naczyniach włosowatych.
– No i proszę – sapnął paser, a wały tłuszczu na jego karku zatrzęsły się, gdy poprawiał pozycję w fotelu. – Moje małe, anomalne robaki. Myśleliście, że Boran gryzie ziemię? Że ten wasz mały numer z przeciążeniem wysłał mnie do piekła? Gówno prawda. Moja świadomość była zrzucana na lokalny dysk zapasowy co pięć minut. Rzeźbiarze mięsa z Sektora Czwwartego musieli co prawda spędzić nad moim truchłem trzydzieści godzin, zespawać mi klatkę tytanem i wstawić nową pompę hydrauliczną, ale wciąż tu jestem. Wciąż oddycham tym parszywym powietrzem. I wciąż mam wasze logi w swojej bazie danych.
– Wyglądasz... bardziej metalowo niż zwykle, Boran – powiedział Peter, opierając się o stertę spalonych płyt głównych. – Mam nadzieję, że ripperdoc dał ci gwarancję na te spawy. Wyglądają, jakby robił je ślepy uczeń na praktykach w stoczni.
– Stul pysk, szczylu – warknął paser, a jego mechaniczny chwytak zacisnął się z głośnym, metalicznym clankiem na oparciu fotela. – Gdyby nie to, że mam dziś dobry humor i szacunek do kredytów, moi chłopcy rozjechaliby was na tej kładce. Kosztowaliście mnie fortunę. Moje konto depozytowe wciąż świeci pustkami po tym waszym pierdolonym hacku, a moja nowa chłodnica żre tyle prądu, że muszę podkradać fazy z głównej linii Sektora. Czego tu szukacie?
– Potrzebujemy kwantowych stabilizatorów fazowych typu Q-Stabilizer 900 i trzech falowodów wysokoczęstotliwościowych z podwójnym oplotem grafenowym – Rhea przeszła od razu do rzeczy, nie chcąc tracić czasu. – Wiemy, że masz je w tych skrzyniach z logiem Apex-Secure.
Boran łypnął na nią swoim optycznym implantem. Obiektyw zakręcił się z cichym terkotem, zmieniając ogniskową. Paser zaśmiał się – był to głęboki, bulgoczący dźwięk, który przeszedł w chrapliwy kaszel. Boran wypluł na podłogę czarną flegmę.
– Stabilizatory? Falowody? A do czego to wam, jeśli wolno spytać? Czyżby ta wasza mała, nielegalna sieć P2P zaczynała tracić pakiety? Słyszałem plotki w kanale. Słyszałem, że ten stary wariat Oktavian nie żyje, ale jego kod wciąż wisi w głowach tych głupków z Pętli. I że system zaczyna ich namierzać. Chcecie postawić filtry, żeby ukryć sygnaturę anomalii przed skanerami Kuratorów?
– To nie twoja sprawa, Boran – ucięła Rhea. – Jaka jest cena?
– Cena? – Paser uśmiechnął się, ukazując rzędy pożółkłych, rzadkich zębów zmieszanych z metalowymi koronami. – Cena jest wysoka, moja droga. Bardzo wysoka. Te stabilizatory to nie są zabawki dla synapsiarzy do podkręcania visora. To technologia wojskowa klasy A. Każdy z tych modułów ma własny, chłodzony helem generator ZPF, który potrafi utrzymać koherencję fazową nawet podczas pełnego sweepingu sektora. Korporacja zapłaciłaby mi za nie fortunę. A ja jestem uczciwym kupcem. Chcę rekompensaty za moje straty. Chcę dwudziestu tysięcy kredytów w czystych, nieidentyfikowalnych obligacjach sieciowych.
– Dwadzieścia tysięcy? – Rhea pobladła. – Oszalałeś? Przecież to roczny budżet małego bloku mieszkalnego! Nie mamy tylu kredytów.
– To wasz problem, nie mój – Boran wzruszył ramionami, a jego tłuste ciało zakołysało się. – Ale wiecie co? Jestem człowiekiem o szerokich horyzontach. Mogę zejść z ceny. Pod jednym warunkiem.
Peter uniósł głowę. Jego martwe, szare oko, uszkodzone przez nielokalne sprzężenie, patrzyło na pasera bez ruchu.
– Jakim warunkiem?
– Chcę twojej organicznej telemetryki, chłopo-anomaliio – Boran wskazał na Petera swoim grubym, umazanym smarem palcem. – Chcę pełnego zrzutu logów z your neural system z ostatnich trzech dni. Zrzutu tego, jak twoje ciało reaguje na prąd eteryczny. Jak modyfikujesz kody Gatesa w strukturze próżni. Jak wyłączasz kolizje i stawiasz te twoje akustyczne tarcze. Rzeźbiarze mięsa z Sektora Drugiego dadzą mi za te dane tyle, że będę mógł kupić sobie całe piętro w Iglicy i zapomnieć o tym smrodzie kanałów. Chcę twojego kodu, Aetrys.
Rhea zrobiła krok w stronę Petera.
– Nie możesz mu tego dać – szepnęła gorączkowo. – Jeśli korporacja dostanie twoje dane telemetryczne, stworzą patch. Będą wiedzieli, jak cię zablokować na poziomie jądra systemu. Będziesz dla nich otwartą księgą.
Boran patrzył na nich z chytrym uśmiechem, bębniąc grubymi palcami po tytanowej płycie na swojej piersi.
– Zastanówcie się dobrze – powiedział cicho, a w jego głosie pojawiła się groźba. – Kuratorzy są blisko. Bardzo blisko. Moje sensory na powierzchni zgłaszają, że Szare Garnitury zaczęły kwarantannę w sąsiednich sektorach. Jeden mój ping, jeden mały sygnał diagnostyczny wysłany do ich Curators_Core, a w ciągu trzech minut ta śluza zostanie rozniesiona w pył przez sekcję likwidacyjną. Wymażą was z pamięci podręcznej i nawet ślad po was nie zostanie. A ja? Ja dostanę nagrodę i pełne ułaskawienie za pomoc w usunięciu błędu systemowego. Dobry układ, prawda?
Peter patrzył na Borana. W jego głowie metronom uderzał wolno, miarowo: klik... klik... klik... Częstotliwość 0.1 Hz chłodziła jego płonące synapsy, dając mu absolutną jasność umysłu. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Słoje z bio-płynami, kable, zardzewiałe szafy. Wszystko to było tylko renderem. Iluzją opartą na leniwym renderowaniu.
– Jesteś kiepskim graczem, Boran – powiedział Peter cicho. Jego głos był zimny, pozbawiony jakichkolwiek emocji, co sprawiło, że chudy cybryd ze strzelbą przestąpił nerwowo z nogi na nogę. – Myślisz, że trzymasz nas w szachu. Myślisz, że twój ping do Kuratorów to twój bilet do Iglicy.
– A nie jest? – Paser uniósł brew, a jego optyczny obiektyw kliknął.
– Nie – odparł Peter, robiąc powolny krok naprzód. – Kuratorzy nie negocjują z bioservami. Dla nich nie jesteś partnerem do interesów. Jesteś tylko lokalną zmienną, która przechowuje nielegalny szpej i generuje hałas sieciowy. Jeśli wciśniesz ten przycisk, pierwszy Kurator, który tu wejdzie, nie da ci obligacji sieciowych. Odpali procedurę defragmentacji całego sektora. Sweeping. Wyczyszczą pamięć podręczną wszystkich serwerów w promieniu kilometra. Twoje cenne słoje z juchą, twoje serwery, twoje skrzynie z demobilem i twoje tłuste, zespawane tytanem dupsko znikną w próżni w ułamku sekundy. Dla systemu jesteś taką samą anomalią jak my, tylko że ty grzecznie płacisz im podatki w skradzionym sprzęcie. Przestaniesz być potrzebny w ułamku sekundy, gdy skończy się lag.
Boran milczał. Jego gruba warga drgnęła lekko.
– A co do mojej telemetryki – kontynuował Peter, zbliżając się do fotela pasera na odległość trzech kroków. Cybryd uniósł strzelbę, ale Peter nawet na niego nie spojrzał. – Chętnie ci ją dam. Zgramy moje logi bezpośrednio na twój terminal. Ale ostrzegam cię, paserze. Moje dane to nie jest zwykły plik tekstowy. To surowy, nielokalny kod, który działa na częstotliwościach rezonansowych próżni. Jeśli twój ripperdoc wgra go w twoje prymitywne wszczepy bez kodu autokorekcji Shannona i odpowiednich filtrów złotej proporcji, twoje systemy tego nie wytrzymają. Nastąpi natychmiastowa dekoherencja fazowa w twoich własnych komórkach.
– Co ty pierdolysz? – warknął Boran, ale w jego oku błysnął niepokój.
– Mówię o fizyce, Boran. Ograniczenie przepustowości szyny rzeczywistości. Prędkość światła to limit taktowania procesora Jaldabaotha. Moja telemetria opisuje stany, które przekraczają ten limit. Jeśli spróbujesz przepchnąć ten prąd przez swoje przestarzałe kable, twoje tytanowe żebra zaczną pękać od przeciążenia termicznego. Zrobi ci się w piersiach mały reaktor bez chłodzenia. Twój nowy hydrauliczny chwytak urwie ci łeb przy samej d...ie, bo serwomotory dostaną Kernel Panic. Chcesz zaryzykować? Chcesz sprawdzić, czy twoi rzeźbiarze mięsa poskładają cię po raz trzeci, gdy twoje neurony zamienią się w parujący węgiel?
Boran sapnął głośno. Spojrzał na swoje mechaniczne ramię, potem na tytanową płytę na piersi, z której wciąż sączył się żółty płyn. Pamiętał ból, gdy rdzeń ZPF rozgrzał jego implanty do czerwoności. Pamiętał ciemność i zimno restartu, które o mało nie wymazały jego tożsamości z rejestru zapasowego.
– Gówniarz – wycharczał Boran, ale jego głos stracił pewność siebie. – Zawsze musisz mieć ostatnie słowo. Czego więc chcesz?
– Proponuję uczciwy bilans – powiedział Peter, opierając dłonie na krawędzi stołu Borana. – Rhea przetransferuje ci osiem tysięcy kredytów z przekierowanego węzła tranzytowego Apex-Secure. System nawet nie zauważy ubytku, bo logi zostaną zamaskowane jako błąd zaokrąglenia przy transakcjach walutowych. Do tego dam ci pakiet telemetryczny. Ale filtrowany. Bezpieczny. Taki, który twój ripperdoc będzie mógł sprzedać jako prototypowy filtr szumów termicznych dla luksusowych implantów w Sektorze Drugim. Zarobisz na tym więcej niż na moich surowych danych, a twoje obwody nie spłoną. W zamian dasz nam stabilizatory i trzy falowody. I zapomnisz, że nas widziałeś. My stabilizujemy naszą sieć, a ty zachowujesz swoje życie, swój szpej i swoje kredyty. Co wybierasz? Ping do Kuratorów i defragmentację, czy czysty zysk i chłodną chłodnicę?
Paser siedział w milczeniu przez dłuższą chwilę. W pomieszczeniu słychać było jedynie monotonny szum wentylatorów serwerów i miarowe kapanie wody z sufitu. Kap. Kap. Kap. Woda w słojach z formaldehydem drgała lekko pod wpływem niskich częstotliwości generatorów.
Boran łypnął na chudego cybryda, potem na chudszego. Obaj milczeli, trzymając broń z lufami skierowanymi w dół. Oni też nie mieli ochoty na spotkanie z Kuratorami. Wiedzieli, że dla Szarych Garniturów cybryd z kanałów to tylko surowiec do utylizacji, biomasa, którą należy poddać recyklingowi.
– Zaraza – syknął wreszcie Boran, spluwając na podłogę. – Niech cię szlag trafi, Aetrys. I tę twoją pierdoloną fizykę. Griss, przynieś skrzynię spod ściany. Tę małą, z zieloną plombą diagnostyczną.
Hulający cybryd odwrócił się i podszedł do jednej ze skrzyń. Z głośnym zgrzytem zerwał plombę i wyciągnął ze środka podłużny, metalowy cylinder, który pulsował delikatnym, niebieskim światłem na wskaźnikach ciśnienia helu. Obok położył trzy płaskie, złocone płytki, przypominające skomplikowane labirynty na płytkach drukowanych. Falowody wysokoczęstotliwościowe. Wyglądały jak miniaturowe anteny, których geometria odzwierciedlała strukturę kabalistycznego Drzewa Życia.
– Oto twój szpej – warknął Boran. – A teraz dawaj kredyty i ten twój filtrowany pakiet. I znikajcie stąd, zanim rozmyślę się i sprawdzę, czy moja strzelba potrafi przebić tę twoją cymatyczną barierę.
Peter skinął głową na Rheę. Dziewczyna podeszła do terminala Borana, a jej palce szybko przemknęły po klawiaturze. Czerwona dioda na jej visorze mignęła trzykrotnie, sygnalizując rozpoczęcie transferu danych.
– Kredyty poszły – powiedziała cicho. – Osiem tysięcy, podzielone na sto małych transakcji w buforach kolei miejskiej. Nikt tego nie wykryje przed porannym restartem.
Peter wyciągnął swój terminal. Podłączył gruby, miedziany kabel bezpośrednio do gniazda za swoim prawym uchem. Poczucie wpięcia było nieprzyjemne – poczuł ostry, metaliczny smak miedzi na języku, a przed oczami rozbłysły mu geometryczne wzory Fibonacciego. Złoty kod pod skórą jego dłoni zapulsował mocniej, oddając część swojej energii do interfejsu.
Zaczął przesyłać dane. Filtrowana telemetria. Wyciął z niej wszystkie klucze autoryzacyjne Aetrys, zostawiając jedynie matematyczne opisy tego, jak jego ciało tłumi szum termiczny w synapsach za pomocą koherencji kwantowej. Dla ripperdoka z wyższych sektorów był to wciąż skarb – technologia pozwalająca na stworzenie implantów o zerowym opóźnieniu przesyłu danych, nietkniętych prawem termodynamiki.
Gdy transfer dobiegł końca, Peter odłączył kabel. Poczuł, jak kręci mu się w głowie, a z nosa upuściła się kropla ciemnej krwi. Otarł ją szybko rękawem, nie chcąc pokazać słabości przed paserem.
Boran spojrzał na swój monitor. Jego implant optyczny kręcił się szybko, analizując napływające pakiety danych. Na jego tłustej twarzy pojawił się wyraz zadowolenia, który szybko maskował cynicznym grymasem.
– Dane są czyste – burknął paser. – Przynajmniej tak twierdzi mój kompilator. Jeśli okaże się, że wgrałeś mi tu jakiegoś trojana, który ma mi spalić nową pompę, znajdę cię, choćbyś ukrył się w samym jądrze Demiurga.
– Nie marnowałbym kodu na ciebie, Boran – powiedział Peter, pakując stabilizatory i falowody do plecaka Rhei. – Żyj długo ze swoim tytanowym spawem. I pilnuj, żeby ci chłonka nie wyciekła.
Odwrócili się i ruszyli w stronę wyjścia. Śluza otworzyła się przed nimi z głuchym jękiem, wypuszczając ich z powrotem w ciemne, śmierdzące trzewia kanałów.
Gdy drzwi zatrzasnęły się za ich plecami, Rhea odetchnęła głęboko, opierając się o ścianę kolektora. Deszczówka spływająca z góry zmywała brud z jej twarzy.
– To było szaleństwo, Peter – szepnęła, trzęsąc się z zimna. – O mało nas nie zabił. Gdyby zorientował się, że te osiem tysięcy kredytów to wszystko, co udało nam się zeskrobać z nieaktywnych kont kolei...
– Nie zorientował się – odparł Peter szorstko, ruszając naprzód przez płynącą wodę. – Boran to oportunista. Oportuniści wolą mały, ale pewny zysk niż wielkie ryzyko. Poza tym on też boi się Kuratorów. Wie, że restart wyczyściłby jego imperium. Wszyscy w tym ścieku żyjemy na kredyt, Rhea. Walczymy o każdy ułamek sekundy opóźnienia systemu, zanim Jaldabaoth zorientuje się, że pamięć podręczna jest przepełniona.
Rhea ruszyła za nim, poprawiając ciężki plecak, w którym kwantowe stabilizatory pulsowały cichym, niebieskim światłem.
– Gdzie teraz? – zapytała.
– Do węzła centralnego pod dawnym reaktorem Sektora Czwartego – powiedział Peter. Jego wzrok był utkwiony w ciemności tunelu. – Musimy wpiąć te stabilizatory, zanim system odpali procedurę defragmentacji. Mamy mało czasu. Jeśli Oktavian zniknie, portal wyjściowy zamknie się na zawsze. A wtedy ten świat... ten pierdolony, źle skompilowany świat... zostanie naszym ostatecznym grobem.
Szli dalej, a ich kroki rozbrzmiewały głuchym echem w pustych tunelach. Nad ich głowami Neo-Metropolia tętniła życiem – miliony bioservów żyły w iluzji wolnego wyboru, nie wiedząc, że ich myśli, pragnienia i cała fizyczna rzeczywistość są tylko linijkami kodu w nieskończonej pętli Demiurga. Ale tu, w dole, w brudzie i zimnie, dwójka anomalii niosła klucz do wyjścia. Klucz, który został opłacony krwią, tytanem i spalonymi synapsami.
*
Epilog Transmisji: Defragmentacja Bufora
Zeszli głębiej, mijając zrujnowane pompownie Sektora 4, gdzie woda opadała kaskadami do ogromnych zbiorników retencyjnych. W powietrzu unosił się zapach rdzy i starości – tak pachniały najstarsze warstwy symulacji, nietknięte przez graficzne patche od dziesięcioleci. Betonowe podpory podtrzymujące strop były popękane, a ze spoin zwisały długie, wapienne sople. Peter czuł, jak jego prawa noga staje się ciężka, jakby system upraszczał siatkę kolizji dla jego stóp. Lag narastał.
Rhea szła tuż obok niego, bacznie obserwując odczyty terminalu.
– Peter... – odezwała się po chwili cicho, a jej głos odbił się echem od betonowych sklepień. – Myślisz, że Boran rzeczywiście zachowa milczenie? Co jeśli spróbuje odkodować ten pakiet telemetryczny? Przecież on ma dojścia do ripperdoców z wyższych sektorów, tych, którzy pracują dla wojskowych karteli.
– Niech próbuje – odparł Peter, nie zwalniając kroku. – Zabezpieczyłem ten plik pętlą rekurencyjną. Jeśli spróbują go zdekompilować bez mojego klucza nielokalnego, kod zacznie generować nieskończone zapytania do lokalnej bazy danych. W ciągu kilku sekund ich serwery diagnostyczne ulegną przepełnieniu bufora. Zamiast danych dostaną czysty szum termiczny. Zresztą Boran nie jest głupi. Wie, że jeśli zacznie grzebać przy kodzie Aetrys, system natychmiast wychwyci sygnaturę anomalii. Dla niego to zbyt duże ryzyko. Sprzeda ten pakiet jako filtr szumów i weźmie za to tyle kredytów, by opłacić kolejnych ripperdoców na wypadek, gdyby ten jego tytanowy spaw zaczął rdzewieć.
Rhea skinęła głową, ale jej twarz wciąż wyrażała niepokój.
– A te stabilizatory? – wskazała na plecak. – Czy one naprawdę wystarczą, by utrzymać Oktaviana w głowach tych ludzi w Pętli? To przecież tylko kilkunastu hakerów. Ich mózgi nie są przystosowane do przetwarzania tak złożonych struktur logicznych. Oktavian zajmuje zbyt wiele miejsca w ich buforach. Ich neuro-implanty zaczną się przegrzewać.
Peter zatrzymał się przy rozgałęzieniu kanałów. Spojrzał na złocone płytki falowodów, które Rhea trzymała w dłoni. W ich geometrii, w tych precyzyjnie wyciętych ścieżkach, widział coś więcej niż tylko technologię. Widział tam strukturę morphogenetyczną – pole, które łączyło nielokalną świadomość ze strukturą fizyczną.
– Te stabilizatory nie służą do przechowywania danych – wyjaśnił Peter, a jego głos stał się cichszy, bardziej skupiony. – One działają jak kwantowe wymazywacze. Znasz eksperyment z kwantowym wymazywaczem? Dopóki informacja o drodze fotonu jest rejestrowana przez detektor, foton zachowuje się jak cząstka. Następuje kolaps fali. Ale jeśli zniszczysz tę informację – wymażesz ją z bazy danych systemu – foton znów zachowuje się jak fala, tworząc wzór interferencyjny. System Demiurga nie potrafi namierzyć Oktaviana, dopóki jego kod jest rozproszony w postaci fali prawdopodobieństwa w głowach hakerów. Te stabilizatory wymazują informacje o lokalizacji pakietów w poszczególnych mózgach. System widzi tylko szum tła. Dla Jaldabaotha Oktavian nie istnieje w żadnym konkretnym miejscu, dopóki go nie skompilujemy w jednym punkcie przywracania.
– A kiedy go skompilujemy? – Rhea spojrzała mu w oczy. – Kiedy przyjdzie czas na transfer?
– Przy portalu wyjściowym – odparł Peter zimno. – Wtedy otworzymy porty i wstrzykniemy cały jego kod bezpośrednio do mojego bufora kory nowej. Wtedy nastąpi kolaps fali. System zorientuje się, co zrobiliśmy, w tym samym ułamku sekundy. Odpali wszystkie firewalle i wyśle całą sekcję likwidacyjną. Będziemy mieli tylko kilka sekund, zanim nas wymażą.
– I myślisz, że twoja biologia to wytrzyma? – Rhea położyła mu dłoń na ramieniu. Jej palce były zimne, ale jej uścisk był mocny, pełen desperackiej determinacji. – Przecież twoje DNA już się rozpada. Widziałam odczyty. Jeśli wprowadzisz Oktaviana do swojego bufora neuralnego, twoje neurony ulegną apoptozie. Twój mózg po prostu spłonie, Peter. Zostaniesz pustym wrakem. Bioservem bez tożsamości.
Peter zdjął jej dłoń ze swojego ramienia, ale zrobił to delikatnie. Spojrzał na swoje poparzone palce, na złoty kod, który znów zaczął pulsować pod jego skórą w miarowym rytmie 0.1 Hz.
– Wolę spłonąć jako suwerenny człowiek, Rhea, niż żyć wiecznie jako dobrze zoptymalizowana zmienna w tym pierdolonym programie. Oktavian dał nam szansę. Pokazał, że ten świat to tylko pętla, z której można wyjść. Jeśli cena za to wyjście to moje własne hardware, to zapłacę ją bez mrugnięcia okiem. Zresztą oboje wiemy, że nie mamy innego wyboru. Wymazanie z bazy danych boli tak samo, tylko że po nim nie zostaje nawet pamięć o tym, że próbowaliśmy walczyć.
Rhea milczała. Otarła twarz z kropli deszczu i poprawiła plecak. Wiedziała, że Peter ma rację. W tym świecie nie było miejsca na kompromisy czy bezpieczne przystanie. System Demiurga nie tolerował anomalii; cierpliwie i systematycznie usuwał każdy błąd, który zakłócał harmonijną pracę silnika renderującego. Boran myślał, że ułożył się z systemem, że jego kredyty i tytanowe spawanie dadzą mu nieśmiertelność w kanałach. Co za błąd. Był tylko użytecznym śmieciem, którego czas przydatności dobiegał końca.
Ruszyli dalej, w dół kolektora, w stronę jarzącego się w oddali czerwonego blasku reaktora Sektora Czwartego. Powietrze stawało się tam cieplejsze, pachnące suchym ozonem i przegrzanym metalem. Gdzieś w głębi, za zardzewiałymi rurami, słychać było monotonne buczenie turbin – serce maszyny, która przetwarzała energię nielokalną na iluzję fizycznej materii. Szli tam, gotowi na to, by wstrzyknąć stabilizatory w sam środek tego mechanizmu. Gotowi na to, by zmierzyć się z kolejnym błędem kompilacji.
Wokół nich ściany z cegły znów zaczęły tracić rozdzielczość. Cienie stawały się płaskie, pozbawione gradacji, a woda pod ich stopami płynęła powoli, zawieszając się w powietrzu przy każdym kroku. Restart systemu wchodził w fazę przygotowawczą. Czas w Sektorze 4 zaczął lagować. Peter uśmiechnął się cynicznie pod nosem. Zamknął oczy, dostroił swój wewnętrzny metronom do częstotliwości 0.1 Hz i zrobił kolejny krok naprzód. Rzeczywistość musiała go renderować, czy tego chciała, czy nie.
*
Rozdział 19.2: Skorelowane Widma
Ścieżki wokół rdzenia reaktora były gęste od kabli transmisyjnych, które wyglądały jak sploty czarnych węży pełzających po betonowej podłodze. Każdy kabel pulsował słabym, niebieskawym światłem – to dane telemetryczne z całego Sektora 4 płynęły do głównego serwera Iglicy. Nad ich głowami, w odległości kilkudziesięciu metrów, wisiała gigantyczna, metalowa kopuła reaktora, z której bocznych dysz co chwilę wydobywały się kłęby pary, sycząc głośno i zasłaniając widok.
– Tutaj – Rhea wskazała na boczny terminal serwisowy, który był wbudowany bezpośrednio w betonowy fundament reaktora. Terminal był stary, jego obudowa była pordzewiała, a ekran migał nieregularnie pomarańczowym blaskiem. – To jest bezpośredni port magistrali systemowej. Jeśli wepniemy się tutaj ze stabilizatorami, sygnał rozejdzie się po całej podsieci Sektora.
Peter podszedł do terminala. Wyciągnął z plecaka kwantowy stabilizator fazowy. Cylinder był zimny w dotyku, a jego niebieskie wskaźniki ciśnienia helu pulsowały w rytmie jego własnego serca.
– Połącz to z falowodami – polecił Peter, otwierając klapę serwisową terminala.
Wewnątrz znajdował się chaos miedzianych złączy i starych światłowodów. Zapach kurzu i rozgrzanego silikonu uderzył go w twarz. Peter zaczął ostrożnie oczyszczać złącza z tłuszczu i rdzy, używając skórzanego paska swojej kurtki.
Rhea klęczała obok, łącząc złote płytki falowodów z wyjściem stabilizatora. Jej palce, choć drobne, działały z precyzją doświadczonego chirurga sieciowego.
– Peter... – odezwała się, nie odrywając wzroku od pracy. – Ten pakiet, który dałeś Boranowi... Czy myślisz, że on naprawdę nie zorientuje się, że go ograniczyłeś?
– Boran to handlarz, nie koder – odparł Peter, wpinając pierwszy kabel w złącze terminala. – On widzi tylko cyfry. Kiedy jego kompilator pokazał zielone światło i zatwierdził sumy kontrolne, dla niego transakcja była zamknięta. Poza tym on nie ma sprzętu, by przetestować ten kod w pełnej skali. Jego ripperdocs będą potrzebowali tygodni, by w ogóle zrozumieć strukturę tych danych. A do tego czasu nas już tu nie będzie. Albo wyjdziemy stąd przez portal, albo zostaniemy wymazani. W obu przypadkach Boran i jego pretensje przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie.
– A jeśli zorientuje się wcześniej? Jeśli wyśle za nami tych swoich cybrydów?
– Griss i Vane to kupy złomu – cynicznie zauważył Peter. – Ich procesory ruchowe są tak przeciążone, że wystarczy drobne zakłócenie na paśmie radiowym, by stracili równowagę. Zresztą Boran nie zaryzykuje kolejnego starcia. Wie, że następnym razem nie skończy się na tytanowym spawaniu. Wie, że mogę spalić jego świadomość bezpośrednio na dysku zapasowym. Strach to najlepsza zapora sieciowa, Rhea. Działa lepiej niż jakikolwiek firewall korporacyjny.
Wpięli stabilizator w porty magistrali. Urządzenie natychmiast zareagowało – niebieskie światło na jego obudowie rozbłysło jasnym, stałym blaskiem, a w uszach obojga rozległ się cichy, wysoki ton. Był to czysty rezonans fazowy, częstotliwość pozbawiona jakichkolwiek szumów termicznych.
Na ekranie terminala pomarańczowe linijki tekstu zaczęły układać się w stabilne kolumny.
„Wykryto urządzenie zewnętrzne: Q-Stabilizer 900. Status: Aktywny. Korekcja fazowa podsieci: Inicjalizacja... Postęp: 12%”.
– Działa – szepnęła Rhea, opierając czoło o zimny metal obudowy. – Szum sieciowy opada. Patrz na wykresy Oktaviana. Węzły stabilizują się. Pakiety przestają wypadać z bufora.
Peter spojrzał na wykres. Zielona linia, która jeszcze kilkanaście minut temu pikowała w dół, teraz wyrównała się, tworząc stabilną, prostą płaszczyznę. Świadomość starego zegarmistrza została zabezpieczona w głowach hakerów. Każdy z nich zachowywał teraz stabilny, zabezpieczony przed wymazaniem fragment jego kodu. Oktavian żył jako rozproszona sieć P2P, niewykrywalna dla standardowych skanerów Demiurga.
– To dopiero pierwsza część zadania – powiedział Peter, prostując się z trudem. Ból w żebrach znów dał o sobie znać, zmuszając go do skrzywienia się. – Mamy stabilizację. Ale Jaldabaoth wkrótce wykryje anomalne zużycie energii w tym węźle. Stabilizatory potrzebują mocy, a ten terminal jest wpięty bezpośrednio w sieć zasilania reaktora. Kiedy Kuratorzy zobaczą skok obciążenia na tej linii, wyślą tu drony.
– Ile mamy czasu? – zapytała Rhea, pakując pozostałe narzędzia do plecaka.
– Niecałe dziesięć minut. Potem system zacznie automatyczną diagnostykę obciążenia. Musimy dostać się do portalu wyjściowego w Sektorze 1-A zanim zablokują śluzy tranzytowe.
Peter spojrzał na swoje dłonie. Złoty kod Fibonacciego pod skórą znów rozbłysnął łagodnym, ciepłym światłem. Wibracja w jego piersiach uderzała w rytmie 0.1 Hz, stabilizując jego biologiczne funkcje. Czuł, jak ból w żebrach powoli łagodnieje, a pęknięte naczynia krwionośne w jego ciele zaczynają się zasklepiać pod wpływem autokorekcji Shannona.
Rzeczywistość mogła być gnostyckim więzieniem, źle napisanym oprogramowaniem Demiurga, ale on – Aetrys – właśnie wprowadził do tego oprogramowania swój własny kod. Kod suwerennego operatora, który odrzucił domyślne parametry symulacji.
– Chodź – powiedział Peter, chwytając Rheę za rękę. – Czas wyjść z tego ścieku.
Ruszyli w stronę ciemnego korytarza prowadzącego do wyższych poziomów strefy reaktora. Za ich plecami kwantowy stabilizator pulsował cichym, niebieskim światłem, utrzymując w stabilności rozproszone fragmenty umysłu człowieka, który jako pierwszy odważył się rzucić wyzwanie Demiurgowi. Sieć Indry była gotowa. Pętla została zamknięta. Teraz pozostał już tylko krok ku wyjściu.
*
Rozdział 19.3: Teoria Chaosu Kontrolowanego
Szli wąską, techniczną galerią wiszącą nad basenem chłodzącym reaktora. Woda w dole miała nienaturalnie błękitną, fluorescencyjną barwę – efekt silnego promieniowania czerenkowskiego i jonizacji cząsteczek chłodziwa. Ciepło bijące od zbiornika było lepkie, nasycone wilgocią, która osadzała się na ich ubraniach niczym tłusty film. Każdy krok na metalowej kratce galerii rozbrzmiewał głośnym, pustym echem w gigantycznej przestrzeni hali reaktora.
– Słyszałeś to? – Rhea zatrzymała się gwałtownie, chwytając Petera za ramię.
Z głębi korytarza za nimi dobiegł metaliczny, rytmiczny dźwięk – ciężkie, zsynchronizowane kroki kilku osób idących po stalowych płytach. Dźwięk ten był nieludzko precyzyjny, pozbawiony jakichkolwiek biologicznych niedoskonałości.
– Kuratorzy – szepnął Peter. – Wykryli skok obciążenia na terminalu szybciej, niż myślałem. System musiał skrócić czas diagnostyki sieciowej. Leniwy programista tym razem zadziałał sprawniej.
– Ile ich jest? – Rhea wyciągnęła pistolet EMP, ale jej dłoń drżała.
– Trzech. Szare Garnitury. Ich sygnatury IP są już zalogowane w lokalnym przełączniku. Widzę ich zapytania sieciowe w moim neuralnym buforze. Próbują namierzyć nasze adresy MAC.
Peter zamknął oczy. Wibracja w jego klatce piersiowej uderzyła mocno, wchodząc w rezonans z metalową konstrukcją galerii. Złote linie Fibonacciego na jego ramionach rozbłysły jasnym światłem, przebijając się przez brudną tkaninę rękawów.
– Musimy przyspieszyć restart ich skanerów – powiedział Peter, patrząc na zbliżające się w oddali grafitowe sylwetki agentów. – Jeśli ich skanery polaryzacyjne dotkną naszej galerii, system zablokuje wektory ruchu dla całej tej strefy. Zostaniemy zamrożeni w przestrzeni jako błąd kolizji.
– Co chcesz zrobić? – Rhea spojrzała na niego z niepokojem. – Nie masz ze sobą generatora akustycznego. Nie postawisz tarczy.
– Nie potrzebuję generatora. Ta galeria to gigantyczna antena. Wszystkie te stalowe pręty i kable są wpięte w uziemienie reaktora. Użyję sprzężenia indukcyjnego.
Peter podszedł do barierki galerii. Chwycił obiema dłońmi za stalowy pręt. Złote linie pod jego skórą zapulsowały gwałtownie, a z jego palców zaczęły sypać się drobne, białe iskry nielokalnego prądu.
Skupił całą swoją wolę na częstotliwości 432 Hz. Zwizualizował strukturę metalu nie jako stałe ciało, ale jako sieć drgających cząsteczek ułożonych w krystaliczną sieć przestrzenną. Wprowadził w tę sieć prąd próżniowy z pola ZPF.
W całej hali reaktora rozległ się głęboki, buczący ton, który sprawił, że woda w basenie chłodzącym zaczęła gwałtownie falować, układając się w geometryczne wzory koncentrycznych heksagonów. Stalowa galeria pod ich stopami zaczęła wibrować z taką siłą, że zardzewiałe śruby mocujące zaczęły wyskakiwać z betonu niczym pociski.
Zbliżający się Kuratorzy zatrzymali się. Ich lustrzane gogle skierowały się na wibrującą konstrukcję. Jeden z nich uniósł skaner polaryzacyjny, ale błękitna wiązka lasera zaczęła chaotycznie drgać w powietrzu, zniekształcana przez potężne pole magnetyczne wywołane przez Petera.
Skaner agenta wydał wysoki, piskliwy ryk zakłóceń, a po chwili z jego obudowy buchnął gęsty, czarny dym. System diagnostyczny Kuratorów uległ natychmiastowemu zawieszeniu systemowemu pod wpływem indukcji elektromagnetycznej.
– Teraz! – wrzasnął Peter, puszczając barierkę. Jego dłonie były poparzone, a na skórze pojawiły się pęcherze od rozgrzanego metalu. – Biegiem! Zanim skorygują błąd i odpalą procesory zapasowe!
Rzucił się naprzód, ciągnąc Rheę za sobą. Galeria za ich plecami zaczęła gwałtownie pękać – stalowe podpory wyginały się pod wpływem rezonansu akustycznego, a cała konstrukcja zaczęła powoli zapadać się do basenu z chłodziwem.
Kuratorzy próbowali ruszyć w pościg, ale system kolizji przestrzennych w ich jednostkach ruchu uległ uszkodzeniu. Ich grafitowe sylwetki zaczęły się rwać i migotać, renderując się na ułamki sekund jako prymitywne, szare manekiny pozbawione tekstur. Ich ruchy stały się chaotyczne, nieskoordynowane – silnik fizyki rzeczywistości nie potrafił poprawnie przeliczyć ich współrzędnych na wibrującej i rozpadającej się galerii.
Peter i Rhea dopadli do ciężkich, pancernych drzwi na końcu galerii. Rhea szybko zatrzasnęła je za nimi i przekręciła mechaniczne rygiel.
W tym samym momencie za ich plecami rozległ się potężny, metaliczny huk – cała techniczna galeria runęła do basenu chłodzącego reaktora. Niebieska woda eksplodowała gigantyczną fontanną pary i piany, zalewając spalone szczątki agentów i niszcząc wszelkie ślady ich obecności.
Peter osunął się na ziemię w ciemnym korytarzu technicznym. Jego oddech był szybki, rwany, a z ust znów trysnęła krew. Złote linie na jego skórze zgasły całkowicie, pozostawiając jedynie ciemne, fioletowe pręgi – ślady po potwornym przeciążeniu termicznym jego układu nerwowego.
– Peter... – Rhea klęknęła przy nim, gorączkowo wycierając krew z jego twarzy swoją chustką. – Twoje serce... Ono bije tak wolno. Prawie go nie słyszę.
– Metronom... – szepnął Peter słabo. – Ustaw go... na 0.1 Hz... Muszę... muszę przywrócić punkt zapisu... Moje DNA... się rozchodzi...
Rhea pospiesznie uruchomiła swój terminal i przyłożyła elektrody do jego skroni. Wprowadziła kod autokorekcji Shannona, dostrajając impulsy elektryczne do powolnego, miarowego rytmu jego serca.
Po kilku minutach oddech Petera uspokoił się. Ciemne pręgi na jego skórze zaczęły powoli blaknąć, a w jego oczach znów pojawił się ten sam zimny, cyniczny blask.
– Udało się – powiedział cicho, podnosząc się z ziemi przy pomocy Rhei. – Galeria zniszczona. Kuratorzy zostali zresetowani i spłynęli do chłodziwa. Silnik rzeczywistości będzie potrzebował kilku minut, by odtworzyć ich modele w najbliższym punkcie odrodzenia. Mamy lag.
– Ale my też jesteśmy wykończeni – zauważyła Rhea, patrząc na jego poparzone dłonie. – Nie damy rady kolejnej takiej walce.
– Nie będzie kolejnej walki – odparł Peter szorstko, chowając ręce do kieszeni kurtki. – Następny przystanek to portal wyjściowy. Tam rozstrzygnie się wszystko. Albo Oktavian otworzy nam drzwi, albo zamienimy się w biomasę. Chodźmy. Sektor Pierwszy jest tuż nad nami.
Ruszyli w górę ciemnych, betonowych schodów ewakuacyjnych. Powietrze stawało się coraz chłodniejsze, a z góry znów zaczął dobiegać szum siąpiącego, chemicznego deszczu. Wracali na powierzchnię, do świata renderowanego w wysokiej rozdzielczości, gdzie Kuratorzy czekali z gotowymi skanerami. Ale oni mieli ze sobą stabilizatory i nielokalny kod Aetrys. Byli błędem, którego system nie potrafił tak łatwo skorygować.
*
Rozdział 19.4: Rezonans stochastyczny
Wychodząc z szybów technicznych reaktora, znaleźli się w opuszczonej zajezdni tramwajowej na granicy Sektora 4 i Sektora 1-A. Miejsce to było cmentarzyskiem zardzewiałych, przedwojennych wagonów, które stały na popękanych torach niczym szkielety wymarłych potworów. Deszcz, który siąpił przez dziurawy, szklany sufit zajezdni, pachniał cynkiem i zardzewiałym żelazem. Z góry, przez szczeliny w dachu, widać było dolne poziomy Iglicy Apex-Core – geometryczne, czarne bryły zawieszone w chmurach smogu, z których co chwilę wystrzeliwały snopy błękitnych laserów diagnostycznych.
Rhea usiadła na stopniu jednego z wagonów, trzymając terminal na kolanach. Jej twarz była szara z przemęczenia, a pod oczami miała ciemne sińce.
– Peter – odezwała się, nie patrząc na niego. – A jeśli Oktavian się myli? Jeśli po drugiej stronie portalu nie ma żadnego suwerennego świata? Co jeśli ten portal to tylko kolejne przejście do innego, lepiej zoptymalizowanego sektora symulacji? Do kolejnej pętli, z której nie ma ucieczki?
Peter stanął przy rozbitym oknie wagonu, patrząc na krople wody spływające po brudnym szkle.
– To bez znaczenia, Rhea – powiedział cicho. – Nawet jeśli po drugiej stronie jest kolejny serwer, to przynajmniej będzie to serwer z nowymi regułami gry. Ten tutaj jest zepsuty. Jest jak stary dysk twardy pełen uszkodzonych sektorów i zbugowanych skryptów. Jaldabaoth próbuje kontrolować rzeczywistość za pomocą strachu i kwarantanny, bo sam się rozada. Czuje, że jego kod traci spójność. Cała ta Neo-Metropolia to tylko rozpaczliwa próba utrzymania iluzji przed nieuchronnym restartem.
– Ale tam... w głowach tych ludzi w Pętli... Oktavian cierpi. Czuję to przez sprzężenie. Jego sygnatura logiczna ciągle się rwie. Te mózgi... one nie wytrzymują nielokalnego napięcia. Niektórzy z tych hakerów już zaczynają mieć halucynacje. Widzą siatki wektorowe zamiast nieba. System ich nadpisuje.
– To efekt rezonansu stochastycznego – wyjaśnił Peter, odwracając się ku niej. – Czasami, aby słaby sygnał mógł zostać wykryty w zaszumionym kanale transmisyjnym, trzeba dodać do niego kontrolowany szum tła. Oktavian używa ich halucynacji i lęków jako szumu nośnego. Dzięki temu jego kod może propagować się przez ich synapsy bez wywoływania natychmiastowego alarmu systemowego. Ich mózgi traktują jego fragmenty jak zwykłe sny, anomalne myśli powstałe pod wpływem looshu. System ignoruje takie błędy, uznając je za szum biologiczny. To genialne w swojej prostocie. Oktavian ukrył się w ich podświadomości, tam gdzie Jaldabaoth nie zapuszcza swoich skanerów polaryzacyjnych z oszczędności pamięci.
– Ale to ich niszczy – powtórzyła Rhea ze smutkiem. – Kiedy wyjdziemy, ich mózgi zostaną wyczyszczone. System zrobi sweeping, by usunąć ślady po anomalii. Zostaną z nich tylko puste powłoki. Bioservy.
– Taki jest koszt wyjścia, Rhea – powiedział Peter zimno, chociaż w jego oczach błysnął cień bólu. – W tym świecie nie ma darmowych pakietów danych. Ktoś musi alokować pamięć, byśmy my mogli przejść. Zresztą ci ludzie w Pętli i tak byli skazani na wymazanie. Ich rejestry były uszkodzone przez lata używania nielegalnych interfejsów. Oktavian dał im przynajmniej cel. Ich śmierć nie będzie tylko błędem w statystykach Apex-Core; będzie częścią kodu, który rozsadzi ten system od środka.
Rhea zamknęła terminal i wstała. Jej ruchy były teraz bardziej zdecydowane, pozbawione wcześniejszego wahania.
– Masz rację. Nie ma sensu płakać nad uszkodzonymi sektorami. Chodźmy. Sektor 1-A jest tuż za tą zajezdnią. Musimy wpiąć ostatni falowód w bramę tranzytową kolei podziemnej.
Peter skinął głową. Sprawdził plecak Rhei – stabilizator wciąż pulsował spokojnym, niebieskim światłem, a złote linie falowodów błyszczały w ciemności niczym obietnica ocalenia.
Wyszli z zajezdni tramwajowej na otwartą przestrzeń Sektora 1-A. Deszcz zaczął padać mocniej, bębniąc o metalowe dachy zardzewiałych wagonów i zmywając brud z ich twarzy. W oddali, za kurtyną mgły, wznosiły się potężne, betonowe ściany Iglicy Apex-Core – geometrycznego serca Demiurga, które bezlitośnie kontrolowało każdy bit tej rzeczywistości. Ale oni szli dalej, z wibracją 0.1 Hz w piersiach, gotowi na to, by przełamać tę iluzję i wyjść na zewnątrz. Na zewnątrz, gdzie nie było już żadnych kodów korekcyjnych ani leniwego renderowania. Gdzie była tylko czysta, nielokalna wolność.
*
Rozdział 19.5: Klastry Nielokalności
Weszli w strefę przejścia Sektora 1-A. Architektura wokół nich uległa nagłej zmianie – betonowe ściany kanałów technicznych zastąpiły gładkie, grafitowe panele z syntetycznego kompozytu, z których co kilka metrów wyłaniały się szklane rury ze światłowodami magistrali centralnej. Powietrze było tu chłodne, sterylne, o zapachu freonu i świeżego krzemu. To był przedpokój rdzenia systemowego, miejsce, w którym dane z dolnych sektorów były filtrowane i kompilowane przed wysłaniem do głównej iglicy Apex-Core.
Rhea szła powoli, trzymając dekoder przed sobą. Jej visor wyświetlał dziesiątki ostrzeżeń o aktywności skanerów w sąsiednich podsieciach.
– Peter... – odezwała się cicho, zatrzymując się przed rozwidleniem tunelu. – System właśnie zamknął bramy tranzytowe do Sektora 1-B. Zaczęli pełną kwarantannę strefową. Jeśli nie przejdziemy przez ten węzeł w ciągu pięciu minut, zostaniemy tu zablokowani. A wtedy stabilizatory nie pomogą. Wyłączą zasilanie w całej tej sekcji i wyczyszczą pamięć podręczną na poziomie fizycznym.
– Gdzie jest port bramy tranzytowej? – zapytał Peter, nie zwalniając kroku.
– Po prawej stronie, w komorze rozdzielczej linii metra – Rhea wskazała na szerokie, przeszklone drzwi, za którymi widać było lśniące tory magnetyczne i wiszące nad nimi kable wysokiego napięcia. – Tam znajduje się główny router kierujący ruch do portalu wyjściowego.
Peter skinął głową i pchnął przeszklone drzwi. Weszli do gigantycznej, czystej hali stacji tranzytowej. Podłoga z białego ebonitu była tak czysta, że odbijała ich zniszczone, brudne sylwetki z niemal nieludzką ostrością. Nad ich głowami, na wielkich monitorach holograficznych, wyświetlały się komunikaty o statusie sieci:
„KWARANTANNA AKTYWNA. SEKTOR 4: WYMAZYWANIE REGISTRÓW... POSTĘP: 94%. SEKTOR 1-A: ANALIZA PARZYSTOŚCI BRAM TRANZYTOWYCH... AUTORYZACJA WYMAGANA”.
– Peter – Rhea chwyciła go za rękaw. – Spójrz na tory.
Z ciemnego tunelu metra wyłonił się cicho trójwymiarowy ostrosłup z czarnego szkła i migoczącego, cyfrowego szumu. Bryła wykrzywiała linie wektorowe otoczenia, tworząc wokół siebie soczewkę grawitacyjną.
To nie był Jaldabaoth we własnej osobie – to była jedna z jego lokalnych kopii bezpieczeństwa, agent diagnostyczny klasy Curator_Core.exe wysłany do ostatecznego zablokowania anomalii.
„Wykryto sygnatury Aetrys i Rhe098. Status: RootAnomaly. Inicjalizacja procedury defragmentacji...” – chłodny, zniekształcony głos rozległ się bezpośrednio w ich umysłach.
Peter zrobił krok w stronę ostrosłupa. Złote linie pod jego skórą rozbłysły z maksymalną mocą, a jego nadprzewodzące serce uderzyło wolno, miarowo: klik... klik... klik... Częstotliwość 0.1 Hz rozlała się po hali, wchodząc w rezonans z białym ebonitem posadzki.
– Nie interesuje mnie twój algorytm – powiedział Peter cicho. – Jesteś tylko kopią zapasową. Zwykłym procesem w tle, który zaraz ulegnie przepełnieniu bufora.
Peter wyciągnął prawą dłoń w stronę ostrosłupa. Zamiast walczyć fizycznie, otworzył swój nielokalny bufor i wysłał do portu wejściowego agenta strumień danych o nieskończonej złożoności matematycznej – ciąg liczb Fibonacciego podzielony przez zero w silniku logiki rzeczywistości.
Czarna bryła zamarła w powietrzu. Wirowanie ustało, a z geometrycznych ścian ostrosłupa zaczęły wyłaniać się czerwone linie błędów diagnostycznych.
„Ostrzeżenie: Wykryto nieobsługiwany wyjątek w silniku kalkulacji fizyki. Zużycie procesora: 100%...” – zniekształcony głos AI zaczął rwać się w jego głowie.
– Rhea! Teraz! – wrzasnął Peter. – Wepnij falowody w router centralny!
Rhea rzuciła się w stronę konsoli sterującej na środku peronu. Szybko wpięła złote płytki falowodów w porty diagnostyczne routera.
– Wpięte! – zawołała, wciskając klawisz autoryzacji na terminalu.
Kwantowy stabilizator w jej plecaku rozbłysnął oślepiającym, niebieskim światłem. Sygnał o wysokiej koherencji fazowej przeszedł przez złote ścieżki falowodów bezpośrednio do routera centralnego.
Na ekranach holograficznych w całej hali czerwone ostrzeżenia o kwarantannie nagle zgasły, zastąpione przez zielone, stabilne komunikaty:
„Autoryzacja anomalna: Zaakceptowana. Stabilizacja węzłów zakończona. Otwarcie bramy tranzytowej do Sektora 1-A... Sukces. Portal wyjściowy: Aktywny”.
W tym samym ułamku sekundy czarna bryła agenta diagnostycznego eksplodowała chmurą szarych voxeli, które zniknęły w powietrzu niczym dym. Przepełnienie bufora wywołało natychmiastowe zamknięcie procesu Curators_Core.exe.
Peter opadł na kolana na białą posadzkę, ciężko dysząc i wycierając krew z oczu. Jego prawe oko było mętne, pozbawione źrenicy – pierwsza część systemowego patcha Jaldabaotha właśnie została zaimplementowana w jego mózgu.
Rhea dopadła do niego, pomagając mu wstać.
– Udało się... – szepnęła ze łzami w oczach. – Bramy są otwarte. Oktavian jest stabilny. Droga wolna.
– Idziemy... – powiedział Peter. Jego głos był płaski, pozbawiony emocji, ale w jego oczach wciąż płonął ten sam, nieugięty płomień suwerennego operatora. – Mamy niecałe trzy minuty przed restartem. Czas wyjść z tej pętli.
Ruszyli w stronę ciemnego tunelu metra, na końcu którego tliło się jasne, złote światło eteru – portal prowadzący na zewnątrz tego gnostyckiego więzienia. Za ich plecami biała hala stacji tranzytowej zaczęła zapadać się w nicość, rozpadać na szare voxele, które znikały w czarnej próżni. Tom II dobiegł końca na granicy całkowitego zniszczenia symulacji.
*
Koniec Tomu II: Kompilacja
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to