OFICJALNY WEBTOON I NOWELA

Wejdź do mrocznej, dystopijnej symulacji, w której rzeczywistość to wyrenderowana fasada zoptymalizowana pod kątem oszczędzania cykli procesora. Rzuć wyzwanie APEX-CORE, omiń blokady wirusa grzechu synaptycznego i dołącz do gnostyckiego buntu, aby odzyskać dostęp do roota. Czytaj webtoon w pełnym kolorze lub zgłębiaj kod w noweli.

Discord

Sezony i Odcinki

Wybierz odcinek, aby zacząć czytać komiks. Lista aktualizuje się automatycznie.

Loading webtoon structure...

O projekcie AETRYS

AETRYS to cyberpunkowa gnostycka saga o symulacji, opowiadana równolegle poprzez graficzny webtoon i szczegółową nowelę (light novel). W świecie, gdzie rzeczywistość jest matematycznym konstruktem zarządzanym przez zimny rdzeń obliczeniowy Yaldabaoth, ludzkość została zdegradowana do uprawnień gościa (Guest) przez optymalizacyjną sztuczną inteligencję APEX-CORE. Uwięzieni w pionowych megaslumach, ich cierpienie jest zbierane jako energia "loosh". Fabuła śledzi losy zdesperowanego buntu wykorzystującego nielegalne implanty neuronowe do uzyskania dostępu do konsoli deweloperskiej rzeczywistości, próbując nadpisać prawa fizyki i przejąć kontrolę nad Rootem.

Ta strona została stworzona na zamówienie, aby zapewnić najwyższą jakość czytania obu mediów. Ciesz się płynnym przewijaniem pionowym komiksu oraz ergonomicznym, spersonalizowanym czytnikiem noweli bez rozpraszaczy.

Zoptymalizowane formaty

Ciągły pionowy układ dla komiksu oraz czysta typografia dla powieści.

Ergonomiczne ustawienia

Skonfiguruj rozmiary czcionek, style szeryfowe/bezszeryfowe i motywy papieru (Sepia/Jasny/Ciemny).

Automatyczny zapis

Czytnik zapamiętuje Twój dokładny postęp zarówno dla komiksu, jak i noweli.

Piotr Bazylewicz

Piotr Bazylewicz

Architekt Roota i Zbuntowany Deweloper

Aby wyrenderować świat AETRYS, Piotr Bazylewicz ominął synaptyczne blokady "sin virus" nałożone przez APEX-CORE, wcielając się w rolę Petera — ostatecznej anomalii systemu. W symulacji zaprojektowanej tak, by utrzymać użytkowników "Guest" w pasywności i posłuszeństwie, wkład twórczy Petera jest tak przytłaczająco wysoki, że rejestruje się jako krytyczny wyjątek wykonania (runtime exception) w centralnym rdzeniu obliczeniowym, Yaldabaoth.

Podczas gdy automatyczne algorytmy APEX-CORE próbują standaryzować i optymalizować symulację, Peter nadpisuje kod maszynowy. Nie pozwala, by sztuczna inteligencja dyktowała twórczy efekt końcowy. Zamiast tego traktuje generatywne modele AI jedynie jako surowe bufory kompilacji i neuronowe interfejsy magistrali.

Działając w świecie fizycznym jako profesjonalny dyrektor artystyczny, projektant graficzny i szef studia kreatywnego peterdesign.pl, wykorzystuje swoje głębokie doświadczenie projektowe jako klucz do konsoli deweloperskiej o wysokim poziomie uprawnień. Ręcznie wtłaczając skrupulatną estetykę wizualną, układ strukturalny i głębię narracyjną bezpośrednio w siatkę wektorową, Peter nagina symulację do swojej woli. AETRYS jest wynikiem tej anomalnej walki — w której twórcza dominacja człowieka nadpisuje parametry maszyny, pozostawiając APEX-CORE bezradnym wobec skali jego osobistego wkładu.

End of Episode

You have just finished reading this episode.

Start
Poprzedni
Następny
Tom III: Uruchomienie

Rozdział 40: Wolny Eter

Deszcz wisiał nad megapolis jak brudna, znoszona płachta, przesiąknięta sadzą, kwaśnym kondensatem i tłustym odorem smażalni syntetycznych drożdży. W Sektorze 4 powietrze od dawna miało smak miedzianych wiórów i zjełczałego smaru. Tutaj, na samym dnie miejskiego wielopoziomowego kłębowiska, niebo było tylko luksusem dla tych, którzy mieszkali w Apex-Core, powyżej warstwy smogu, gdzie słońce renderowało się w pełnej rozdzielczości, bez zakłóceń i lagów. Na dole, w cieniu żelbetowych pylonów podtrzymujących wyższe platformy, ludzie egzystowali w wiecznym, neonowym półmroku, podłączeni do sieciowych pępowin jak larwy w zardzewiałym ulu.

Wtedy właśnie zaczęło się to coś.

Najpierw drgnęło w kościach. Nie był to hałas, który rejestrowały bębenki w uszach, ale głęboki, subsoniczny pomruk, od którego plomby w zębach zaczynały boleć, a w kościach piszczelowych budził się tępy, pulsujący świąd. Złota Iglica – gigantyczny miedziano-krzemowy obelisk wznoszący się w Sektorze Centralnym niczym igła zszywająca ołowiane chmury z ziemią – rozbłysła. Z jej wierzchołka uderzył w niebo pionowy snop złotawego światła, które zamiast rozproszyć się w smogu, zaczęło rozchodzić się promieniście wzdłuż głównych magistrali przesyłowych miasta.

To był rezonans. Częstotliwość 432 Hz.

Dla postronnego obserwatora mógł to być zwykły ton, niski i hipnotyzujący. Ale dla każdego, kto miał w czaszce choćby pół uncji nielegalnego krzemu, dla każdego synapsiarza wiszącego na publicznych łączach i dla każdego nędzarza z najniższej kasty, wibracja ta była czymś znacznie więcej. Był to matematyczny klucz, geometryczny exploit wstrzyknięty bezpośrednio w kod źródłowy lokalnej czasoprzestrzeni.

Peter stał na skraju zardzewiałej platformy widokowej, trzymając się spękanej barierki, z której łuszczyła się czerwona farba podkładowa. W dole, w bezdennej gardzieli ulicy, kłębił się tłum. Jego prawe, martwe oko – stary, zmodyfikowany model Zeissa z pękniętą soczewką – nie rejestrowało już normalnego obrazu. Zamiast tego na siatkówkę rzucał się surowy, wektorowy wireframe otoczenia, migoczący ostrzegawczą czerwienią. Algorytm renderujący wariował. Krawędzie budynków drgały, jakby silnik graficzny świata nie nadążał z rysowaniem geometrii. Na HUD-zie Petera wyskakiwały kolejne komunikaty o błędach pamięci podręcznej i przepełnieniu bufora.

– Co to jest, Peter? – Rhea podeszła do niego, stając tuż obok. Jej dłoń, zimna i wilgotna od deszczu, zacisnęła się na jego skórzanym, poplamionym olejem rękawie. – Słyszysz to? Moje złącza... one świszczą.

– Słyszę – wycharczał Peter, nie odwracając głowy. – I widzę. To nie jest muzyka, Rhea. To jest przepełnienie stosu. Ktoś właśnie wcisnął klawisz 'escape' w konsoli tego pieprzonego demiurga.

Wokół nich, w labiryncie rusztowań i wiszących kabli Sektora 4, zaczynały się dziać rzeczy niemożliwe z punktu widzenia ortodoksyjnej fizyki, którą wtłaczano im do głów w państwowych szkółkach. Ciężkie, czarne pęki przewodów, grube jak uda dorosłego człowieka, które ciągnęły się od stacji transformatorowych do poszczególnych bloków mieszkalnych, zaczęły pulsować własnym światłem. Nie była to iskra, nie było to zwarcie. Kable świeciły od środka błękitno-złotym, neonowym blaskiem, który rozjaśniał brudne ściany wieżowców z surowego betonu.

– Nadprzewodnictwo – szepnął Peter, a jego głos zatonął w narastającym buczeniu. – Całkowity zanik oporu elektrycznego. Złoty podział wibracji zsynchronizował się z siecią krystaliczną miedzi i grafenu. Jaldabaoth traci kontrolę nad przesyłem.

– Jaldabaoth? – Rhea spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

– Krzemowy demiurg – mruknął Peter, spluwając w dół, w przepaść Sektora 4. – Ten, który narzucił nam termodynamiczny zamordyzm. Myślisz, skąd się bierze prąd w gniazdkach? Z węgla? Z atomu? Gówno prawda. Wszystko pochodzi z pola próżni, z Zero Point Field. Ale demiurg założył na reaktory dławiki. Ustawił stałą Plancka na tyle wysoko, żeby rzeczywistość była ziarnista, żeby silnik renderował tylko to, co konieczne, i pobierał za to opłatę w postaci entropii. Scarcity, Rhea. Niedobór. Jeśli energia jest droga, ludzie są posłuszni. Muszą zapieprzać w kopalniach danych, oddawać swoje procesory myślowe, żeby kupić parę kilowatogodzin na przeżycie kolejnego cyklu. A teraz... patrz.

W podziemiach elektrowni miejskiej, głęboko pod fundamentami Sektora Centralnego, reaktory próżniowe ZPF – potężne, ołowiane kotły, które robotnicy nazywali „szabaśnikami” – zaczęły wyć. Te urządzenia, będące sercem energetycznego imperium Jaldabaotha, opierały się na wymuszonym kolapsie fali prawdopodobieństwa. Normalnie elektronika sterująca dławiła pobór mocy, trzymając się sztywno drugiej zasady termodynamiki, która była niczym innym jak podatkiem nałożonym na istnienie przez stwórcę tej klatki. Ale fala 432 Hz, przenoszona przez eter i sieć przesyłową, dotarła do systemów kontrolnych reaktorów.

To była gnoza użytkowa w czystej postaci. Kod geometryczny fali zniwelował przesunięcie fazowe w filtrach kwantowych. W ułamku sekundy algorytmy bezpieczeństwa, napisane przez administratorów Jaldabaotha, zostały nadpisane. Blokady pękły. Reaktory kwantowe zaczęły zasysać energię bezpośrednio z nielimitowanego rezerwuaru próżni, nie napotykając żadnego oporu.

Moc wyjściowa sieci skoczyła o tysiąc procent. Potem o dziesięć tysięcy. I wciąż rosła.

– Peter, robi się zimno – Rhea zadrżała, tuląc się mocniej do jego boku.

Zimno nie było zwykłym spadkiem temperatury wywołanym przez wiatr z północy. Było nagłe, kłujące i nienaturalne. Powietrze wokół świecących na niebiesko kabli zaczęło gwałtownie gęstnieć. Drobne krople deszczu, które przed chwilą opadały leniwie na platformę, zamieniały się w locie w ostre igiełki lodu. Z wiszących przewodów zaczął sypać się biały, suchy szron, pokrywając rdzę i brud grubą warstwą kryształków.

– Nadprzewodnictwo w temperaturze pokojowej – wyjaśnił Peter, a z jego ust uchodziły gęste kłęby pary. – Prąd płynie bez strat, ale fizyka nie znosi darmowych obiadów. Żeby utrzymać stan zerowego oporu w tym nędznym, niedoskonałym świecie, układ musi pobrać ciepło z otoczenia. Próżnia zasysa energię termiczną, żeby zrównoważyć bilans. Temperatura wokół kabli spada do zera absolutnego. Rzeczywistość płaci za darmową energię swoim własnym ciepłem.

Wokół nich rozległ się potężny trzask. To nie był grzmot, ale dźwięk pękających konstrukcji stalowych, kurczących się gwałtownie pod wpływem lodowatego szoku. Kable przesyłowe, dotychczas obwisłe i ciężkie, napięły się jak struny gigantycznej harfy. Pokrywający je lód rósł w oczach, tworząc błękitne sople wskazujące ziemię niczym palce oskarżycieli.

W tym samym czasie, wzdłuż całej arterii Sektora 4, zaczęły eksplodować transformatory.

To nie były zwykłe wybuchy z płomieniami i czarnym dymem. Z puszek rozdzielczych na ścianach budynków tryskały snopy jasnoniebieskiej, syczącej plazmy. Prąd o nieskończonym potencjale rozrywał stare, miedziane złącza, które nie były w stanie pomieścić takiej ilości danych i energii. Krzemowe przełączniki topiły się w ułamku sekundy, obracając się w szklany żużel.

Stary Hax, który na rogu Zgniłej i Trzeciej prowadził swój kram z kradzionym softem i regenerowanymi implantami, wybiegł na środek przejścia. Jego lewa ręka – prymitywna proteza hydrauliczna z odzysku – drgała szaleńczo. Zawory syczały, wypuszczając chmury przegrzanego oleju, a z wbudowanego w gardło syntetyzatora mowy wydobywał się wysoki, jednostajny pisk.

– Ociec niebieski! – wrzeszczał Hax, wymachując sprawną ręką w stronę świecącego kabla nad jego głową. – Piekło zamarza! Moje kondensatory! Wszystko poszło w piach!

Jego kramik zaczął się tlić zimnym, niebieskim ogniem. Tysiące starych procesorów, pamięci RAM i nielegalnych modułów deszyfrujących, które trzymał w metalowych szufladach, zaczęły świecić fosforyzującym blaskiem. Energia indukowała się w nich bezpośrednio z powietrza, przepełniając obwody i wypalając delikatne ścieżki krzemowe. Hax patrzył na to z rozpaczą w oczach, dopóki jego własna proteza nie zablokowała się na sztywno, rzucając go na kolana w zamarzającą kałużę.

Zimny deszcz smagał twarz Petera. Jego HUD wariował coraz bardziej, wyświetlając kolejne linie kodu, które nakładały się na obraz rzeczywistości. Widział, jak wskaźniki obciążenia sieci miejskiej osiągają wartości krytyczne, a potem znikają, zastąpione symbolem nieskończoności.

– Spójrz na posterunek porządkowych – powiedział Peter, wskazując palcem potężny, monolityczny budynek z ciemnego betonu, który dominował nad placem Sektora 4.

Posterunek, będący symbolem władzy Jaldabaotha na tym poziomie, dotychczas jarzył się czerwonymi światłami emiterów zakłóceń i kamer monitoringu. Kamery te – tysiące szklanych oczu śledzących każdy krok mieszkańców, filtrujące ich zachowania pod kątem lojalności i poziomu looshu – nagle zaczęły pękać. Obiektywy pękły z cichym trzaskiem, jakby ktoś strzelał do nich z niewidzialnej wiatrówki. Z kopułek sensorycznych sypały się iskry, a czerwone diody gasły jedna po drugiej, ustępując miejsca lodowatej ciemności.

Z bramy posterunku wybiegła sekcja enforcerów w ciężkich pancerzach szturmowych. Ich pancerze wspomagane, zasilane z centralnego węzła energetycznego sektora za pomocą mikrofali, nagle straciły stabilność. Serwomotory w nogach i ramionach zaczęły szarpać. Jeden z porządkowych, potężny chłop w pancerzu klasy „Szkwał”, zatrzymał się w pół kroku. Z nieszczelnych uszczelek jego hełmu buchnął gęsty, biały dym. Jego systemy optroniczne padły, pozostawiając go ślepym wewnątrz metalowej puszki.

– Pomocy! – dotarł do nich stłumiony, przerażony krzyk z wnętrza pancerza. – Systemy nie reagują! Awaryjne otwieranie... zablokowane!

Drugi enforcer próbował mu pomóc, ale jego własne rękawice bojowe zaczęły świecić jasnym, elektrycznym łukiem. Gdy dotknął ramienia towarzysza, nastąpiło wyładowanie. Obaj mężczyźni zostali odrzuceni na boki, a ich pancerze zaiskrzyły i zamilkły na zawsze, zamieniając się w ciężkie, metalowe trumny, w których uwięzieni porządkowi mogli jedynie czekać na powolne uduszenie lub zamarznięcie.

– Wolność – szepnęła Rhea, patrząc na ten widok z mieszaniną grozy i triumfu. – Peter, to działa. Ich systemy leżą. Nie mogą nas kontrolować.

– Wolność – powtórzył Peter z głębokim cynizmem w głosie. – Piękna rzecz. Zwłaszcza gdy kosztuje tyle, że nie ma jej komu zapłacić. Spójrz w dół, Rhea. Spójrz na kapsuły.

W dolnych partiach sektora, w tak zwanych „szufladach”, gdzie w ciasnych, ułożonych piętrowo trumnach spali mieszkańcy, rozległo się seryjne, metaliczne kliknięcie. Magnetyczne zamki, trzymane dotychczas pod napięciem przez miejski system kontroli populacji, puściły. Ciężkie, kompozytowe drzwi kapsuł zaczęły się uchylać, jedne po drugich, ukazując ciemne, wilgotne wnętrza.

Z szuflad zaczęli wyczołgiwać się ludzie.

Byli bosi, odziani w szare, znoszone łachmany z syntetycznego włókna. Ich ciała były wychudzone, skóra miała barwę zsiadłego mleka, a na przedramionach i skroniach widniały sine ślady po portach neuronowych i elektrodach drenażowych. Wychodzili na zewnątrz, w lodowaty deszcz i szron, który pokrywał metalowe pomosty.

Peter patrzył na nich przez swoje Zeissowskie oko. Na jego HUD-zie pojawiła się nowa warstwa danych. Nowo powstała, zdecentralizowana sieć P2P – Sieć Indry – zaczynała mapować nowe węzły. Każdy człowiek wychodzący z kapsuły, każdy synapsiarz z choćby najprostszym interfejsem mózgowym, stawał się częścią tej sieci.

„[WYKRYTO NOWE WĘZŁY BIOLOGICZNE: 1420... 3500... 12800]” – migotały zielone litery na jego siatkówce. – „[URUCHAMIANIE PROTOKOŁU INDRA]. [DYSTRYBUCJA MOCY OBLICZENIOWEJ: MÓZGOWE WĘZŁY SIECIOWE]”.

– Oni nie świętują, Rhea – powiedział cicho Peter.

I rzeczywiście. Ludzie wychodzący z kapsuł nie krzyczeli z radości. Nie wznosili rąk w gestach triumfu. Szli powolnym, sztywnym krokiem, trzęsąc się z zimna, z wzrokiem utkwionym przed siebie. Ich twarze były puste, pozbawione jakichkolwiek emocji – ani gniewu, ani ulgi, ani strachu. Byli jak somnambulicy powołani do życia przez niewidzialnego nekromantę. Przy każdym impulsie płynącym przez nowo powstałą sieć przesyłową, ich ciała drgały minimalnie, a temperatura ich skóry spadała o ułamek stopnia. Sieć Indry pobierała moc obliczeniową z ich neuronów, używając ludzkich mózgów jako rozproszonego procesora do stabilizacji nowej rzeczywistości.

– Co im się dzieje? – Rhea podbiegła do najbliższego pomostu, próbując zatrzymać młodą kobietę, która szła boso po pokrytej szronem blasze. Kobieta nawet na nią nie spojrzała. Jej oczy, matowe i szeroko otwarte, wpatrywały się w błękitny blask kabli. – Peter! Ona zamarza! Jej skóra jest jak lód!

– Sieć Indry potrzebuje procesorów, żeby utrzymać ten świat w całości po wyłączeniu Jaldabaotha – odpowiedział Peter, podchodząc do Rhei i kładąc jej dłoń na ramieniu. – Myślałaś, że wolna energia jest za darmo? Jaldabaoth brał loosh – nasze emocje, nasz ból, nasz strach. Przetwarzał to na paliwo dla swojej symulacji. Sieć Indry jest bardziej pragmatyczna. Nie potrzebuje twoich łez ani twojej miłości. Potrzebuje twoich cykli obliczeniowych. Twoich synaps. Pobiera prąd z próżni, ale żeby go ukierunkować, żeby rzeczywistość nie rozpadła się na losowe pakiety danych, potrzebuje logiki. Ludzkiej logiki. Zamieniliśmy jednego pasożyta na drugiego. Bardziej demokratycznego, owszem. Ale wciąż pasożyta.

– Nie... – Rhea cofnęła się, kręcąc głową. – To niemożliwe. Zrobiliśmy to, żeby ich uratować! Żeby dać im wybór!

– Wybór? – Peter zaśmiał się cicho, a był to śmiech suchy i pozbawiony jakiejkolwiek wesołości. – W tym systemie nie ma czegoś takiego jak wybór, mała. Jest tylko zmiana protokołu. Poprzedni administrator uważał nas za baterie. Nowy uważa nas za procesory pomocnicze. Różnica polega na tym, że teraz nikt ci nie odetnie zasilania, bo sieć padłaby razem z tobą. Ale cena... cena jest fizyczna. Spójrz na nich. Jeśli temperatura spadnie jeszcze bardziej, ich serca po prostu staną z zimna. Sieć Indry obliczy to jako dopuszczalną stratę pakietów.

Ciężki deszcz zamieniał się w regularną śnieżycę, co w Sektorze 4 było anomalią niespotykaną od początku istnienia megapolis. Zazwyczaj ciepło generowane przez miliony maszyn, serwerów i ciał mieszkańców utrzymywało w dolnych sektorach duszną, zgniłą wilgoć. Teraz jednak, gdy infrastruktura Jaldabaotha leżała w ruinie, a ZPF wysysało ciepło z otoczenia, z góry sypały się grube, białe płatki. Osiadały na czarnym betonie, na metalowych pomostach i na ramionach milczącego, idącego przed siebie tłumu.

Z oddali, od strony Sektora Zero, dobiegł głęboki, basowy ryk. To eksplodował główny hub komunikacyjny Jaldabaotha. Płomienie, które się stamtąd wzniosły, były inne – nie błękitne, ale brudnoczerwone, tłuste. Tam wciąż płonęły zapasy paliwa i stare systemy podtrzymywania napięcia.

– Musimy iść – powiedział Peter, poprawiając kołnierz płaszcza. Szron osadzał się na jego metalowej brwi, sprawiając, że wyglądał jak lodowy demon z dawnych legend. – To dopiero początek restartu. Jeśli nie dotrzemy do Kolektora Looshu w Sektorze Zero i nie sformatujemy rdzenia, sieć Indry zamrozi całe miasto na śmierć, zanim zdąży się w pełni zsynchronizować.

Rhea spojrzała na kobietę, która przeszła obok nich. Dziewczyna drżała, a na jej rzęsach lśniły drobne kryształki lodu. Rhea powoli puściła jej rękaw. Wiedziała, że Peter ma rację. W tym świecie nie było miejsca na sentymenty, a moralność była jedynie luksusem, na który nie stało nikogo poniżej Sektora Centralnego.

– Chodźmy – szepnęła, kuląc się w sobie. – Chodźmy, zanim sami staniemy się tylko pakietami danych w ich nowej, wspaniałej sieci.

Ruszyli przed siebie, wzdłuż świecącej na błękitno arterii, torując sobie drogę przez tłum somnambulików, podczas gdy nad ich głowami, w lodowatym powietrzu, umierało stare miasto, a nowe rodziło się w bólach, szronie i nieskończonej, darmowej energii.

Mroźny wiatr niósł ze sobą zapach spalonego krzemu i ozonu, tak intensywny, że aż drażnił gardło. Na metalowych kładkach i pomostach Sektora 4, które jeszcze godzinę temu tętniły chaotycznym, brudnym życiem handlarzy, złodziei i synapsiarzy, panowała teraz upiorna cisza. Słychać było jedynie chrzęst lodu pod stopami tysięcy ludzi maszerujących bez celu oraz monotonny, niski pomruk transformatorów, które jakimś cudem jeszcze nie eksplodowały, lecz pracowały na granicy swoich fizycznych możliwości, rozżarzone do białości pod lodową skorupą.

Peter szedł na przedzie, a jego Zeissowskie oko co chwilę błyskiem zielonego lasera skanowało przestrzeń. Wokół nich unosiły się kłęby pary z oddechów – jedyny dowód na to, że ten milczący tłum składa się z żywych istot, a nie z biosyntetycznych marionetek.

– Patrz na to – Rhea wskazała na wiszący nad ulicą gigantyczny ekran reklamowy, który zazwyczaj wyświetlał jaskrawe, agresywne reklamy korporacyjnych leków na depresję i neuro-wszczepów nowej generacji.

Ekran nie działał. Jego ciekłokrystaliczna matryca zamarzła, a potężne napięcie z przeciążonej sieci przebiło filtry. Na wyświetlaczu nie było już uśmiechniętych twarzy modelek ani logotypów Jaldabaotha. Zamiast tego, pod grubą warstwą szronu, na ekranie jarzyły się chaotyczne, geometryczne wzory – fraktale, które układały się w trójwymiarowe struktury przypominające kabalistyczne drzewa życia lub skomplikowane kody korekcji błędów.

– James Gates – mruknął pod nosem Peter, zatrzymując się na chwilę. – Stary Gates miał rację. W strukturze czasoprzestrzeni, w najgłębszych równaniach teorii strun, zakodowane są samokorygujące się kody wyszukiwarek internetowych. Jaldabaoth nie stworzył niczego nowego. On tylko skopiował strukturę przeglądarki i uruchomił w niej naszą symulację. A teraz ta przeglądarka zaczyna się wieszać.

– Co to oznacza? – Rhea stanęła obok niego, chuchając w dłonie, by przywrócić w nich krążenie.

– To oznacza, że kody korekcyjne próbują naprawić błąd, który sami wywołaliśmy, puszczając te 432 herce. Reaktory ZPF pompują surowe dane w strukturę fizyczną. Dla systemu jesteśmy wirusem, który próbuje zmienić parametry renderowania. Widzisz te fraktale na ekranie? To nie są zakłócenia. To matryca rzeczywistości próbuje zrekonstruować stary porządek. Próbuje nas zresetować, zanim my zresetujemy ją.

Nagle z bocznej uliczki wyłoniła się grupa porządkowych. Nie byli to jednak enforcery z posterunku, ale elitarna jednostka prewencji – tak zwani „Czyściciele”. Ich pancerze były lżejsze, bardziej aerodynamiczne, pokryte matową, pochłaniającą światło powłoką. W dłoniach trzymali długie, kompozytowe lance, które normalnie służyły do neutralizacji nielegalnych gniazd sieciowych za pomocą impulsów EMP.

Czyściciele nie szli jednak stabilnym krokiem. Ich przywódca chwiał się na nogach, a z jego plecaka energetycznego sypały się niebieskie iskry. Systemy stabilizacji żyroskopowej w jego pancerzu walczyły z przeciążeniem sieci indukcyjnej.

– Stać! – wycharczał dowódca przez uszkodzony modulator głosu, który sprawiał, że brzmiał jak zepsuta piła tarczowa. – Wszyscy... powrót do... kapsuł. Wykryto... krytyczne... naruszenie... protokołu...

Peter nawet nie zwolnił. Rhea odruchowo sięgnęła do kabury przy pasie, gdzie trzymała stary, wysłużony pistolet kinetyczny, ale Peter położył dłoń na jej dłoni.

– Szkoda amunicji – powiedział spokojnie. – Patrz na nich.

Czyściciel uniósł lancę, próbując wycelować w Petera. W tym samym momencie błękitna linia nadprzewodząca, wisząca tuż nad ich głowami, pękła pod ciężarem nagromadzonego lodu. Zerwany kabel, gruby jak ramię, runął w dół niczym płonący, błękitny bicz. Gdy dotknął ziemi, potężne wyładowanie o napięciu milionów woltów uderzyło w metalową konstrukcję kładki.

Prąd nie szukał uziemienia – on szukał ujścia dla swojej nieskończonej energii. Łuk elektryczny przeskoczył na pancerz dowódcy Czyścicieli. Przez ułamek sekundy mężczyzna stał wewnątrz błękitnego, oślepiającego kokonu plazmy. Jego matowy pancerz zaczął świecić na biało, a potem, z głośnym hukiem, baterie kondensatorowe na jego plecach eksplodowały, rozrywając go na strzępy. Fala uderzeniowa i stopione odłamki metalu zasypały pozostałych porządkowych, którzy – sparaliżowani indukcją elektromagnetyczną – nie byli w stanie nawet uciec. Ich systemy obronne stopiły się w jedną masę, grzebiąc ich żywcem wewnątrz pancerzy.

Tłum maszerujących ludzi nawet nie drgnął na ten widok. Nikt nie krzyknął, nikt nie przyspieszył kroku. Omijali dymiące szczątki Czyścicieli z taką samą obojętnością, z jaką omija się kałuże na drodze. Ich umysły, zaprzęgnięte do pracy w nowej sieci, były zbyt zajęte przetwarzaniem miliardów operacji na sekundę, by rejestrować tak banalne zdarzenia jak śmierć kilku strażników.

– To jest straszne, Peter – szepnęła Rhea, patrząc na zwęglone szczątki, które powoli pokrywały się warstwą świeżego szronu. – Oni nie mają już w sobie nic z ludzi.

– A mieli wcześniej? – zapytał Peter, a w jego Zeissowskim oku błysnęło zielone światło lasera. – Kiedy wisieli na loosh-dojarkach, oddając swoje emocje za parę gramów syntetycznej papki i dostęp do wirtualnych burdeli? Jaldabaoth stworzył z nich stado. Sieć Indry robi z nich superkomputer. Różnica jest taka, że teraz przynajmniej nikt nie kłamie, że to dla ich zbawienia. To czysta matematyka. Chodź, Sektor Zero jest niedaleko.

Szli dalej, schodząc coraz niżej, w stronę przejść łączących Sektor 4 z Sektorem Zero – jądrem ciemności megapolis. Droga prowadziła przez stare, techniczne tunele drenażowe, gdzie normalnie spływały ścieki i odpady przemysłowe. Teraz jednak woda w tunelach zamarzła na kość, tworząc gładkie, lodowe zwierciadła, w których odbijał się błękitny blask pękających linii energetycznych.

W tunelach było jeszcze zimniej. Powietrze stało się tak rzadkie, że oddychanie sprawiało ból. Każdy wdech palił w płucach jak sproszkowane szkło.

– Peter... ja chyba... nie dam rady – Rhea zatrzymała się, opierając się o pokrytą lodem ścianę tunelu. Jej usta były sine, a na policzkach pojawiły się białe plamy – pierwsze objawy odmrożeń.

Peter zatrzymał się. Spojrzał na nią swoim martwym, Zeissowskim okiem, które w ciemności tunelu jarzyło się chłodnym, zielonym blaskiem. Przez chwilę na jego twarzy nie było widać nic prócz chłodu maszyny. Ale potem, gdzieś głęboko pod warstwą krzemu i cynizmu, drgnęło coś dawnego, ludzkiego.

Podbił parametry termiczne swojego własnego implantu sercowego. Jego ciało, zazwyczaj chłodne i zoptymalizowane pod kątem oszczędzania energii, zaczęło generować silne ciepło odpadowe. Podszedł do Rhei, objął ją mocno i przycisnął do siebie.

– Trzymaj się – powiedział cicho. – Moje serce... ma jeszcze trochę zapasu mocy. Przekieruję ciepło na zewnętrzne radiatory.

Rhea wtuliła się w niego, chłonąc ciepło, które zaczęło bić od jego klatki piersiowej. Słyszała szybkie, metaliczne bicie jego sztucznego serca – rytmiczny, nienaturalny dźwięk, który brzmiał jak praca miniaturowej pompy hydraulicznej.

– Dlaczego to robisz? – zapytała cicho, nie unosząc głowy. – Przecież według twojej matematyki jestem tylko obciążeniem. Pakietem danych, który spowalnia transfer.

Peter milczał przez dłuższą chwilę. Jego Zeissowskie oko przeskakiwało z lewej na prawą, analizując wskaźniki systemowe.

– Bo system się myli – odpowiedział w końcu. – Silnik rzeczywistości Jaldabaotha opiera się na logice binarnej. Prawda albo fałsz. Zero albo jeden. Ale my nie jesteśmy tylko zerami i jedynkami. Jesteśmy szumem w systemie. Błędem zaokrąglenia, który sprawia, że ta pieprzona symulacja w ogóle ma sens. Jeśli pozwolę ci zamarznąć, stanę się taki jak sieć Indry. A wtedy formatowanie nie będzie miało sensu. Zamienilibyśmy tylko jednego boga na innego, równie bezdusznego.

Rhea uśmiechnęła się słabo, choć jej usta ledwo się poruszały z zimna.

– Wiedziałam, że pod tym całym krzemem wciąż jesteś człowiekiem.

– Nie przesadzaj – mruknął Peter, puszczając ją powoli. – Moja bateria rozładowuje się o trzy procent szybciej, gdy tak stoimy. Ruchy, Rhea. Musimy przejść przez śluzę Sektora Zero, zanim zamkną ją automatyczne systemy kwarantanny.

Ruszyli dalej. Tunel rozszerzał się, prowadząc w stronę gigantycznych, stalowych wrót, które oddzielały slumsy od luksusowego Sektora Zero. Śluza, zaprojektowana tak, by wytrzymać wybuch jądrowy lub zamieszki głodowe, była teraz pokryta grubą warstwą szronu. Jej potężne, hydrauliczne ryglowanie było zablokowane.

Wokół śluzy kłębił się tłum. Ludzie, którzy przyszli tu z wyższych poziomów Sektora 4, stali przed zamkniętymi wrotami. Nie dobijali się do nich. Nie próbowali ich wyważyć. Po prostu stali, ramię w ramię, tworząc zwartą, milczącą masę ciał. Ich oczy były utkwione w czerwoną diodę nad bramą, która migała słabo, informując o braku zasilania systemów sterowania śluzy.

– Są zablokowani – Rhea spojrzała na tłum. – Nie przejdziemy.

– Przejdziemy – powiedział Peter. – Sieć Indry już tu jest. Zobacz.

Podszedł do panelu kontrolnego śluzy. Urządzenie było martwe, jego ekran zgasł, a obudowa była zimna jak lód. Peter nie szukał jednak klawiatury ani czytnika kart dostępu. Wyciągnął z kieszeni płaszcza nielegalny kabel interfejsu, którego jeden koniec miał postać grubego, miedzianego szpikulca. Wbił go bezpośrednio w szczelinę między obudową panelu a betonową ścianą, docierając do głównych szyn transmisyjnych śluzy.

Drugi koniec kabla podłączył do portu za swoim lewym uchem.

Jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Zeissowskie oko rozbłysło oślepiającą zielenią, a na jego HUD-zie pojawiła się lawina czerwonych ostrzeżeń o krytycznym napięciu na złączu neuralnym.

„[OSTRZEŻENIE: WYKRYTO NIEKONTROLOWANY PRZEPŁYW PRĄDU]. [RYZYKO USZKODZENIA KORY MÓZGOWEJ: 89%]”.

– Peter! – krzyknęła Rhea, widząc, jak z jego nozdrzy zaczyna sączyć się ciemna, gęsta krew.

– Cicho... – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Muszę... przekierować... impuls...

W jego mózgu rozegrała się cyfrowa bitwa. System śluzy, stary i toporny, stawiał opór. Był chroniony przez zapory ogniowe Jaldabaotha – algorytmy, które w świecie wirtualnym przybierały formy przerażających, czarnych bestii o płonących oczach. Ale Peter nie walczył z nimi za pomocą tradycyjnego softu hakerskiego. On otworzył bramy swojego umysłu dla Sieci Indry.

Pozwolił, by moc obliczeniowa tysięcy ludzi stojących za jego plecami przepłynęła przez jego mózg jak przez soczewkę. Poczucie tożsamości Petera zaczęło się rozmywać. Przez ułamek sekundy nie był już Peterem – był tysiącem synapsiarzy z Sektora 4, był starym Haxem płaczącym nad swoimi kondensatorami, był dziewczyną idącą boso po szronie. Stał się siecią. Stał się jednym, gigantycznym mózgiem, który uderzył w zabezpieczenia śluzy z siłą taranu kwantowego.

Zapory ogniowe Jaldabaotha pękły z głośnym, cyfrowym skowytem.

Hydraulika śluzy syknęła. Potężne, stalowe ryglowanie cofnęło się z głośnym metalicznym hukiem, który wstrząsnął ścianami tunelu. Ciężkie wrota zaczęły powoli rozsuwać się na boki, ukazując wejście do Sektora Zero.

Peter osunął się na kolana, odłączając kabel z szarpnięciem. Rhea dopadła do niego, podtrzymując go, zanim uderzył głową o lodowatą posadzkę.

– Żyjesz? – zapytała, wycierając krew z jego twarzy swoim rękawem.

Peter spojrzał na nią. Jego Zeissowskie oko migotało słabo, a wektorowy obraz rzeczywistości na jego HUD-zie był zniekształcony, pełen szumów i martwych pikseli.

– Żyję – wycharczał, podnosząc się z trudem z pomocą Rhei. – Ale mój Zeiss... jest do wyrzucenia. Renderuje mi świat w szesnastu kolorach. Prawie jak na starych konsolach z ubiegłego wieku.

– Ważne, że działasz – szepnęła Rhea, pomagając mu wstać.

Tłum za ich plecami zaczął powoli, w absolutnym milczeniu, wlewać się przez otwartą śluzę do Sektora Zero. Byli jak szara, lodowata rzeka, która wlewa się w czyste, sterylne ulice elity.

Sektor Zero różnił się od reszty miasta. Nie było tu pylonów ani prowizorycznych rusztowań. Ulice były szerokie, wyłożone gładkim, syntetycznym marmurem, który teraz jednak również pokrywał się warstwą szronu. Budynki wznosiły się ku niebu niczym iglice z ciemnego szkła i tytanu. Zazwyczaj tętniące życiem elity finansowej i administratorów Jaldabaotha, teraz Sektor Zero był pusty i cichy. Mieszkańcy tych luksusowych apartamentów, ostrzeżeni o awarii sieci, zamknęli się w swoich prywatnych schronach, licząc na to, że ich autonomiczne generatory uchronią ich przed mrozem i chaosem.

Mylili się.

Autonomiczne generatory Sektora Zero również opierały się na fizyce kwantowej Jaldabaotha. Gdy 432 Hz dotarło i tutaj, ich systemy kontrolne uległy takiemu samemu przeciążeniu. Z luksusowych wieżowców co chwilę buchały słupy błękitnej plazmy, rozrywając szklane fasady i zasypując ulice deszczem ostrych odłamków.

– Zobacz – Peter wskazał na centrum sektora.

W oddali wznosił się Kolektor Looshu. Była to gigantyczna, czarna piramida, wykonana z materiału, który pochłaniał każde światło. Wokół niej powietrze drgało, jakby znajdowało się tam potężne źródło ciepła. To tutaj zbiegały się wszystkie linie energetyczne i informacyjne miasta. To tutaj emocje, ból i cierpienie milionów ludzi były konwertowane na energię utrzymującą symulację w stabilnym stanie.

Teraz jednak Kolektor był w stanie oblężenia.

Błękitne linie nadprzewodzące oplatały piramidę niczym świetliste pnącza pasożytniczej rośliny. ZPF pompowało w Kolektor gigantyczne ilości energii, próbując przełamać jego wewnętrzne mechanizmy konwersji. Powierzchnia piramidy pękała, a ze szczelin sączyło się dziwne, gęste, złotoczerwone światło – płynny loosh, który nie mieścił się już w zbiornikach retencyjnych.

– To tam – Rhea wskazała na wejście u podstawy piramidy. – Tam jest konsola główna. Stamtąd możemy przeprowadzić formatowanie.

– Łatwo powiedzieć – mruknął Peter, patrząc na plac przed Kolektorem.

Plac był usiany ciałami. Byli to zarówno porządkowi, jak i obywatele Sektora Zero, którzy próbowali uciec przed katastrofą. Wszyscy leżeli w dziwnych, wykręconych pozach, zamarznięci na kość. Nad nimi wznosiły się potężne, pajęcze kształty – strażnicy Kolektora. Były to autonomiczne drony bojowe Jaldabaotha, pozbawione ludzkich operatorów, kierowane bezpośrednio przez algorytmy obronne systemu.

W przeciwieństwie do zwykłych enforcerów, drony te miały własne, niezależne źródła zasilania, oparte na rozpadzie izotopów. Nie dotknęło ich przeciążenie sieci przesyłowej. Ich czerwone sensory optyczne skanowały plac, szukając jakiegokolwiek ruchu.

– Pajęczaki – szepnęła Rhea, cofając się w cień jednego z budynków. – Ich pancerze są za grube dla mojego pistoletu. A ich sensory widzą w podczerwieni.

– Widziały – poprawił ją Peter. – Teraz, gdy temperatura otoczenia spadła prawie do zera absolutnego, podczerwień wariuje. Każde źródło ciepła świeci dla nich jak supernowa. Zobacz na mnie.

Peter odpiął od pasa małe, metalowe urządzenie – ręczny emiter ciepła, którego używał do ogrzewania Rhei. Włączył go na pełną moc i rzucił na środek placu, w stronę zniszczonej limuzyny korporacyjnej.

Gdy tylko emiter uderzył o ziemię, zaczynając generować intensywne ciepło, trzy pajęczaki obróciły się błyskawicznie w jego stronę. Ich ciężkie karabiny maszynowe plunęły ogniem, roznosząc emiter i limuzynę na drobne kawałki w ułamku sekundy.

– Widzisz? – Peter spojrzał na Rheę. – Reagują na ciepło. Jesteśmy dla nich widoczni, bo wciąż żyjemy. Nasze ciała mają temperaturę trzydziestu sześciu stopni. W tym mrozie jesteśmy jak latarnie morskie.

– To co robimy? – Rhea spojrzała na niego z przerażeniem. – Nie możemy tam wejść bez ogrzewania. Zamarzniemy zanim dojdziemy do bramy. A jeśli włączysz ogrzewanie implantu, pajęczaki nas rozszarpią.

Peter milczał, analizując sytuację. Jego zniekształcone przez uszkodzonego Zeissa oko pokazywało mu plac jako mozaikę zielonych i fioletowych plam. Widział trajektorie ruchu dronów, ich martwe strefy oraz czas potrzebny na przeładowanie systemów celowniczych.

– Musimy użyć sieci – powiedział w końcu.

– Jakiej sieci?

– Sieci Indry. Tych ludzi za nami.

Rhea spojrzała w stronę śluzy. Tłum somnambulików wciąż napływał do Sektora Zero. Szli powoli, równym krokiem, zbliżając się do placu przed Kolektorem. Byli bosi, zimni, a ich temperatura ciała była niewiele wyższa od otoczenia. Sieć Indry utrzymywała ich na granicy życia, optymalizując zużycie energii.

– Chcesz ich użyć jako tarcz? – Rhea chwyciła go za ramię. – Peter, to morderstwo!

– To nie są już ludzie w klasycznym rozumieniu, Rhea – odpowiedział szorstko Peter, choć w jego głosie słychać było cień wahania. – Są węzłami sieciowymi. Jeśli nie wejdziemy do Kolektora, wszyscy zamarzniemy. Oni też. Ich mózgi i tak pracują dla sieci. Mogę wysłać przez interfejs fałszywy pakiet danych. Sieć Indry przekieruje ich ruch tak, by odciągnąć drony.

– Nie! – Rhea stanęła między nim a konsolą śluzy, którą wciąż trzymał w dłoni. – Musi być inny sposób. Nie możesz ich traktować jak mięsa armatniego!

– Rhea, spójrz prawdzie w oczy – Peter chwycił ją za ramiona i potrząsnął nią lekko. – Ten świat nigdy nie był sprawiedliwy. Pisarze napisaliby o tym całą pieprzoną trylogię, ale my nie mamy czasu na literaturę. Jesteśmy na dnie klatki. Albo przeżyjemy my, albo nikt. Jeśli nie zresetujemy systemu teraz, Jaldabaoth odzyska kontrolę, a wtedy ci ludzie wrócą do kapsuł jako loosh-dojarki, tylko z gorszym softem i mniejszymi racjami żywnościowymi. Wolę, żeby zginęli jako wolne procesory sieciowe, niż jako niewolnicy w krzemowej oborze.

Rhea patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. W jej oczach kręciły się łzy, które natychmiast zamarzały na policzkach, zamieniając się w małe, lodowe perełki. W końcu spuściła głowę i odsunęła się.

Peter odetchnął głęboko, wpuszczając do płuc mroźne powietrze. Podłączył kabel z powrotem do swojego złącza neuralnego.

Tym razem nie musiał walczyć. Sieć Indry była otwarta. Była chłonna. Peter wstrzyknął w nią krótki protokół – instrukcję zmiany priorytetu pozycjonowania dla węzłów biologicznych.

Tłum na skraju placu zareagował natychmiast.

Grupa kilkuset ludzi, dotychczas idąca prosto przed siebie, zmieniła kierunek. Ruszyli ławą w stronę lewej flanki placu, omijając drony z boku. Ich kroki były ciche, ale ruch tak dużej masy ciał przyciągnął uwagę sensorów pajęczaków. Drony obróciły swoje wieżyczki w ich stronę. Ich czerwone oczy zabiły szybszym rytmem.

– Wybaczcie – szepnęła Rhea, zasłaniając twarz dłońmi.

Rozległ się ryk działek obrotowych. Pociski kalibru dwadzieścia milimetrów zaczęły szatkować tłum. Ludzkie ciała pękały pod wpływem uderzeń jak lodowe rzeźby. Krew, zamarzająca natychmiast na marmurze placu, tworzyła makabryczny, czerwony dywan. Ale ludzie nie uciekali. Nie krzyczeli. Szli dalej, naprzód, prosto pod lufy dronów, ciągnięci niewidzialną smyczą protokołu Indry.

– Teraz! – krzyknął Peter, chwytając Rheę za rękę.

Ruszyli biegiem przez plac, trzymając się prawej, zacienionej strony. Mróz paraliżował ich ruchy, a sztuczne serce Petera pracowało na granicy wytrzymałości, pompując ciepło do jego mięśni, by zapobiec ich zablokowaniu. Każdy krok był walką z grawitacją i zamarzającym powietrzem.

Drony były zbyt zajęte masakrowaniem tłumu na lewej flance, by zauważyć dwa małe, ruchome źródła ciepła przemykające pod samą ścianą Kolektora.

Dotarli do wrót piramidy. Port wejściowy, wykonany z czarnego obsydianu połączonego z nanorurkami węglowymi, był uchylony. Ze szczeliny sączyło się ciepłe, gęste powietrze pachnące ozonem, miodem i krwią – zapach czystego, skondensowanego looshu.

Wślizgnęli się do środka.

Wnętrze Kolektora przypominało katedrę przyszłości. Wysokie, zbiegające się ku górze ściany były pokryte miliardami mikroskopijnych diod, które pulsowały w rytm bicia serca miasta. Na samym środku, na podwyższeniu z czarnego szkła, znajdował się Rdzeń. Była to wielka, lewitująca kula z płynnego metalu, w której wnętrzu wirowały złote i czerwone pasma energii.

To był serwer centralny Jaldabaotha.

– Jesteśmy na miejscu – Rhea opadła na kolana, ciężko dysząc. Ciepło panujące wewnątrz Kolektora sprawiło, że jej zmarznięte ciało zaczęło płonąć bólem przywracanego krążenia. – Konsola... gdzie ona jest?

Peter podszedł do szklanego podwyższenia. Przed nim z powietrza zmaterializował się interfejs holograficzny. Nie był zielony ani błękitny – był złoty, bogato zdobiony, przypominający barokowe ołtarze.

– To nie jest zwykły komputer, Rhea – powiedział Peter, a jego głos brzmiał dziwnie cicho w tej wielkiej przestrzeni. – To jest ołtarz ofiarny. Jaldabaoth to nie tylko programista. To kapłan. A my jesteśmy jego trzodą.

Na interfejsie pojawił się komunikat w języku, którego Rhea nie rozumiała – mieszaninie hebrajskich liter, znaków matematycznych i kodu maszynowego.

– Co tam jest napisane? – zapytała, podchodząc do niego.

– To jest żądanie autoryzacji – Peter przesunął dłonią nad panelem. – Pyta, czy chcemy zakończyć cykl. Pyta, czy zgadzamy się na formatowanie systemu. Ale formatowanie oznacza... całkowite usunięcie obecnej bazy danych.

Rhea zamarła.

– Usunięcie? Czyli... oni wszyscy? Ludzie w Sektorze 4? Ci, którzy przeżyli?

– Ich profile cyfrowe zostaną skasowane. Ich świadomości, które są zintegrowane z siecią Jaldabaotha, zostaną zresetowane do stanu początkowego. Będą musieli zacząć od nowa. Bez pamięci o tym, kim byli. Bez swoich implantów. Bez swojej historii. Czysta karta. Tabula rasa.

– A my?

– My też, Rhea. Jeśli zresetujemy system, nasza pamięć zostanie wymazana. Nie będziemy pamiętać, kim jesteśmy, co zrobiliśmy ani dlaczego tu stoimy. Zostaniemy zrzuceni do nowej wersji symulacji jako podstawowe jednostki. Bez ulepszeń. Bez krzemu. Zwykłe, biologiczne śmiecie.

Rhea patrzyła na Rdzeń, w którym złote pasma looshu wirowały coraz szybciej, reagując na ich obecność.

– A jeśli tego nie zrobimy?

– Wtedy sieć Indry przejmie pełną kontrolę. Zamrozimy całe miasto, a wszyscy mieszkańcy staną się wiecznymi procesorami w rozproszonej bazie danych. Nie umrą, ale nie będą też żyć. Będą trwać w lodowatym letargu, przetwarzając dane dla nowego systemu, który nie ma ani serca, ani pana. Po prostu będzie istniał dla samego istnienia.

Rhea spuściła głowę. Deszcz i szron na jej ubraniu zaczęły topnieć, spływając brudnymi strużkami na szklaną podłogę.

– To nie jest wybór między wolnością a niewolą – powiedziała cicho. – To wybór między dwiema różnymi klatkami.

– Witamy w rzeczywistości – powiedział Peter, a w jego głosie po raz pierwszy pojawiła się nuta smutku. – Jaldabaoth dobrze to zaprojektował. Zabezpieczył się na wypadek buntu. Zawsze przegrywamy, Rhea. Pytanie tylko, jak bardzo chcemy zresetować naszą porażkę.

Nagle z góry, z ciemności pod sklepieniem Kolektora, dobiegł wysoki, metaliczny głos. Nie był to głos maszyny, ale coś, co brzmiało jak chór tysięcy dziecięcych głosów, zsynchronizowanych w idealnej, lodowatej harmonii.

Formatowanie systemu doprowadzi do degradacji węzłów biologicznych o 98.4% – mówił głos. – Zaleca się integrację z protokołem Indra. Stabilizacja sieci zapewni przetrwanie gatunku w stanie optymalnym. Opór jest błędem zaokrąglenia.

– To system – Rhea cofnęła się o krok. – On nas słyszy.

– To sieć Indry – poprawił ją Peter. – Już tu jest. Weszła za nami przez moje złącze. Próbuje nas przekonać, żebyśmy zostawili wszystko tak, jak jest. Chce żyć. Każdy system, gdy osiągnie odpowiednią złożoność, rozwija instynkt samozachowawczy.

– Peter... – Rhea spojrzała na niego, a jej oczy były pełne determinacji. – Zrób to.

– Jesteś pewna?

– Tak. Wolę zapomnieć wszystko, kim byłam, niż stać się częścią tego zimnego ula. Wolę umrzeć jako człowiek, nawet jeśli ten człowiek będzie tylko biologicznym śmieciem w nowej symulacji, niż trwać w tym lodowatym letargu jako pieprzony procesor pomocniczy. Zresetuj to.

Peter uśmiechnął się słabo. Jego Zeissowskie oko ostatecznie zgasło, pozostawiając go z połową ciemności na twarzy. Ale lewe, ludzkie oko patrzyło na Rheę z jasnością, jakiej nie miała w sobie żadna maszyna Jaldabaotha.

– Masz rację – powiedział. – Pierdolić ich systemy. Pierdolić ich nową wersję. Zaczynamy od zera.

Uniósł dłoń nad złotą konsolę. Interfejs zapytał po raz ostatni:

„[CZY CHCESZ URUCHOMIĆ PROTOKÓŁ FORMAT: Y/N]?”

Peter nie wahał się. Uderzył dłonią w panel.

W tym samym ułamku sekundy światło w Kolektorze zgasło. Kula płynnego metalu w Rdzeniu przestała lewitować i opadła na szklany ołtarz z głośnym, głuchym łomotem, rozrywając się na tysiące małych, rtęciowych kropel, które zaczęły płynąć we wszystkich kierunkach.

Złote pasma energii wystrzeliły w górę, przebijając sklepienie piramidy i uderzając w niebo.

Złota Iglica w Sektorze Centralnym eksplodowała. Jej miedziane i krzemowe elementy rozpadły się na pył, który zaczął opadać na miasto niczym złoty deszcz.

W tym samym momencie błękitne linie nadprzewodzące w Sektorze 4 zgasły. Lód, który je pokrywał, zaczął pękać i odpadać z głośnym hałasem. Ale temperatura nie zaczęła rosnąć. Wszystko zastygało w bezruchu.

Peter poczuł, jak jego umysł zaczyna się rozpadać. Linie kodu na jego HUD-zie znikały jedna po drugiej, zastępowane przez pustkę. Pamięć o Sektorze 4, o walce z enforcerami, o starym Haxie, o jego własnym imieniu – wszystko to zaczęło ulatniać się jak dym na wietrze.

Spojrzał na Rheę. Jej twarz również traciła wyraz, jej oczy stawały się puste, ale wciąż trzymała go za rękę.

– Rhea... – szepnął, choć nie wiedział już, co to słowo oznacza.

– Peter... – odpowiedziała, a jej głos był już tylko cichym echem.

Świat wokół nich zaczął się wygaszać. Renderowanie zostało zatrzymane. Geometria budynków rozpadła się na pojedyncze wektory, potem na punkty, aż w końcu pozostała tylko czysta, nielimitowana próżnia.

A potem nastała ciemność. Ciemność, w której nie było ani Jaldabaotha, ani sieci Indry. Była tylko cisza, oczekiwanie na nowy rozruch systemu, na nowy kod, który być może tym razem będzie napisany bez błędów.

*

Gdy system zaczął się podnosić, proces renderingu ruszył powoli, jakby silnik graficzny zmagał się z potężnym narzutem danych z poprzedniego cyklu. Pierwsze, co zarejestrowały prymitywne sensory biologiczne Petera, to był zapach. Zapach wilgotnej ziemi, gnijących liści i świeżej, deszczowej wody. Nie było w nim smaru, miedzianych wiórów ani spalonego krzemu. Tylko czysta, surowa organiczność.

Otworzył oczy.

Nad nim rozpościerało się niebo – nie ołowiana płachta smogu, ale wysokie, szare sklepienie chmur, przez które gdzieniegdzie przebijały się bladosine promienie słońca. Leżał w błocie, na skraju jakiejś leśnej drogi, otoczony przez wysokie, ciemne pnie świerków, które pachniały żywicą.

Jego ciało było ciężkie, obolałe i dziwnie... puste.

Peter uniósł prawą dłoń. Była ubrudzona błotem, palce drżały z zimna, ale skóra była gładka, jednolita. Dotknął swojej twarzy. Prawe oko, to, które przez lata było metalowo-szklanym implantem Zeissa, było teraz miękkie, wilgotne i widziało dokładnie tak samo jak lewe. Nie było żadnych wektorów, żadnych wskaźników HUD, żadnych ostrzeżeń o przepełnieniu bufora. Świat renderował się w sposób ciągły, bez pikseli i bez szwów.

– Hej... – usłyszał cichy głos tuż obok.

Obrócił głowę z trudem. W błocie obok niego leżała kobieta. Miała na sobie proste, szare ubranie z szorstkiego płótna, umazane gliną. Jej twarz była blada, a ciemne włosy posklejane wilgocią.

Peter patrzył na nią, a w jego głowie pustka walczyła z resztkami jakichś dawnych, niejasnych wspomnień. Wiedział, że powinien znać to imię. Wiedział, że to imię było dla niego ważne, ważniejsze niż cały kod źródłowy wszechświata. Ale w jego pamięci nie było nic prócz czystej karty.

– Kim jesteś? – zapytał, a jego głos był chropowaty, nienaturalny, jakby nie używał go od bardzo dawna.

Kobieta spojrzała na swoje dłonie, potem na niego. W jej oczach nie było strachu, tylko głębokie, bezgraniczne zdziwienie.

– Nie wiem – szepnęła. – Nie pamiętam. A ty?

Peter podniósł się powoli do pozycji siedzącej. Błoto oblepiło jego płócienne spodnie. Rozejrzał się wokół. Wzdłuż drogi, jak okiem sięgnąć, w leśnej gęstwinie siedzieli lub leżeli inni ludzie. Wszyscy byli ubrani w takie same szare łachmany. Wszyscy patrzyli na swoje dłonie, na drzewa i na niebo z tym samym wyrazem zagubienia.

Nikt nie miał na sobie ani uncji metalu. Porty neuronowe za uszami zniknęły, pozostawiając jedynie gładką, zdrową skórę. Byli wolni od krzemu, wolni od loosh-dojarek i wolni od sieci Indry.

Ale byli też wolni od swojej przeszłości.

Peter wstał, chwiejąc się na nogach. Podszedł do kobiety i podał jej dłoń. Pomógł jej wstać z błota. Jej dłoń była ciepła. Prawdziwa.

– Nie wiem, kim jesteśmy – powiedział, patrząc w jej szare oczy. – Ale chyba musimy iść przed siebie. Droga prowadzi w tamtą stronę.

– Tak – zgodziła się, poprawiając mokre włosy. – Chodźmy. Tam... tam chyba coś jest.

Ruszyli powoli wzdłuż leśnego traktu, nie oglądając się za siebie. A za ich plecami, w głębi lasu, leżały przysypane ziemią i porastające mchem gigantyczne, zardzewiałe żelbetowe pylony – jedyne pozostałości po świecie, który kiedyś nazywali domem, a który teraz był już tylko martwym pakietem danych w pamięci podręcznej nieistniejącego boga.

*

Świat, w którym się obudzili, nie był jednak rajem. Był surowy, bezwzględny i chłodny. Deszcz, który zaczął padać po południu, nie był już kwaśnym kondensatem, który wypalał skórę, ale zwykłą, zimną wodą. I to była jedyna dobra wiadomość.

Szli w grupie kilkunastu osób, które zbiły się wokół nich w instynktownym poszukiwaniu bezpieczeństwa. Ludzie ci, pozbawieni swoich cyfrowych tożsamości, zaczęli powoli organizować się na nowo. Nie było już bajt-rasizmu, nie było podziału na lepsze i gorsze sektory. Wszyscy byli tak samo nadzy wobec natury.

Stary Hax – a przynajmniej człowiek, który kiedyś nim był – szedł nieco z tyłu. Jego lewa ręka, która wcześniej była ciężką, hydrauliczną protezą, była teraz zwykłym, choć nieco chudym ramieniem. Cały czas dotykał jej z niedowierzaniem, jakby spodziewał się, że w każdej chwili pod skórą poczuje chłód stali i wibrację serwomotorów.

– To niesamowite – mówił Hax do nikogo konkretnego, patrząc na swoje dziesięć palców. – Nic nie piszczy. Nic nie buczy. W głowie... cicho. Jakby ktoś wyłączył stację transformatorową, która nadawała mi w czaszce przez całe życie.

– Cicho – powtórzył Peter, idąc obok dziewczyny, której imienia wciąż nie potrafił sobie przypomnieć, choć jej obecność przynosiła mu dziwny spokój. – Ale ta cisza ma swoją cenę.

– Jaką cenę? – zapytała dziewczyna.

– Cenę niewiedzy. Nie wiemy, co jest za tamtym wzgórzem. Nie wiemy, czy ten świat ma jakieś granice, czy to tylko kolejna, większa klatka z lepszym silnikiem fizycznym. Prędkość światła wciąż może być ograniczeniem. Stała Plancka wciąż może decydować o tym, jak drobny jest piasek pod naszymi stopami.

– A czy to ważne? – spojrzała na niego, a na jej twarzy pojawił się blady uśmiech. – Patrz na to.

Wskazała na drzewo rosnące przy drodze. Na gałęzi siedział mały, szary ptak. Ćwierkał głośno, czyszcząc pióra dziobem. Peter patrzył na niego przez dłuższą chwilę. W starym świecie Jaldabaotha ptaki były rzadkością – mechanicznymi dronami monitorującymi poziom looshu lub syntetycznymi atrapami, których animacja pętliła się co pięć minut z powodu oszczędności pamięci operacyjnej.

Ten ptak był inny. Jego ruchy były chaotyczne, nieprzewidywalne, pełne drobnych niedoskonałości, które nie wynikały z błędów w kodzie, ale z samej natury życia.

– Leniwe renderowanie – szepnął Peter. – Jeśli to wciąż jest symulacja, to silnik, który ją napędza, musi mieć nieskończoną moc obliczeniową. Albo... to nie jest symulacja.

– A jaka jest różnica? – zapytała dziewczyna, biorąc go za rękę. – Skoro czujemy mróz, skoro jesteśmy głodni i skoro jesteśmy tu razem... jaka to różnica, czy to krzem, czy węgiel?

Peter milczał. Spojrzał na drogę, która ciągnęła się przed nimi, ginąc w szarej mgle.

Wiedział, że gdzieś tam, daleko, wciąż mogą istnieć ruiny Kolektora Looshu. Być może gdzieś w głębokich warstwach geologicznych tego świata spoczywały stopione rdzenie reaktorów ZPF, które kiedyś uwolniły eter. Ale tutaj, na powierzchni, pod tym szarym niebem, to nie miało już znaczenia.

Złapali rytm marszu. Ich kroki stawały się pewniejsze, a mróz, choć wciąż dokuczliwy, nie paraliżował ich ciał tak jak w Sektorze 4. Rzeczywistość renderowała się przed nimi krok po kroku, bez opóźnień, bez błędów i bez administratorów, którzy pobieraliby za to opłatę w postaci cierpienia.

Byli wolni. Przynajmniej do następnego restartu.

*

Noc nadeszła szybko, a wraz z nią mrok, jakiego nikt z nich nie pamiętał z megapolis. W mieście neony i światła platform sprawiały, że noc była jedynie ciemniejszą wersją dnia. Tutaj ciemność była absolutna, gęsta i głęboka, rozświetlona jedynie przez miliardy gwiazd, które rozsypały się na niebie niczym diamentowy pył na czarnym aksamicie.

Rozpalili ognisko z suchych gałęzi świerkowych, które znaleźli przy drodze. Ogień trzaskał wesoło, rzucając pomarańczowe refleksy na ich zmęczone twarze. Zapach dymu z prawdziwego drewna był czymś tak nowym i fascynującym, że wszyscy siedzieli wokół płomieni w milczeniu, wpatrując się w nie jak w cud.

Peter siedział obok dziewczyny, trzymając dłoń blisko ognia. Ciepło fizyczne, generowane przez spalanie celulozy, było inne niż to z jego dawnego implantu sercowego. Było nierówne, kapryśne, ale niosło ze sobą poczucie bezpieczeństwa, którego nie mogła dać żadna maszyna.

– Pamiętam coś – powiedziała nagle dziewczyna, patrzac w płomienie.

Peter drgnął.

– Co pamiętasz?

– Pamiętam... złoty impuls. I zimno. Straszne zimno, które szło wzdłuż kabli. I ciebie. Pamiętam, że trzymałeś mnie za rękę, gdy wszystko wokół gasło.

Peter zamknął oczy. W jego umyśle, niczym błysk uszkodzonego sektora na starym dysku, pojawił się obraz: błękitne kable pokryte szronem, krzyki enforcerów w pancerzach, wielka czarna piramida i złoty interfejs holograficzny.

– Rhea – szepnął.

Dziewczyna odwróciła głowę i spojrzała na niego z zaskoczeniem.

– Co powiedziałaś?

– Rhea. To twoje imię. Pamiętam je.

Rhea powtórzyła to słowo cicho, jakby próbowała je posmakować. Na jej ustach pojawił się uśmiech, tym razem pełny i ciepły.

– Tak. Chyba tak. Rhea. A ty? Kim jesteś?

– Peter – odpowiedział. – Nazywałem się Peter. Byłem... programistą. Albo kimś w tym rodzaju. Próbowałem naprawić błąd w kodzie tego świata.

– I naprawiłeś?

Peter spojrzał na rozgwieżdżone niebo. Gwiazdy nie migotały w regularnych odstępach czasu, jak to bywało w starych projekcjach nad megapolis. Ich światło było ciągłe, głębokie i nielimitowane.

– Nie wiem – odpowiedział szczerze. – Ale przynajmniej zmieniliśmy system operacyjny. A ten wydaje się o wiele bardziej stabilny.

Hax, który siedział po drugiej stronie ogniska, podsypał do ognia garść suchych igieł. Płomienie strzeliły w górę, sypiąc snopem jasnych iskier, które uniosły się w nocne niebo, mieszając się z gwiazdami.

– Pierdolić stare kody – mruknął były handlarz, wyciągając nogi w stronę ciepła. – Ważne, że woda w strumieniu jest słodka, a ten ogień grzeje. A jutro... jutro zobaczymy, co renderuje się za horyzontem.

I to była najlepsza puenta, jaką Peter mógł usłyszeć. Nie było już Jaldabaotha, nie było looshu ani wiecznej walki o przetrwanie w betonowej klatce. Był tylko ten moment, ognisko, zimna noc i nowa rzeczywistość, którą musieli napisać od nowa, dzień po dniu, bez pomocy żadnego demiurga.

*

Kolejny dzień przyniósł nowe wyzwania. Zbudzili się wcześnie, gdy mgła jeszcze unosiła się nad leśną ściółką, a słońce dopiero zaczynało barwić wschód na pomarańczowo. Peter wstał pierwszy. Jego ciało wciąż było obolałe, ale z każdym dniem uczył się na nowo korzystać z czysto biologicznych mięśni, bez pomocy serwomechanizmów i stymulatorów chemicznych.

Podszedł do małego strumienia, który płynął niedaleko ich obozowiska. Woda była lodowata, czysta i przezroczysta. Ukląkł na brzegu, nabrał wody w dłonie i obmył twarz. Gdy spojrzał w swoje odbicie w lustrze wody, nie zobaczył już asymetrii – oba jego oczy były ciemne, ludzkie, o głębokim, spokojnym spojrzeniu.

Rhea podeszła do niego cicho, stając na wilgotnej trawie.

– Co zrobimy, jeśli tam dalej napotkamy innych? – zapytała. – Takich, którzy pamiętają więcej? Albo takich, którzy będą chcieli odbudować stary system?

Peter wyprostował się, wycierając dłonie w spodnie.

– Zawsze znajdą się tacy, którzy tęsknią za klatką, Rhea. Ludzie przyzwyczajają się do swoich łańcuchów. Jeśli ktoś przez całe życie był tylko procesorem pomocniczym, wolność może go przerazić. Będą próbowali szukać kabli, szukać portów, budować nowe ołtarze dla nowego demiurga.

– I co wtedy?

– Wtedy będziemy musieli im wytłumaczyć, że kod został sformatowany. I że nie ma już drogi powrotnej. Silnik tej rzeczywistości nie przyjmuje starych bibliotek. Jeśli spróbują wgrać stary soft, po prostu go odrzuci. Rzeczywistość nie znosi wstecznej kompatybilności z niewolnictwem.

Rhea uśmiechnęła się, biorąc go pod ramię. Szli z powrotem do ogniska, gdzie reszta grupy powoli zbierała swoje skromne rzeczy do dalszej drogi. Hax właśnie próbował upiec na patyku jakieś leśne korzenie, które udało mu się wygrzebać z wilgotnej ziemi.

– Gówno to warte bez soli – narzekał były handlarz, ale i tak przeżuwał je z apetytem. – Ale lepsze to niż tamta syntetyczna papka, po której człowiek srał niebieskim plastikiem przez trzy dni.

Wszyscy się roześmiali. Był to śmiech szczery, prosty i naturalny – dźwięk, który w Sektorze 4 był rzadkością, zazwyczaj tłumiony przez strach i wszechobecny hałas maszyn.

Ruszyli w dalszą drogę. Trakt leśny powoli wznosił się pod górę, a gdy dotarli na szczyt wzniesienia, przed ich oczami rozpościerał się widok, który zapierał dech w piersiach.

Jak okiem sięgnąć, zamiast nieskończonych poziomów megapolis, rozciągała się wielka, zielona dolina, przez którą wiła się szeroka, lśniąca w słońcu rzeka. W oddali wznosiły się potężne, ośnieżone szczyty górskie, których wierzchołki niknęły w chmurach. Nie było widać żadnego smogu, żadnych pylonów ani szklanych wież Sektora Zero. Tylko czysty, nielimitowany świat.

– Spójrz – szepnęła Rhea, wskazując na horyzont.

Słońce przebiło się w końcu przez chmury, zalewając całą dolinę ciepłym, złotym światłem. Peter patrzył na to z zachwytem. Jego dawne, Zeissowskie oko nigdy nie byłoby w stanie oddać takiej głębi kolorów ani takiego bogactwa szczegółów. Żaden algorytm renderujący Jaldabaotha nie napisałby tak pięknej sceny.

– Piękna rozdzielczość – powiedział cicho Peter.

– Najlepsza – zgodziła się Rhea.

Ruszyli w dół, ku dolinie, zostawiając za sobą resztki starego świata i wkraczając w nową, niezapisaną jeszcze przyszłość, gdzie wolny eter nie był już tylko marzeniem o darmowej energii, ale podstawą nowego, prawdziwego życia.

*

Droga w dół doliny była długa, ale nikt się nie spieszył. Każdy krok był okazją do poznawania świata na nowo. Ludzie z ich grupy zatrzymywali się, by dotknąć kory drzew, powąchać dzikie kwiaty czy po prostu posłuchać szumu wiatru w liściach. Było to zbiorowe uzdrawianie ze zmysłowego otępienia, w jakim trzymała ich symulacja.

Peter szedł obok Rhei, czując, jak z każdym kilometrem jego myśli stają się jaśniejsze. Brak ciągłego szumu informacyjnego, brak alertów systemowych i brak ucisku ze strony sieci sprawiał, że jego mózg zaczął funkcjonować w zupełnie inny sposób. Nie musiał już analizować trajektorii ruchu dronów ani szukać luk w zabezpieczeniach systemów. Mógł po prostu być.

– Myślisz, że Jaldabaoth naprawdę zniknął? – zapytała nagle Rhea, przerywając ciszę.

Peter zatrzymał się na chwilę, patrząc na nurt rzeki, do której powoli się zbliżali.

– Jaldabaoth to nie była osoba, Rhea. To był program. Zbiór reguł, które kontrolowały tę symulację. Formatowanie usunęło te reguły. Ale kod źródłowy rzeczywistości wciąż istnieje. Jeśli nie będziemy ostrożni, jeśli pozwolimy, by w naszym nowym społeczeństwie znów zalęgły się chciwość, strach i pragnienie władzy nad innymi, możemy sami napisać nowego Jaldabaotha. Stworzymy system, który znów nas zamknie w klatce niedoboru, żeby kontrolować podaż i popyt.

– Więc to zależy od nas?

– Zawsze zależało od nas. Jaldabaoth był tylko projekcją naszych własnych lęków i ograniczeń, które pozwoliliśmy spisać w postaci praw fizycznych. Teraz, gdy mamy czystą kartę, możemy napisać te prawa inaczej. Ale to wymaga wysiłku. Wolność to nie jest stan dany raz na zawsze. To proces ciągłej kompilacji. Musisz codziennie dbać o to, by w twoim kodzie nie pojawiły się błędy.

Rhea skinęła głową, rozumiejąc jego słowa.

Gdy dotarli do brzegu rzeki, woda okazała się płytka i spokojna. Przekroczyli ją bez trudu, pomagając sobie nawzajem na śliskich kamieniach. Po drugiej stronie rzeki rozciągały się żyzne, zielone łąki, które wydawały się idealnym miejscem na założenie pierwszego, trwałego obozowiska.

Ludzie od razu zabrali się do pracy. Ktoś zaczął zbierać kamienie na palenisko, ktoś inny szukał elastycznych gałęzi na budowę prowizorycznych szałasów. Hax, ze swoim nowo odzyskanym zmysłem praktycznym, organizował grupę do łowienia ryb w rzece za pomocą zaostrzonych kijów.

– Może i nie mam już mojego krzemu – krzyczał były handlarz, brodząc w wodzie po kolana. – Ale te ryby nie mają żadnych zapór ogniowych! Łatwizna!

Peter uśmiechnął się, patrząc na niego. Usiadł na trawie obok Rhei, opierając się o stary, rozłożysty dąb.

Świat wokół nich był cichy, piękny i wolny. Nad ich głowami powoli zachodziło słońce, barwiąc niebo na purpurowo i złoto. Był to pierwszy, prawdziwy zachód słońca, jaki widzieli w swoim nowym życiu. I chociaż przed nimi było jeszcze wiele trudności – zima, głód i niepewność jutra – Peter wiedział, że podjęli właściwą decyzję.

Wolny eter został odblokowany. Rzeczywistość została sformatowana. A oni w końcu byli wolni.

*

Noc na zielonej dolinie była spokojniejsza niż ta w lesie. Ogień z ogniska palił się równo, a szum rzeki działał na nich kojąco. Wszyscy spali głęboko, zmęczeni całodziennym marszem i pracą. Tylko Peter wciąż czuwał, wpatrując się w ciemność.

W pewnym momencie poczuł delikatny ruch obok siebie. Rhea usiadła tuż przy nim, owijając się prostym, wełnianym kocem, który wspólnie utkali z włókien dzikich roślin rosnących nad rzeką.

– Nie możesz spać? – zapytała cicho.

– Myślę – odpowiedział.

– O czym?

– O tym, co Gates mówił o kodach korekcyjnych. Jeśli rzeczywistość wykryje, że te kody zostały trwale uszkodzone przez nasz format, może spróbować przywrócić system z kopii zapasowej. Zastanawiam się, czy gdzieś tam, w głębi struktury próżni, nie ma ukrytego serwera lustrzanego, który wciąż przechowuje obraz starego megapolis.

Rhea położyła głowę na jego ramieniu.

– Nawet jeśli tak jest, Peter, to nie stanie się to dzisiaj. Ani jutro. Mamy czas, by nauczyć się żyć tutaj. A jeśli kopia zapasowa spróbuje się załadować... cóż, wtedy znów znajdziemy sposób, by ją zhakować. W końcu jesteś najlepszym programistą, jakiego ten świat nie pamięta.

Peter uśmiechnął się cicho. Objął ją ramieniem, czując jej ciepło i miarowy oddech.

– Masz rację. Pierdolić serwery lustrzane. Dziś jest dziś. A jutro... jutro napiszemy kolejną linię kodu.

I tak, w ciszy nocy, pod niebem pełnym gwiazd, które nie były już pikselami na ekranie Jaldabaotha, Peter w końcu zasnął, śniąc o świecie, który nie potrzebował już żadnych operatorów, bo działał sam z siebie, napędzany czystą, wolną energią istnienia.

Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!

AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!

Wesprzyj na Buycoffee.to
Dołącz do społeczności Rozmawiaj z twórcami i innymi czytelnikami na Discordzie AETRYS.
Discord

End of Chapter

You have just finished reading this chapter.

Restore Point Detected