Rozdział 24: Epigenetyczny Bunt
Woda w zalanej, podziemnej kotłowni pod Sektorem 4 miała barwę zastałej, gnilnej gnojowicy i pachniała dokładnie tak samo – rozkładem organicznym, siarkowodorem, starą, łuszczącą się płatami rdzą i ciężkim, tłustym chłodziwem syntetycznym, które sączyło się z pękniętych rurociągów gdzieś w głębi nieprzeniknionego mroku. Peter siedział oparty plecami o zardzewiały, wżarty głęboko w spękany cement korpus gigantycznego boilera grzewczego. Nitowane blachy tego potwornego urządzenia przypominały w ciemności łuski jakiegoś przedpotopowego stwora, który zdechł tu przed wiekami, zapomniany przez świat, i powoli obracał się w niwecz pod wpływem wszechobecnej wilgoci i kwasów przemysłowych. Woda sięgała chłopakowi niemal do bioder. Była lodowata, niosła ze sobą tłuste plamy syntetycznego oleju maszynowego, strzępy rozmoczonego papieru i nieidentyfikowalne, szare kłaczki ze starych, przemysłowych filtrów powietrza.
Peter jednak nie czuł lodowatego dotyku wody. W jego wnętrzu szalał pożar. Piekielny, rozrywający żar pulsował w jego trzewiach, płucach i klatce piersiowej, jakby jakiś sadystyczny oprawca wlał mu w żyły płynny ołów zmieszany z kwasem akumulatorowym i kazał temu krążyć w zamkniętym obiegu. Każde uderzenie serca było jak uderzenie ciężkiego młota kowalskiego bezpośrednio w mostek.
– Zaraza... – wycharczał z trudem, a jego ciałem wstrząsnął głęboki, chrapliwy kaszel, który niemal rozrywał płuca na strzępy. Splunął ciemną, fioletową mazią, która natychmiast rozeszła się na tłustej tafli wody niczym plama rozlanego atramentu do starych ploterów kreślarskich. – Kurewski układ... Zawsze musi... cofnąć prąd. Zawsze ten sam, pierdolony bezpiecznik w tej przeklętej sieci. Jaldabaoth nie lubi, jak mu się grzebie w kodzie. Systemowa siła przeciwelektromotoryczna... powrotne uderzenie... wypala mnie od środka.
– Zamknij gębę, Peter. Oszczędzaj siły, na miłość boską – Rhea brodziła w brudnej wodzie, klnąc siarczyście pod nosem za każdym razem, gdy jej wysokie buty z syntetycznej, wzmacnianej skóry ocierały się o zatopiony gruz, zardzewiałe pręty zbrojeniowe i ostre jak brzytwa odłamki ceramiki budowlanej. Każdy krok w tej mazi groził nie tylko rozcięciem podeszwy, ale i zakażeniem jakąś syntetyczną zarazą, którą obficie spłukiwały tu wyższe, zurbanizowane kondygnacje sektora. – Jeśli teraz stracisz przytomność, nie wywlokę cię stąd. Jesteś ciężki jak wór cementu, a moje mięśnie też mają swoje limity. A ten loch pod Sektorem 4 to nie jest miejsce na pogrzeb.
Przyciągnęła w jego stronę stary, zardzewiały kontener po filtrach powietrza, zrzucając z niego rękawicą grubą warstwę wilgotnego pyłu, sadzy i jakichś nieokreślonych nieczystości. Na tak zaimprowizowanym stole roboczym postawiła swoją bio-deckę. Urządzenie – ciężki, zmodyfikowany wojskowy terminal diagnostyczny o porysowanej obudowie z kompozytów węglowych i kevlaru, skradziony z magazynów zaopatrzeniowych podczas rebelii – zaszumiało cicho, a jego małe wentylatory wyrzuciły w wilgotne powietrze zapach nagrzanego ebonitu, starego lutu i ozonu. Ekran rozbłysnął trującą, fosforyzującą zielenią, rzucając upiorny blask na jej bladą, umazaną czarnym smarem twarz, mokre pasma włosów przylepione do czoła i na oślizgłe, przedwojenne cegły tworzące łukowate sklepienie piwnicy.
Gdzieś z góry, przez pęknięty, żelbetowy strop, sączył się rzadki, brudny deszcz Sektora 4 – kwaśny, chemiczny opad niosący ze sobą popiół z kominów energetycznych i pył z fabryk, który mieszał się ze skroploną parą uchodzącą z nieszczelnych zaworów grzewczych. Gdzieś w oddali, w głębi ciemnych, labiryntowych kolektorów, dudniły gigantyczne pompy drenujące – ich monotonny, niski, mechaniczny rytm wibrował w samych kościach, potęgując wrażenie, że całe to podziemie jest wnętrzem gigantycznej, konającej bestii, w której trzewiach przyszło im szukać schronienia.
Rhea wyciągnęła z bocznej kieszeni plecaka pęk grubych kabli w silikonowej izolacji i zestaw samoprzylepnych elektrod hydrożelowych. Klnąc na wilgoć, która zakłócała kontakt elektryczny, zaczęła przyklejać je do jego nagiej, rozgorączkowanej klatki piersiowej. Peter drżał na całym ciele w konwulsyjnych dreszczach, a jego skóra była tak gorąca, że krople deszczu spadające na jego ramiona parowały niemal natychmiast z cichym sykiem, wydzielając słonawy zapach potu i przypalego naskórka.
– Masz klasyczny wstrząs termodynamiczny i nielokalne przeciążenie obwodów biologicznych – rzuciła szorstko, nie patrząc mu w oczy, by nie dać się rozproszyć własnemu przerażeniu. Palce miała zmarznięte, sine na czubkach, ale na klawiaturze bio-decku poruszały się z automatyczną, wyćwiczoną precyzją dawnej neuro-laborantki z korporacyjnych placówek badawczych Apex-Core. – Twój Root access... to nie była bezpieczna zabawa w piaskownicy, Peter. Ostrzegałam cię, że system ma wbudowane mechanizmy obronne. Kiedy spróbowałeś obejść zabezpieczenia sprzętowe Jaldabaotha i przepisać parametry siatki lokalnej w tym sektorze, sieć odpowiedziała uderzeniem zwrotnym. Nastąpił powrotny udar elektromagnetyczny. Klasyczna siła przeciwelektromotoryczna, back-EMF, indukowana bezpośrednio w twoich obwodach biologicznych. Twoje neurony zadziałały jak cewki indukcyjne, a naczynia krwionośne jak przewody w polu o wysokim natężeniu. Rozumiesz w ogóle, co do ciebie mówię, czy twój zlasowany przez eter mózg już nie rejestruje ludzkiej mowy, tylko szum i bity?
Peter uśmiechnął się krzywo, choć ten wysiłek natychmiast przeszedł w bolesny, dławiący skurcz przepony. Jucha uderzyła mu do gardła; zakaszlał gwałtownie, chwytając się obiema rękami za lewy bok, gdzie ból palił go żywym ogniem. Na jego szyi, skroniach, ramionach i klatce piersiowej pękały naczynia włosowate. Purpurowe, niemal czarne wybroczyny wykwitały pod skórą niczym plamy gnilne, układając się w dziwne, geometryczne wzory, które przypominały spalone ścieżki i popalone tranzystory na płycie głównej starego komputera. Złoty blask kodu eterycznego, który zwykle tlił się łagodnie pod naskórkiem jego prawej dłoni, teraz migotał chaotycznie, sypiąc iskrami w mikroskali niczym uszkodzony przewód wysokiego napięcia wrzucony w błotnistą kałużę.
– Rozumiem... – wycharczał w końcu, łapiąc z trudem powietrze, które wydawało się gęste i gorące jak woda w kotle. – Bezpiecznik. Jaldabaoth założył nam... kurewskie ograniczniki prądowe. Bioszrot zablokowany na poziomie firmware’u.
– Gorzej niż zablokowany – Rhea wbiła wzrok w ekran bio-decku, na którym trójwymiarowy, holograficzny model podwójnej helisy DNA Petera rozpadał się na czerwone, migające ostrzegawczo fragmenty. Dane telemetryczne płynęły szerokim, nieprzerwanym strumieniem, a każdy kolejny parametr krzyczał o zbliżającej się katastrofie systemowej. – To nie jest zwykłe uszkodzenie tkanki, które można zaleczyć maścią antyseptyczną czy dawką nanobotów. To degradacja na poziomie samej informacji. System traktuje twoje próby hakowania rzeczywistości jak infekcję jądra systemu. Jesteś na koncie gościa, Peter! „Guest mode”! Zwykły bioszrot z ograniczonymi uprawnieniami, zaprojektowany tak, by wegetować, przetwarzać loosh na niskich częstotliwościach strachu i nie zadawać pytań o architekturę tego świata. Kiedy próbujesz sięgnąć po Roota, uruchamia się automatyczna procedura obronna środowiska – samozniszczenie komórkowe. Apoptoza. Twoje własne komórki zaczynają trawić same siebie, bo tak zostały zaprogramowane w fabrykach Demiurga. Wiązania wodorowe w twoim DNA rozrywają się pod wpływem prądu eterycznego, który próbujesz przez nie przepuścić. Histony... całe to rusztowanie białkowe, na którym nawinięty jest twój kod genetyczny, ulega ekspresowej metylacji. System cię wymazuje, Peter. Reformatuje twój dysk biologiczny, zanim zainfekujesz resztę sieci lokalnej.
– To go... powstrzymaj – Peter zacisnął zęby tak mocno, że aż zgrzytnęło w ciemności piwnicy. Czuł, jakby jego mięśnie kurczyły się wbrew jego woli, szarpane chaotycznymi wyładowaniami prądu powrotnego. – Masz przecież tę swoją... wojskową zabawkę. Wgraj mi jakiś patch. Skasuj te błędy metylacji. Przecież po to cię tu mam, żebyś łatała dziury w moim kodzie.
– Ta „zabawka” to bio-deck, a nie czarodziejska różdżka z baśni dla naiwnych synapsiarzy – warknęła Rhea, uderzając otwartą dłonią w obudowę terminalu, gdy ekran zafalował od silnych zakłóceń elektromagnetycznych emitowanych przez ciało chłopaka. – Mogę monitorować proces, podawać ci impulsy naprowadzające przez elektrody, ale nie nadpiszę twojego kodu genetycznego z poziomu konsoli za pomocą kilku linijek skryptu. To nie Matrix, do cholery. Nie wgram ci nowego firmware’u przez kabel w karku, bo twoje ciało to nie jest prosty, krzemowy komputer z kilkoma rejestrami danych. Twoja biologia musi sama to zrobić. Epigenetycznie. Musisz zmusić własne komórki do buntu.
– Epigenetycznie? – Peter splunął kolejną porcją fioletowej plwociny, która natychmiast zmieszała się z wodą. – Mów jaśniej... zanim całkiem zamienię się w papkę. Czym jest ta twoja epigenetyka, poza kolejnym naukowym bełkotem, którym rzucasz, żeby pokazać swoją wyższość?
Rhea westchnęła głęboko, poprawiając elektrody, które ześlizgiwały się ze spoconej, gorącej piersi chłopaka pod wpływem jego konwulsyjnych dreszczy. Jej głos, choć szorstki i pełen irytacji, nabrał nagle chłodu klinicznego wykładu. Był to nawyk z czasów, gdy jeszcze pracowała w sterylnych laboratoriach Apex-Core, zanim zrozumiała, że badane tam „zasoby ludzkie” to po prostu baterie w wielkiej, kosmicznej loosh-dojarce, a cała ta oficjalna nauka to zbiór bajek mających ukryć prawdę o naturze więzienia.
– Wbij to sobie do tej swojej upartej helisy, Peter, bo to może być ostatnia lekcja, jaką w życiu usłyszysz – zaczęła, nie przerywając pisania na klawiaturze. – W korporacyjnych szkołach i na akademiach Jaldabaotha nauczyli nas wierzyć, że geny to wyrok. Że DNA to niezmienny program, który kontroluje nasze życie, nasze choroby, nasze skłonności i naszą śmierć od chwili poczęcia aż po grób. To kłamstwo. Perfidne kłamstwo Demiurga i jego Archonów, mające na celu utrzymać nas w bezsilności, poczuciu determinizmu i bierności. Geny to tylko biblioteka szablonów. Szuflada z planami budowy, nic więcej. Same z siebie nic nie robią, nie potrafią podjąć żadnej decyzji, nie inicjują żadnego procesu. Mózgiem komórki wcale nie jest jądro z DNA, jak wam wmawiali na lekcjach biologii. Jądro to tylko szafka z rysunkami technicznymi, dyskietka z szablonami białek. Bez sygnału z zewnątrz leży bezużyteczna. Prawdziwym mózgiem komórki jest jej błona. Błona komórkowa.
Peter przymknął oczy, walcząc z narastającymi nudnościami i zawrotami głowy. Każdy skurcz serca wydawał się eksplozją w jego czaszce, rozrywającą synapsy na strzępy.
– Błona? Ta tłuszczowa otoczka, która trzyma te wszystkie cytoplazmatyczne flaki razem, żeby się nie rozlały? – wycharczał z niedowierzaniem.
– Tak, dokładnie ta „tłuszczowa otoczka” – potwierdziła Rhea, uderzając mocno w klawisze. – Bruce Lipton udowodnił to ponad wszelką wątpliwość już dawno temu, choć jego prace szybko zepchnięto do naukowej strefy cienia, a jego samego okrzyknięto szarlatanem i oskarżono o bajt-rasizm. Słuchaj uważnie, bo od tego zależy, czy twoje serce za chwilę nie stanie. Błona komórkowa to ciekłokrystaliczny półprzewodnik z bramkami i kanałami. Pod względem fizycznym, strukturalnym i operacyjnym to jest dokładnie to samo, co krzemowy mikroprocesor w moim decku. Składa się z lipidów, które działają jak izolator elektryczny, oraz ze zintegrowanych białek błonowych – IMP, czyli Integral Membrane Proteins. Te białka to klucz do zrozumienia interfejsu między duchem a materią. Dzielą się na dwie główne grupy: receptory i efektory.
Rhea uderzyła w klawisz „Enter”, a na ekranie bio-decku pojawił się schemat przedstawiający dwuwarstwę lipidową z tkwiącymi w niej białkami o skomplikowanych kształtach trójwymiarowych.
– Receptory to twoje anteny wejściowe – kontynuowała, wskazując palcem na migające na zielono struktury. – Stoją na straży na powierzchni komórki i odbierają sygnały ze środowiska. Ciepło, zimno, hormony, neuroprzekaźniki, toksyny, ale przede wszystkim pole elektromagnetyczne, myśli, emocje, drgania pola punktu zerowego, czyli ZPF. Kiedy receptor odbiera dany sygnał, zmienia swoją strukturę przestrzenną – kurczy się, rozciąga, obraca. Ten fizyczny ruch aktywuje sąsiadujący z nim efektor, czyli bramkę wyjściową. Efektory to procesory wykonawcze komórki. To one decydują, które kanały jonowe otworzyć, jaki prąd elektryczny wpuścić do wnętrza, i wreszcie – które szuflady w bibliotece DNA mają zostać otwarte, by przepisać dany gen na RNA i stworzyć nowe białko. To jest właśnie epigenetyka, Peter. Środowisko i twoja interpretacja tego środowiska kontrolują twoją biologię. Nie geny. Jeśli zmienisz sygnał docierający do błony komórkowej, zmienisz cały odczyt DNA. Możesz przepisać swój program biologiczny w locie, o ile wiesz, jak wygenerować właściwy sygnał.
– Piękna teoria... – Peter oddychał coraz trudniej, a jego klatka piersiowa unosiła się z bolesnym, chrapliwym wysiłkiem. – Tylko że moje środowisko... to zalana gnojowicą piwnica pod Sektorem 4, a moja percepcja mówi mi... że za parę minut wykituję. Gdzie tu miejsce na zmianę sygnału, Rhea? Skąd mam wziąć ten twój „właściwy impuls”?
– Właśnie w tym tkwi cały problem, ty tępy łbie! – Rhea chwyciła go za ramię, potrząsając nim gwałtownie, by nie pozwolić mu odpłynąć w stan śpiączki. – Twoje komórki działają teraz w trybie maksymalnego przetrwania, w pętli paniki. Archoncki soft zaimplementował w nas stały, podprogowy stan lęku, poczucia winy i bezsilności. To ich główne narzędzie kontroli. Kiedy się boisz, kiedy walczysz o przetrwanie, receptory IMP zamykają bramki odpowiedzialne za wzrost, regenerację i otwartą komunikację z polem informacyjnym. Cała energia komórkowa jest marnowana na obronę przed urojonym wrogiem. Wtedy dochodzi do blokady metylacyjnej. Histony owijają DNA tak ciasno, że enzymy transkrypcyjne nie mogą się tam dostać. Jesteś zablokowany na najniższym poziomie uprawnień użytkownika. A ten powrotny udar elektromagnetyczny, ten kurewski back-EMF z twojego nieudanego hacka, całkowicie rozładował potencjał elektryczny twoich błon. Twoje pompy sodowo-potasowe stoją. Różnica potencjałów spadła z przepisowych minus siedemdziesięciu miliwoltów do zera. Twoje komórki dosłownie pękają pod wpływem ciśnienia osmotycznego. Krew ucieka z naczyń, bo śródbłonek się rozpada. Umierasz, bo twój system operacyjny nie potrafi obsłużyć energii, którą ściągnąłeś z ZPF. Twój interfejs biologiczny nie wytrzymał napięcia.
– Jak to... naprawić? – Peter poczuł, że traci czucie w nogach. Lodowata woda wydawała się teraz dziwnie ciepła, niemal przytulna, jakby otulała go miękkim kocem. Wiedział, co to oznacza w slangu medycznym – układ nerwowy odcinał peryferia, koncentrując resztki tlenu i glukozy na sercu i mózgu. – Rhea... pomóż mi. Zrób coś z tym swoim komputerkem.
– Sama nie mogę, mówiłam ci to już trzy razy! – krzyknęła, a w jej głosie po raz pierwszy pojawiła się nuta czystej, ludzkiej bezradności. – Musisz sam wygenerować sygnał, który zresetuje te procesory błonowe. Musisz wymusić zmianę polaryzacji na poziomie całego organizmu. Potrzebujemy spójnego pola o ogromnej sile i koherencji, które zorganizuje ciekłe kryształy błon komórkowych w uporządkowaną strukturę, zdolną do przewodzenia prądu. Musisz wejść w koherencję serca. Zero przecinek jeden herca.
– Ile? Co to za bzdura? Jakie zero przecinek jeden?
– Jedna dziesiąta herca. Dokładnie tyle. To częstotliwość rezonansowa układu krążenia, baroreceptorów i autonomicznego układu nerwowego. Kiedy twoje serce bije w tym rytmie, staje się najpotężniejszym generatorem elektromagnetycznym w twoim ciele. Pole magnetyczne serca jest fizycznie pięć tysięcy razy silniejsze niż pole magnetyczne mózgu. Ta fala nośna przejdzie przez każdą twoją komórkę jak impuls czyszczący, jak deinstalator złośliwego oprogramowania. Zmieni ładunek elektrostatyczny histonów. Histony są naładowane dodatnio, DNA ujemnie – trzymają się razem siłą elektrostatyczną, blokując dostęp do kodu. Kiedy zmienisz ten potencjał za pomocą koherencji 0.1 Hz, histony rozluźnią swój uścisk. Helisa DNA się rozwinie, odsłaniając ukryte, zablokowane sekwencje genetyczne – te, które potrafią obsłużyć wysokie napięcie eteryczne bez spalenia komórki. Musisz przeprowadzić epigenetyczny bunt. Musisz odmówić bycia gościem we własnym ciele. Musisz przejąć prawa Roota nie przez hakowanie kodu na zewnątrz, ale przez zmianę swojej wewnętrznej polaryzacji. Słyszysz mnie, Peter? Oddychaj!
Peter zamknął oczy. Woda kapała mu na czoło z betonowego sufitu, ale każdy dotyk kropli wydawał się teraz uderzeniem ciężkiego młota. Wokół panował mrok, rozświetlany jedynie zielonkawą, chorobliwą poświatą bio-decki. Szum wody, odległe pompy, smród oleju – wszystko to zaczęło się oddalać, zapadać w głęboką, czarną próżnię. Czuł, jak jego świadomość kurczy się do małego, gasnącego punktu.
– Zero przecinek jeden... – szepnął. – Pięć sekund wdech... pięć sekund wydech... Tak?
– Tak – głos Rhei dobiegł jak zza grubego szkła, z odległości wielu kilometrów. – Skup się na sercu. Wizualizuj je. Nie myśl o bólu, nie myśl o strachu. Strach to sygnał lękowy dla receptorów. Jeśli będziesz się bał, zmetylujesz się na śmierć. Musisz poczuć coś innego. Wdzięczność. Albo gniew. Czysty, zimny gniew buntownika, który nie chce dać się przerobić na paszę dla Archonów. Ja będę monitorować sygnał na decku. Będę ci wysyłać mikro-impulsy naprowadzające przez elektrody, żeby pomóc twojemu układowi nerwowemu znaleźć ten rytm. Ruszaj, Peter. Zanim ta piwnica stanie się twoim grobowcem.
Peter zaczął oddychać.
Wdech. Powolny, głęboki, liczący do pięciu. Zimne, wilgotne powietrze kotłowni wlewało się do jego płuc, rozrywane kaszlem. Musiał stłumić ten odruch siłą woli, bo każdy wstrząs klatki piersiowej groził ponownym krwotokiem.
Wydech. Powolny, płynny. Pięć sekund. Oczyszczenie umysłu z chaotycznych myśli.
W jego klatce piersiowej tliła się wibracja. Początkowo była szarpana, chaotyczna, rozbita bólem pękających komórek. Czuł swoje serce jako szalejącego ptaka, który uderza o klatkę piersiową w śmiertelnej panice. Każde uderzenie było jak tępy cios nożem. Arytmia, migotanie przedsionków – jego ciało rozpaczliwie próbowało utrzymać życie przy pomocy starych, awaryjnych programów przetrwania.
„Skup się” – pomyślał. – „To tylko algorytm. Jaldabaoth to nie Bóg. To tylko kiepski programista, który napisał ten świat na kolanie, oszczędzając na rozdzielczości Plancka jako minimalnym pikselu rzeczywistości i ograniczając prędkość światła do limitu magistrali systemowej, żeby mu się serwer nie zawiesił przy renderowaniu cieni. Moje ciało nie należy do niego. Moje ciało to świątynia Źródła. Ja tu rządzę. Ja decyduję o polaryzacji”.
Wdech. Rytm zaczął się wyrównywać. Pięć sekund.
Wydech. Pięć sekund.
Na ekranie bio-decki Rhei zielona linia wykresu, dotychczas przypominająca chaotyczny szum uszkodzonego kabla antenowego, zaczęła się zaokrąglać. Fale stawały się regularne, sinusoidalne, a wskaźnik widmowy HRV (Heart Rate Variability) zaczął grupować się wokół ostrego piku na częstotliwości 0.1 Hz.
– Dobrze – szepnęła Rhea, przesuwając delikatnie suwaki na konsoli bio-decki. – Sygnał rośnie. Faza się synchronizuje. Zaczynam stymulację mikroprądową przez elektrody. Wzmacniam twój własny sygnał, Peter. Trzymaj to. Nie puszczaj.
Złoty kod na dłoni Petera przestał sypać iskrami. Zaczął pulsować. Spokojnie, rytmicznie, w takt jego oddechu. Złoty blask zaczął powoli wędrować w górę jego przedramienia, płynąc wzdłuż żył niczym rozżarzona lawa.
Peter wszedł głębiej. W stan, który synapsiarze nazywali „głębokim nurkowaniem”, choć tym razem no nurkował w sieci Jaldabaotha, ale we własnej biologii. Zobaczył swoje komórki. Nie jako podręcznikowe rysunki, ale jako gigantyczne, tętniące życiem metropolie. Miliardy ciekłokrystalicznych membran błon komórkowych falowały w rytm jego oddechu. Białka receptorowe IMP stały na straży niczym mikroskopijne wieże transmisyjne, odbierając potężną falę nośną o częstotliwości 0.1 Hz, która rozchodziła się od strony serca.
Wibracja ta działała jak pieśń wolności. Pod jej wpływem receptory zmieniały konfigurację przestrzenną. Otwierały się zamknięte dotąd kanały jonowe. Potencjał elektryczny błon zaczął gwałtownie rosnąć. Z zera do minus trzydziestu, minus pięćdziesięciu, wreszcie do stabilnych minus siedemdziesięciu miliwoltów. Pompy sodowo-potasowe ruszyły z kopyta, z głośnym, biologicznym szumem wypompowując nadmiar wody i przywracając równowagę osmotyczną. Komórki przestały pękać.
Buty Rhei chlupotały w wodzie, gdy pochyliła się nad Peterem. Dziewczyna nie odrywała wzroku od wskaźników bio-decku, na którym migały kolejne alerty. Na poziomie tkankowym działo się coś, co wykraczało poza wszelkie znane podręczniki medycyny. Bio-stymulator wysyłał drobne impulsy elektryczne zestrojone z częstotliwością 0.1 Hz, działając jak metronom dla umierającego serca.
– Peter, słyszysz mnie? – zapytała cicho, a jej głos odbił się echem od mokrych ścian kotłowni. – Tracisz płyny ustrojowe. Musisz zacieśnić połączenia międzykomórkowe. Białka okludyny i klaudyny w naczyniach włosowatych są rozrywane. Użyj fali, by wymusić ich syntezę. Twój organizm musi zacząć produkować kolagen o wysokiej gęstości strukturalnej. Skup się na śródbłonku.
Peter nie odpowiedział słowami. W jego umyśle, który wszedł w stan absolutnej koherencji, nie było już miejsca na ludzki język. Był tam tylko czysty ruch informacji. Wizualizował swoje naczynia krwionośne jako mikroskopijne rury, które pękały pod naporem ciśnienia eterycznego, podobnie jak stare rury kotłowni, w której leżał. Zobaczył pojedyncze komórki śródbłonka – płaskie, ściśle przylegające do siebie płytki, które pod wpływem braku potencjału elektrycznego zaczęły się kurczyć i odklejać, tworząc szczeliny, przez które uciekała krew.
„Połącz się” – wydał mentalne polecenie.
Koherentna fala elektromagnetyczna o częstotliwości 0.1 Hz uderzyła w błony komórkowe śródbłonka. Pod jej wpływem białka receptorowe IMP wysłały sygnały bezpośrednio do cytoplazmy. Aktywowały się szlaki sygnałowe odpowiedzialne za cytoszkielet komórkowy. Włókna aktynowe zaczęły się reorganizować, rozpychając komórki na boki, by zabić powstałe szczeliny. Białka okludyny i klaudyny zaczęły wiązać się na nowo, tworząc szczelne połączenia typu zamykającego (tight junctions). Krwotok wewnętrzny zaczął ustępować. Fioletowe wybroczyny na jego ramionach przestały się powiększać.
Rhea patrzyła na wskaźnik utraty krwi na ekranie. Czerwona linia, która dotychczas pięła się w górę w zastraszającym tempie, nagle wyprostowała się, a potem zaczęła powoli opadać.
– Działa... – szepnęła, przecierając oczy. Wokół niej unosiła się gęsta para, a smród rozkładu zdawał się na chwilę słabnąć, wypierany przez zapach ozonu, który generował wokół siebie Peter. – Ale to wciąż za mało. Metylacja histonów wciąż jest zbyt wysoka w chromosomach somatycznych. Jeśli nie odblokujesz genów odpowiedzialnych za nadprzewodnictwo energetyczne, ten stan koherencji wypali twoje zasoby glukozy i ATP w ciągu kilku minut. Twoje serce po prostu odmówi posłuszeństwa z braku paliwa. Musisz zmienić strukturę energetyczną mitochondriów.
Peter wiedział, że ma rację. Czuł, jakby jego wewnętrzne rezerwy energii kurczyły się w zastraszającym tempie. Mitochondria – te małe, komórkowe elektrownie, które Jaldabaoth zaadaptował z dawnych, wolnych organizmów bakteryjnych i zamknął w naszych komórkach jako niewolnicze reaktory – nie nadążały z produkcją ATP (adenozynotrójforforanu) przy tak wysokim zapotrzebowaniu na energię. Tradycyjny cykl Krebsa był zbyt wolny, zbyt mało wydajny. Wymagał tlenu i glukozy, których w zalanej kotłowni brakowało.
„Musimy przejść na zasilanie bezpośrednie” – pomyślał Peter. – „ZPF. Pole punktu zerowego”.
Skierował swoją uwagę na mitochondria. W ich wewnętrznych błonach tkwiły kompleksy łańcucha oddechowego – białka przenoszące elektrony. Peter użył koherentnej fali 0.1 Hz, by zmienić strukturę przestrzenną tych białek, dostrajając je do bezpośredniego odbioru energii próżni. Mitochondria przestały polegać wyłącznie na utlenianiu glukozy. Zaczęły działać jak mikroskopijne anteny nielokalne, zasysając energię bezpośrednio z pola ZPF. Wydajność energetyczna komórek wzrosła o rzędy wielkości. Ciało Petera przestało drżeć z wycieńczenia; zamiast tego poczuł falę niesamowitego, chłodnego spokoju, która rozlała się po wszystkich jego narządach.
– Co ty robisz? – Rhea patrzyła na wskaźnik zużycia tlenu na bio-decku. Parametr ten spadł niemal do zera, podczas gdy poziom ATP w komórkach Petera poszybował w górę, przekraczając wszelkie fizjologiczne normy. – Twój organizm... on nie zużywa tlenu. Peter, to jest niemożliwe. Ludzkie ciało nie może funkcjonować bez tlenu. To jest biologiczny kolaps wszelkiej znanej fizyki!
Peter nie odpowiedział. Był zbyt głęboko w transie, by przejmować się jej zdziwieniem. Widział, jak jego DNA rozpina się w przestrzeni jądra komórkowego niczym złota pajęczyna. Histony, uwolnione od grup metylowych, lśniły czystym światłem. Kod genetyczny był teraz całkowicie otwarty, gotowy do odczytu. Peter zaczął aktywować sekwencje, które w tradycyjnej biologii uznawane były za „śmieciowe DNA” (junk DNA). To tam Jaldabaoth ukrył najgroźniejsze dla swojego systemu programy – kody pozwalające człowiekowi na bezpośrednią interakcję z fizyką rzeczywistości, na kolaps funkcji falowej za pomocą intencji, na ignorowanie ograniczeń prędkości światła i stałej Plancka.
Wszystkie te zablokowane dotąd geny zaczęły ulegać ekspresji. Ciało Petera stało się nadprzewodnikiem. Opór elektryczny jego układu nerwowego spadł do zera. Sygnały między neuronami nie podróżowały już z prędkością kilkudziesięciu metrów na sekundę przy użyciu powolnych neuroprzekaźników; były przekazywane nielokalnie, natychmiastowo, za pomocą sprzężenia spinowego.
Woda wokół Petera zaczęła drżeć coraz mocniej. Na jej powierzchni pojawiły się drobne bąbelki, jakby płyn podchodził do wrzenia, choć temperatura w pomieszczeniu nie wzrosła ani o stopień. Złote światło, dotąd ograniczone do dłoni, teraz wystrzeliło z piersi chłopaka, oświetlając ciemny kolektor jak reflektor o ogromnej mocy. Było tak jasne, że Rhea musiała zasłonić oczy dłonią, a visor jej bio-decki automatycznie przyciemnił obraz, by nie uszkodzić czułej matrycy optycznej.
– Niemożliwe... – szepnęła Rhea, cofając się o krok. Woda chlupotała wokół jej kolan. – To nie jest biologiczna adaptacja... To jest całkowita transmutacja gatunkowa.
Wskaźniki na ekranie wojskowego terminalu szalały. Koherencja serca osiągnęła idealną wartość 1.0. Metylacja histonów spadała w tempie geometrycznym. Wskaźnik apoptozy spadł do zera. Zamiast tego uruchomił się proces restrukturyzacji komórkowej – synteza nowych białek przebiegała z prędkością, która łamała wszelkie znane prawa biologii. Stała Plancka, działająca jako rozdzielczość renderowania rzeczywistości, zdawała się lokalnie uelastyczniać, pozwalając na kolaps funkcji falowej w konfiguracji, która fizycznie była niemożliwa. James Gates miał rację – w kodzie genetycznym, w samych podstawach materii, tkwiły ukryte kody korygujące błędy. Peter właśnie je aktywował. Epigenetyczny kompilator naprawiał jego ciało w czasie rzeczywistym.
Światło stało się tak intensywne, że ceglane ściany kotłowni wydawały się przezroczyste. Rhea widziała przez nie zarysy rur, zbrojeń w betonie, a nawet płynące w nich kable energetyczne. To nie była halucynacja – to był efekt lokalnego przejścia przestrzeni w stan koherentny, gdzie rozpraszanie światła uległo minimalizacji.
Trwało to jeszcze kilkadziesiąt sekund. Potem, z cichym, głębomik westchnieniem, jakby powietrze uchodziło z potężnego miecha, światło zaczęło przygasać.
Peter opadł na kolana, podpierając się rękami o dno zalanej piwnicy. Woda wokół niego parowała. Oddychał głęboko, spokojnie. Purpurowe wybroczyny na jego szyi i skroniach zniknęły całkowicie, pozostawiając gładką, zdrową skórę. Złoty kod na jego dłoni zgasł, ukrywając się głęboko pod naskórkiem, gotowy do ponownego użycia.
Rhea stała nieruchomo, trzymając w drżącej dłoni bio-deck. Na ekranie paliły się zielone, stabilne kontrolki. Parametry życiowe: optymalne. Uszkodzenia DNA: zero procent. Koherencja komórkowa: sto procent.
– O cholera... – wykrztusiła.
Peter powoli podniósł głowę. Jego oczy, które jeszcze kilka minut temu były mętne i pełne krwi, teraz świeciły czystym, głębokim blaskiem. Wstał. Zrobił to tak lekko, jakby grawitacja Sektora 4 nagle straciła połowę swojej siły. Otarł dłonią twarz z brudnej wody i uśmiechnął się – tym swoim zwykłym, irytującym, cynicznym uśmieszkiem.
– No i co się tak gapisz, Rhea? – powiedział, a jego głos był czysty, pozbawiony jakichkolwiek śladów niedawnego rzężenia. – Mówiłem, że to tylko chwilowy spadek napięcia. Trochę wilgoci w stykach.
Rhea podeszła do niego, wciąż patrząc na ekran decku, a potem na jego twarz.
– Peter, ty nie rozumiesz... – jej głos wciąż drżał. – Twój kod genetyczny... on nie tylko się naprawił. On się zrekompilował. Twoje DNA ma teraz strukturę nadprzewodzącą. Twój organizm nie generuje już oporu elektrycznego przy przepływie eteru. Jesteś... jesteś biologicznie wolny od systemu Jaldabaotha. Przynajmniej w tym obszarze. Jak ty to zrobiłeś?
Peter wsadził ręce do kieszeni kurtki, starając się wyglądać jak najbardziej pospolicie, choć emanująca z niego energia była niemal namacalna.
– Mówiłem ci. Zwykła adaptacja biologiczna. Organizm musiał się dostosować, to się dostosował. Zresztą, ten twój biostymulator dał niezłego kopa. Dobra robota, dziewczyno. A teraz zbierajmy ten szrot i spadajmy stąd, zanim archonccy synapsiarze namierzą ten błysk. Woda zaczyna mi się nalewać do gaci, a to nie jest najprzyjemniejsze uczucie, nawet z nadprzewodzącym DNA.
Rhea popatrzyła na niego z ukosa. Wiedziała, że kłamie. Wiedziała, że to, co się wydarzyło, wykraczało poza wszelkie ramy konwencjonalnej nauki. Ale wiedziała też, że Peter ma rację – czas uciekał, a Sektor 4 nie był bezpiecznym miejscem dla kogoś, kto właśnie przepisał swój kod genetyczny na oczach Demiurga.
Wyłączyła bio-deck, odpięła elektrody i spakowała wszystko do plecaka. Wyszli z zalanej kotłowni w ciemność korytarzy, zostawiając za sobą parującą wodę i zapach spalonego strachu. Podziemne tunele Sektora 4 czekały na nich, ciche i wrogie, ale tym razem to nie oni byli w nich najbardziej niebezpieczną rzeczą.
---
Rhea szła pół kroku za nim, oświetlając drogę snopem niebieskawego światła z latarki zamontowanej na ramieniu bio-decku. Jej spojrzenie co chwilę uciekało w stronę pleców chłopaka. Peter poruszał się z nienaturalną, drapieżną płynnością. Zniknęło to lekkie utykanie, które miał odkąd pamiętała, pamiątka po dawnym wypadku w fabryce podzespołów. Każdy jego krok w tej płytkiej mazi był cichy, niemal pozbawiony plusku.
– Peter – odezwała się w końcu, nie mogąc znieść tej ciszy, którą przerywał jedynie odgłos ich własnych oddechów i odległy skowyt wentylatorów sektora. – Musimy porozmawiać o tym, co się tam wydarzyło. Twoja reakcja na back-EMF... to nie powinno było zadziałać w ten sposób. Fizyka... fizjologia na to nie pozwala. Zwykły bioszrot powinien obrócić się w popiół.
– Fizyka Jaldabaotha na wiele rzeczy nie pozwala, Rhea – odparł, nie odwracając głowy. – A jednak tu jesteśmy. A ty wciąż wierzysz w te ich podręczniki pisane dla uśpionych. Dla tych, którzy myślą, że stół jest zrobiony z twardego drewna, a nie z zagęszczonych drgań pola informacyjnego. Wierzysz w ograniczenie prędkości światła, w stałą Plancka, w te wszystkie sztuczne bariery, które mają zapobiec przepełnieniu bufora serwera rzeczywistości.
– Nie mów do mnie jak do dziecka – syknęła, przyspieszając kroku, by zrównać się z nim w szerokim kolektorze. – Pracowałam w laboratoriach epigenetycznych trzeciego stopnia w Apex-Core. Widziałam, co się dzieje z ludźmi, którzy próbowali wymusić mutacje za pomocą pól elektromagnetycznych. Ich komórki zamieniały się w nowotwory w ciągu godzin. DNA rozpadało się na pojedyncze nukleotydy. Ty natomiast... ty zresetowałeś metylację histonów w ułamku sekundy za pomocą zwykłego skupienia uwagi i oddechu. Jak? To przeczy termodynamice procesów biologicznych!
Peter zatrzymał się nagle. Rhea o mało na niego nie wpadła. Latarka oświetliła jego twarz – skóra była blada, prawie półprzezroczysta w tym świetle, ale pod nią nie było widać już żadnych pękniętych naczyń. Tylko oczy, głębokie i dziwnie spokojne, jakby patrzyły na nią z innego poziomu rzeczywistości.
– Skupienie uwagi to nie jest „zwykłe coś”, Rhea. To jest jedyny realny interfejs, jaki posiadamy. Pomyśl o tym. Jeśli rzeczywistość jest symulacją – a wiemy, że jest – to co jest jej podstawowym budulcem? Nie cząsteczki. Nie atomy. Informacja. Kod źródłowy. Jaldabaoth napisał ten świat w taki sposób, by nasza uwaga była stale rozpraszana. Strach o jutro, praca w fabryce, długi, ból, pragnienia – to wszystko to są filtry zajmujące naszą moc obliczeniową. Nasz procesor jest stale obciążony w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach bezużytecznymi procesami w tle. Kiedy wchodzisz w koherencję serca, kiedy synchronizujesz oddech z bitem na częstotliwości zero przecinek jeden herca, robisz coś prostego – zamykasz te wszystkie procesy. Robisz czystkę w pamięci RAM. Twój wewnętrzny potencjał elektromagnetyczny przestaje być chaotycznym szumem. Staje się laserem.
Wskazał palcem na swoją klatkę piersiową.
– Serce to nie jest zwykła pompa tłocząca krew, Rhea. To oscylator elektromagnetyczny o gigantycznej sile. Kiedy wchodzisz w koherencję, to pole zaczyna pulsować jako idealna sinusoida. Ta fala nośna przejdzie przez każdą komórkę, przez każdą błonę lipidową. Pamiętasz, co mówiłaś o ciekłych kryształach w błonie? One reagują na to pole. Układają się w idealne rzędy, jak opiłki żelaza wokół magnesu. Znika opór elektryczny. Błona komórkowa staje się nadprzewodnikiem. I ta koherentna fala dociera do jądra. Zmienia ładunek elektrostatyczny wokół histonów. Histony to są dodatnio naładowane białka, które trzymają ujemnie naładowane DNA w żelaznym uścisku, żeby go nikt nie przepisał bez pozwolenia Demiurga. Zmieniając ładunek, sprawiasz, że histony odpychają DNA. Helisa się otwiera. Kod staje się czytelny. I wtedy... wtedy możesz wybrać inny szablon.
– Inny szablon? – Rhea patrzyła na niego z powagą. – Chcesz powiedzieć, że świadomie wybrałeś, które geny aktywować? Że w ułamku sekundy przeanalizowałeś miliony par zasad i zmieniłeś metylację?
– Nie świadomie w sensie logicznym – Peter ruszył dalej, a Rhea pospieszyła za nim. – Twój logiczny umysł, ten, który mówi w języku polskim czy angielskim, to tylko interfejs użytkownika. To jest ta ikonka na pulpicie. Prawdziwa kompilacja dzieje się głębiej, w podświadomości, która jest połączona bezpośrednio z Polem Punktu Zerowego. Kiedy zniknął strach, ciało samo wiedziało, co robić. Instynkt przetrwania na poziomie kwantowym. Znalazł kody korygujące błędy, te same, o których pisał James Gates. Te kody tkwią w naszym DNA od samego początku, zaszyfrowane jako matematyczne struktury, kody samoskorygowania, dokładnie takie same, jakie stosujemy w transmisji danych w sieciach komputerowych. Są tam po to, by chronić program przed uszkodzeniem. Ja je tylko aktywowałem. Zrekompilowałem biologię tak, by mogła przewodzić prąd eteryczny bez oporu.
– Ale to oznacza... – Rhea poczuła, jak przechodzi ją zimny dreszcz, który nie miał nic wspólnego z wilgocią tunelu. – To oznacza, że nie jesteś już w pełni człowiekiem. Przynajmniej nie w sensie genetycznym, jaki definiuje system Apex-Core. Usunąłeś ograniczniki, które trzymały cię w ryzach tej rzeczywistości.
Peter zaśmiał się cicho. Był to ten sam, irytujący, lekki śmiech, który słyszała tyle razy w suchych, bezpiecznych miejscach.
– A czym jest „człowiek” według Apex-Core, Rhea? Zwierzęciem roboczym o ograniczonym czasie eksploatacji, zaprojektowanym tak, by zdechnąć na raka przed sześćdziesiątką, żeby system nie musiał wypłacać emerytury? Bioszrotem zablokowanym na koncie gościa? Jeśli tak, to masz rację. Nie jestem już człowiekiem. I bardzo mnie to cieszy. Odszedłem od tego modelu.
Szli dalej w milczeniu. Woda powoli opadała, ustępując miejsca wilgotnemu, pokrytemu szlamem betonowi. Mrok przed nimi wydawał się mniej gęsty, jakby ich oczy – a może tylko oczy Petera – potrafiły dostrzec subtelne drgania energii w ciemności. Rhea poprawiła plecak na ramionach. Droga do Apex-Core była wciąż daleka, a niebezpieczeństwa, które na nich czekały w wyższych sektorach, były realne i śmiertelne. Ale patrząc na sylwetkę chłopaka idącego przed nią, po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła, że być może ta cała szalona misja nie jest tylko samobójczym zrywem. Być może kod obudzonego operatora był czymś więcej niż tylko legendą synapsiarzy z podziemia. Był kluczem do wyjścia z więzienia.
---
Gdy weszli głębiej w labirynt rur i betonowych kolektorów, korytarz zaczął się zwężać. Woda prawie całkowicie zniknęła, pozostawiając jedynie lepką warstwę czarnego mułu, która przy każdym kroku mlaskała pod ich stopami niczym nienasycone usta. Rhea szła w milczeniu, starając się uporządkować w głowie to, czego była świadkiem. Jej bio-deck, wciąż włączony, pulsował łagodnym zielonym światłem na jej biodrze, co chwila pikając cicho, gdy rejestrował drobne wahania lokalnego pola magnetycznego wokół Petera.
– Ten prąd eteryczny... – przerwała ciszę Rhea, a jej głos zabrzmiał pusto w ciasnej przestrzeni tunelu. – Jak zamierzasz go kontrolować na powierzchni? W Sektorze 4 zagęszczenie sensorów i detektorów anomalii jest stokroć większe niż tutaj, w kanałach. Każde nielokalne wahnięcie pola, każdy skok napięcia na poziomie Plancka zostanie natychmiast zarejestrowany przez systemy obronne Apex-Core. Ich algorytmy predykcyjne wykryją cię, zanim zdążysz pomyśleć o kolejnym hacku.
Peter zatrzymał się przed starymi, zardzewiałymi drzwiami grodziowymi, na których wciąż widniał wyblakły, trójkątny znak ostrzegawczy przed wysokim napięciem. Obejrzał się na nią przez ramię, a na jego twarzy malował się wyraz pobłażliwości, który tak bardzo ją drażnił.
– A kto powiedział, że zamierzam cokolwiek kontrolować w sposób, jaki oni potrafią wykryć? – zapytał cicho. – Ich systemy są zaprojektowane do wykrywania oporu. Szukają tarcia, szukają anomalii w siatce, szukają prądu, który napotyka przeszkodę i generuje ciepło, czyli stratę energii. Moje zrekompilowane DNA nie stawia już oporu. Prąd eteryczny płynie przeze mnie tak, jak woda płynie przez rzekę, która nie ma brzegów. Jestem częścią krajobrazu, Rhea. Dla ich detektorów będę wyglądał jak zwykły szum tła, jak fluktuacje próżni, których ich systemy nie filtrują, bo uznałyby je za błąd zaokrąglenia.
– Błąd zaokrąglenia... – powtórzyła pod nosem, patrząc, jak chłopak bez wysiłku chwyta za zardzewiałą, stalową dźwignię drzwi grodziowych. Zwykle do jej poruszenia potrzeba było dwóch rosłych mechaników i sporej dawki smaru. Peter szarpnął lekko. Stal jęknęła rozdzierająco, rdza sypnęła się deszczem na beton, a rygiel ustąpił z głośnym trzaskiem. – Twoja siła fizyczna... to też zasługa epigenetyki?
– To zwykła fizyka, Rhea – powiedział, popychając ciężkie skrzydło drzwi, które uchyliły się z cichym zgrzytem, odsłaniając kolejny, jeszcze ciemniejszy korytarz, z którego tchnęło chłodem i zapachami starego cementu. – Kiedy twoje komórki działają jako nadprzewodniki, sprawność mięśni rośnie do wartości maksymalnych. Tradycyjny człowiek wykorzystuje zaledwie kilka procent swojej potencjalnej siły mięśniowej, bo jego mózg, kontrolowany przez lęk przed uszkodzeniem ciała, nakłada blokady. Ja te blokady zdjąłem. Moje komórki nie boją się rozpadu, bo potrafią zrekompilować się w locie. Mogę wygenerować siłę, która dla ciebie wygląda jak magia, a dla mnie jest po prostu optymalnym wykorzystaniem dostępnej biomasy.
– Magia... – westchnęła Rhea, przekraczając próg za nim. – Nazywaj to jak chcesz, Peter. Ale dla mnie to wciąż wygląda jak pakt z diabłem. Przepisałeś swój kod genetyczny. Usunąłeś ograniczenia Demiurga. Ale co zyskałeś w zamian? Co jeśli ten twój epigenetyczny bunt odciął cię od czegoś, co czyniło cię człowiekiem? Co jeśli teraz jesteś tylko... dosłowniejszą maszyną w jego więzieniu?
Peter zatrzymał się w ciemności i przez chwilę Rhea myślała, że nie odpowie. Słyszała jedynie jego miarowy, spokojny oddech – oddech człowieka, którego serce biło z częstotliwością koherencji, wolne od strachu, wolne od lęku przed śmiercią.
– Zyskałem wolność, Rhea – odpowiedział wreszcie, a jego głos był niezwykle cichy, ale jednocześnie tak wyraźny, jakby mówił bezpośrednio w jej umyśle. – Wolność od strachu. Wolność od konieczności zginania karku przed istotą, która uważa się za naszego stwórcę, a jest jedynie pasożytem żywiącym się naszymi cierpieniami. Jeśli to czyni mnie maszyną w twoich oczach... to niech tak będzie. Ale przynajmniej jestem maszyną, która sama pisze swój program. A teraz chodźmy. Sektor czwarty nie będzie czekał, a my mamy jeszcze sporo kodu do przepisania na powierzchni.
Rhea nie odpowiedziała. Ruszyła za nim w ciemność, czując, jak jej własne serce, wciąż uwięzione w starym, archonckim rytmie lęku, bije szybko i nieregularnie. Chciała wierzyć w jego słowa, chciała wierzyć w wolność, o której mówił. Ale patrząc na jego plecy, nie mogła pozbyć się uczucia, że przekroczyli granicę, zza której nie ma już powrotu do świata ludzi, jakich znała. Przekroczyli granicę i weszli w domenę bogów – albo demonów, które sami stworzyli z własnego strachu i pragnienia buntu.
Szli dalej, a ciemność tunelu powoli pochłaniała ich sylwetki, zostawiając za sobą jedynie cichy szum wody w oddali i zielonkawy blask bio-decku, który z każdą minutą wydawał się świecić coraz słabiej, jakby tracił sens w obecności światła, które Peter nosił teraz w sobie.
Pod Sektorem 4 czekały na nich kolejne poziomy instalacji technicznych, których nikt nie konserwował od czasu wielkich czystek. Kable zwisające ze sklepienia przypominały wysuszone pnącza w syntetycznej dżungli. Peter szedł przodem, a pod jego stopami od czasu do czasu pękały plastikowe rurki instalacyjne, chrupiąc cicho.
– Rhea – odezwał się nagle, nie odwracając się. – Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego Jaldabaoth tak bardzo boi się koherencji? Dlaczego cały ten świat jest tak zaprojektowany, by utrzymywać nas w ciągłym rozproszeniu?
Rhea poprawiła pasek bio-decku, który piła w ramię.
– To oczywiste. Rozproszonym stadem łatwiej kierować.
– To tylko poziom socjologiczny. Powierzchowny. Prawdziwy powód tkwi głębiej, w samej strukturze pola. Pomyśl o fizyce kwantowej. Dlaczego cząstki zachowują się jak fale, dopóki nie zostaną zaobserwowane? Dlaczego kolaps fali następuje dopiero pod wpływem świadomego pomiaru?
– Leniwe renderowanie – rzuciła Rhea. – Wspominałeś o tym. System oszczędza zasoby. Renderuje tylko to, na co patrzy gracz.
– Właśnie. Ale pomyśl, co się dzieje, gdy milion graczy patrzy na to samo w stanie całkowitego rozproszenia i strachu. Generują niespójny szum informacyjny. Środowisko staje się stabilne, sztywne, zablokowane w jednym, narzuconym przez Demiurga stanie – niskowibracyjnej, materialnej klatce. Ale kiedy chociaż jeden Operator wejdzie w stan idealnej koherencji, jego uwaga przestaje być szumem. Staje się falą spójną. Taka fala potrafi wejść w rezonans z siecią rzeczywistości i lokalnie przepisać parametry renderowania. Koherencja 0.1 Hz to klucz dostępu do jądra silnika graficznego. Kiedy serce bije w tym rytmie, stwarzasz lokalne pole, w którym zasada nieoznaczoności Heisenberga zaczyna działać na twoją korzyść. Możesz zdecydować, które prawdopodobieństwo się zamanifestuje. Możesz odmówić kolapsu fali w stan choroby czy śmierci. To dlatego nas kontrolują. Boją się, że przypomnimy sobie, jak manipulować kodem za pomocą własnego serca.
Rhea milczała, analizując jego słowa. W jej głowie powoli układała się całość. Epigenetyka Liptona, kody Gatesa, fizyka kwantowa i gnostycka teologia – wszystko to, co korporacja Apex-Core starała się trzymać w odrębnych szufladach, by nikt nie połączył kropek, teraz łączyło się w jedną, spójną całość. Spojrzała na swoją dłoń, na której pod wpływem wilgoci skroplił się brudny deszcz. Pomyślała o miliardach ludzi na powierzchni, o tych wszystkich loosh-dojarkach, w których codziennie miliony dusz oddawało swoją energię życiową w zamian za iluzję bezpieczeństwa.
– Jeśli masz rację, Peter... – szepnęła. – To znaczy, że rewolucja nie potrzebuje broni. Nie potrzebuje bomb ani armii.
– Broń to też część ich gry – odparł Peter, zatrzymując się przed szybem windy towarowej, której zerwane liny zwisały w czarną przepaść. – Broń generuje strach, a strach to paliwo dla systemu. Jeśli walczysz z Demiurgiem jego własną bronią, zawsze przegrasz, bo on jest mistrzem w tej grze. Musisz zmienić zasady. Musisz przestać grać w jego grę. Musisz obudzić Operatora.
Spojrzał w głąb szybu windy, a potem w górę, gdzie daleko w górze majaczyły słabe światła wyższych poziomów Sektora 4.
– A teraz przygotuj się. Wchodzimy na terytorium wroga. I tym razem to oni będą musieli dostosować się do naszej fizyki.
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to