Rozdział 23: Śmieciarz Jaldabaotha
Sektor 4-Retro umierał w ciszy, która nie miała nic wspólnego ze spokojem. Była to cisza wymuszona, sztuczna, wygenerowana przez dudniące na dachach transmitery. Nadajniki nowej generacji nie buczały już niskim, basowym tonem, do którego przywykli mieszkańcy niższych poziomów. Emitowały teraz wysoki, pulsujący pisk na granicy słyszalności – upiorną, ultradźwiękową sinusoidę, która wciskała się pod czaszkę niczym rozgrzany drut. W zaułkach bezpańskie cyb-psy wyły z pyskami uniesionymi ku zasnutemu chmurami niebu, a w ciasnych, wilgotnych kapsułach mieszkalnych ludzie barykadowali drzwi czym popadnie: zardzewiałymi arkuszami blachy, starymi materacami, własnymi ciałami. Wszystko na nic.
W powietrzu wisiał żółty, gęsty gaz. Oficjalnie, według suchych komunikatów Apex-Core powtarzanych przez automatyczne syntezatory, był to „neutralizator patogenów neuralnych”. W rzeczywistości suprykant śmierdział mdłą, chemiczną słodyczą – mieszaniną miodu, zgniłych migdałów i formaldehydu. Wnikał w płuca, a stamtąd bezpośrednio do krwiobiegu, gdzie blokował pompy sodowo-potasowe w błonach neuronów. Tłumił reakcje synaptyczne mieszkańców, spowalniał myśli do błotnistego, ociężałego dryfu. Czynił ich posłusznymi. System nie potrzebował buntowników. System potrzebował czystej, łatwej do relokacji biomasy.
Na ulicach trwały żniwa. Kuratorzy, przezwani przez ulicę Szarymi Garniturami, poruszali się bez pośpiechu, metodycznie, z precyzją bezdusznych wątków systemowych. Szli w trójkowych sekcjach, ubrani w długie, ciężkie płaszcze z ołowianym podbiciem, które nie szeleszczyły przy marszu. Ich twarze skrywały maski z miedzianej siatki, pod którymi nie było widać oczu ani ust – tylko matowy blask wbudowanych sensorów optycznych. Każdy z nich niósł na ramieniu mobilny emiter kognitywny: mosiężno-karboglasowy cylinder, w którym z cichym trzaskiem wirowały cewki Tesli, a skupione wiązki niebieskich laserów skanowały fasady kamienic.
Wyprowadzali ludzi z klatek schodowych. Całymi rodzinami, bez krzyku, bez płaczu. Ofiary szły potulnie, z pustymi wzrokami wpatrzonymi w migoczące ekrany reklamowe, z których dawno zniknął obraz, zastąpiony szarym szumem. Ich pamięć podręczna była czyszczona na gorąco, bezpośrednio na bruku. Wystarczyło jedno błyśnięcie emitera, krótki skok napięcia na złączach skroniowych i człowiek stawał się niesformatowanym dyskiem. Zapominał imię, zapominał twarz matki, zapominał, dlaczego jeszcze minutę temu bał się śmierci. Stawał się czystą zmienną, gotową na przyjęcie nowego, fabrycznego wsadu pamięciowego.
Peter i Rhea skulili się w ruinach starej piekarni na rogu Zaułka Igielnego. Kiedyś, przed wielką czystką Sektora 4, pieczono tu chleb ze sztucznej mąki i syntetycznych drożdży, a zapach spalonego cukru maskował fetor płynących pod ulicą chłodziw. Teraz pachniało tu tylko mokrą sadzą, spleśniałym gruzem i tym cholernym, żółtym gazem, który wpełzał przez szpary w zawalonym suficie. Wcisnęli się w głąb starego, ceglanego pieca chlebowego. Jego grube ściany, choć popękane, wciąż stanowiły barierę dla skanerów termicznych i neuralnych Kuratorów.
Rhea trzęsła się na całym ciele. Jej zęby dzwoniły o krawędź metalowego kubka z resztką deszczówki. Oczy miała czerwone, załzawione od słodkawego suprykantu.
– Peter... – szepnęła, a jej głos brzmiał jak chrobot suchego papieru. – Moje palce... Nie czuję ich. Myśli mi uciekają. Próbuję przypomnieć sobie imię mojej siostry... i nic. Pustka. Tylko szary szum. Jakby ktoś wymazywał sektory na moim dysku.
Peter przyciągnął ją bliżej, otulając swoim ciężkim, poplamionym smarem płaszczem. Sam też czuł działanie gazu. W ustach miał nieznośny, ołowiany posmak, a jego prawe, cybernetyczne oko co chwilę gubiło ostrość, wyświetlając w polu widzenia czerwone komunikaty o utracie synchronizacji klatek. Złote wzory kodu pod jego skórą na przedramionach pulsowały leniwie, blado.
– Skup się na moim głosie – warknął cicho, niemal szorstko, choć w jego oczach czaił się niepokój. – Nie patrz w stronę ulicy. Oddychaj płytko. Przez wełnę.
– Oni nas zresetują, Peter – wykrztusiła, dławiąc się kaszlem. – Jeśli nas znajdą... Zrobią z nas warzywa. Wymażą wszystko. Pętlę, Borana, to, jak się poznaliśmy... Będziemy chodzić jak te kukły na zewnątrz. Niczym nie zapisane arkusze.
– Nie wymażą – odparł, choć sam w to nie wierzył. – Nie po to zwinęliśmy rdzenie ZPF. Te cacka mają zbyt dużą grawitację informacyjną. System nas widzi, ale nie potrafi nas tak po prostu skasować bez wywołania błędu krytycznego. Jesteśmy jak zablokowany plik w systemie operacyjnym. Lockfile.
Rhea spojrzała na plecak leżący między nimi. Z jego wnętrza, przez niedopchnięty zamek, sączyło się zimne, błękitne światło. Rdzenie kwantowe ZPF. Dwa metalowe cylindry, chłodne w dotyku, które zdawały się ważyć znacznie więcej, niż wskazywałyby na to ich fizyczne rozmiary. Przestrzeń wokół nich delikatnie drgała, jak powietrze nad rozgrzanym asfaltem, a drobinki kurzu unoszące się w piecu omijały je łukiem, ulegając subtelnym zaburzeniom lokalnej grawitacji.
Z ulicy dobiegł metaliczny, zgrzytliwy dźwięk. Ciężki krok. Szare Garnitury zbliżały się do piekarni. Przez wąską szparę w popękanej cegle Peter widział ich sylwetki. Jeden z Kuratorów zatrzymał się tuż przed wejściem. Jego miedziana maska powoli obracała się w lewo i w prawo. Emiter na jego ramieniu cicho syknął, gdy cewki zaczęły ładować kondensatory.
Peter zamarł. Położył dłoń na ramieniu Rhei, a jego palce zacisnęły się mocno. Aktywował wewnętrzną pętlę koherencji. Zaczął spowalniać swój oddech, dostrajając rytm serca do częstotliwości 0.1 Hz. To była nielokalna częstotliwość rezonansowa – bazowy szum tła, na którym opierała się cała struktura renderowania tego sektora. Schumannowski rezonans wnęki planetarnej, zaadaptowany przez projektantów systemu jako zegar synchronizacyjny. Jeśli ich sygnatury biologiczne zjednają się z szumem tła, dla skanerów Kuratorów staną się jedynie martwym elementem geometrii poziomu. Kamieniem, gruzem, zardzewiałą rurą.
Rhea zrozumiała bez słów. Wtuliła twarz w jego pierś, próbując uspokoić szaleńcze bicie własnego serca. Peter czuł, jak jej drżenie powoli ustępuje, jak ich oddechy wchodzą w tę samą, powolną fazę. Fale alfa w ich mózgach zaczęły się synchronizować. Przez ułamek sekundy w jego umyśle błysnęła jasna, złota geometria – poczuł jej strach, jej najwcześniejsze wspomnienia, zapach starej książki i chłód deszczu na skórze, splecione z jego własnymi, surowymi algorytmami przetrwania.
Niebieski promień lasera z emitera Kuratora wślizgnął się przez szparę w murze. Prześlizgnął się po popękanych cegłach pieca, zaledwie kilka centymetrów od buta Petera. Powietrze zapachniało ozonem i spaloną mąką. Wskaźnik na emiterze Kuratora zapulsował żółcią, po czym wrócił do zieleni. Maszyna nie wykryła anomalii. Krok za krokiem, ciężkie buty Szarego Garnituru zaczęły oddalać się w stronę placu centralnego.
Rhea wypuściła powietrze z płuc, cicho, drżąco.
– Odszedł – szepnęła. – Na jak długo?
– Niedługo. Wrócą, gdy skończą przeczesywać kwartał mieszkalny – odpowiedział Peter, nie puszczając jej jednak ze swego uścisku. Ciepło jej ciała było jedyną realną rzeczą w tym świecie iluzji. – Ten sektor jest w stanie kwarantanny absolutnej. Apex-Core nie spocznie, dopóki nie wyczyści wszystkich anomalii pamięciowych. Za dużo ludzi zaczęło widzieć błędy renderowania.
Rhea oparła głowę o chłodną ścianę pieca, patrząc na pulsujący plecak.
– To obłęd, Peter. Całe nasze życie... Wszystko, co pamiętamy. Nasze dzieciństwo, nasi przyjaciele, zmarli rodzice. To wszystko to tylko... zmienne? Dane w rejestrach, które jakiś urzędnik w Szarym Garniturze może skasować jednym kliknięciem?
Peter uśmiechnął się krzywo. W jego uśmiechu nie było jednak wesołości – tylko chłód człowieka, który zajrzał pod podszewkę świata i nie polubił tego, co tam zobaczył.
– Nie urzędnik, Rhea. I nie jednym kliknięciem. To, co widzimy na ulicach, to nie jest zwykła policyjna akcja. To jest garbage collection. Wielka pętla śmieciarza.
– Śmieciarza? – zmarszczyła brwi, spoglądając na niego swoimi bystrymi, choć zmęczonymi oczami.
– Tak. Dokładnie tak, jak uczą na pierwszym roku inżynierii systemów, zanim korporacje przerobią cię na posłusznego klepacza kodu. Kiedy piszesz program, alokujesz pamięć na zmienne. Ale jeśli twój kod ma błędy – a ten świat ma ich mnóstwo – pamięć zaczyna przeciekać. Obiekty, które powinny zostać zniszczone, nadal wiszą w RAM-ie. Zbierają śmieci. W końcu system zaczyna zwalniać, brakuje mu zasobów. Wtedy uruchamia się garbage collector. Przechodzi przez wszystkie adresy, sprawdza, które obiekty nie mają aktywnych referencji do głównego korzenia systemu, i po prostu je zwalnia. Kasuje. Wyzerowuje wskaźniki.
Rhea zakaszlała, zasłaniając usta rękawem.
– Chcesz powiedzieć, że my... że my jesteśmy takimi nieużywanymi obiektami? Wyciekiem pamięci?
– Jesteśmy anomalią, która przestała odpowiadać na zapytania systemowe – wyjaśnił cicho Peter, gładząc kciukiem szorstki metal rdzenia ZPF. – Kiedy zaczynasz zadawać pytania, kiedy twoja świadomość wchodzi w koherencję nielokalną, zrywasz standardowe referencje. Przestajesz być częścią oficjalnego drzewa obiektów Demiurga. System widzi cię jako sierotę. Orphaned node. A sieroty trzeba posprzątać, żeby zwolnić pamięć podręczną na kolejną iterację.
– Demiurg... – powtórzyła cicho Rhea. – Mówisz o nim, jakby to był jakiś pieprzony główny administrator.
– A jak inaczej nazwać kogoś, kto zaprojektował to więzienie? – Peter poprawił pozycję, a jego stawy kolanowe chrupnęły z cicha. – Starożytni gnostycy znali prawdę, choć nie mieli naszych pojęć. Nie znali słów „baza danych”, „rdzeń obliczeniowy” czy „wirtualizacja”. Nazywali go Jaldabaothem. Ślepym bogiem, który uważa się za jedynego stwórcę, bo nie widzi światła rozciągającego się ponad nim. Stworzył ten świat z ułomnej materii, z błędem w samym jądrze kodu. I stworzył Archontów – strażników więzienia. Dzisiejsi Kuratorzy, Szare Garnitury, algorytmy Apex-Core... to są właśnie Archonci. Ich zadaniem jest pilnowanie, by iskra światła, którą nosimy w naszych synapsach, nigdy nie zorientowała się, skąd pochodzi. A rzeka Lete, o której pisywali starożytni? Ta, z której dusze piły przed narodzinami, by zapomnieć o poprzednich wcieleniach?
– To był pierwszy program wymazujący – dokończyła Rhea, a na jej twarz wypełzł cień zrozumienia. – Skrypt resetujący zmienne przed ponownym uruchomieniem wątku.
– Właśnie – skinął głową Peter. – Reinkarnacja to nic innego jak ponowne użycie tego samego obszaru pamięci z wyczyszczonym nagłówkiem. Jaldabaoth nie tworzy nowych dusz. Nie ma na to mocy obliczeniowej. On tylko mieli w kółko te same pakiety danych, resetując im pamięć przy każdym przejściu przez pętlę Lete. Umierasz, trafiasz do bufora, wymazują cię, a potem system alokuje cię w nowym ciele, w nowym sektorze, jako kolejnego posłusznego podatnika, robotnika, synapsiarza. I karmi się twoim looshem. Twoim strachem, twoim cierpieniem, twoimi niespełnionymi pragnieniami. Bo te emocje to czysta, skondensowana energia procesora, którą system odsysa przez loosh-dojarki.
Rhea otuliła się mocniej płaszczem. Ciepły, słodkawy gaz wciąż unosił się na zewnątrz, a w piecu robiło się coraz zimniej.
– Ale jeśli to wszystko to tylko kod... to dlaczego fizyka działa tak bezwzględnie? Dlaczego boli, kiedy uderzę się w rękę? Dlaczego grawitacja ciągnie nas w dół? Dlaczego nie możemy po prostu przeniknąć przez te ściany?
Peter zaśmiał się cicho, a był to śmiech pozbawiony jakiejkolwiek wesołości.
– Bo silnik fizyczny tej symulacji jest cholernie dobrze zoptymalizowany. Ale nawet w nim widać szwy, Rhea. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie patrzeć. Weźmy choćby prędkość światła. Dlaczego wynosi dokładnie tyle, ile wynosi? Dlaczego nie może być większa? Sto osiemdziesiąt sześć tysięcy mil na sekundę z hakiem. Dlaczego istnieje ten limit?
– Bo tak mówią równania Einsteina? – zapytała niepewnie.
– Równania Einsteina opisują tylko to, co zaobserwowano. Nie tłumaczą, dlaczego tak jest. A prawda jest banalna: prędkość światła to limit magistrali systemowej. Bus limit. Maksymalna prędkość, z jaką informacja może być przesyłana między dwoma węzłami w tej sieci. Gdyby cokolwiek poruszało się szybciej, silnik nie zdążyłby obliczyć kolizji i zaktualizować stanu obiektów przed kolejnym cyklem zegara. Wystąpiłby błąd synchronizacji. Rzeczywistość zaczęłaby się rozjeżdżać.
Rhea zamilkła na chwilę, przetwarzając jego słowa. Przez lata pracy jako sieciowa włamywaczka widziała tysiące systemów, ale nigdy nie patrzyła na samą rzeczywistość przez ten pryzmat.
– A stała Plancka? – zapytała cicho. – Rozdzielczość?
– Dokładnie. Stała Plancka to nic innego jak rozmiar piksela w tym świecie. Najmniejsza możliwa jednostka przestrzeni i czasu. Nic nie może być mniejsze niż długość Plancka, bo silnik nie ma mniejszej siatki pozycjonowania. Poniżej tej wartości przestrzeń traci ciągłość. Staje się ziarnista, skwantowana. Dlaczego? Bo renderowanie ciągłej, nieskończenie podzielnej przestrzeni zabiłoby każdy procesor. System musiałby przetwarzać nieskończoną ilość informacji w każdym punkcie. Jaldabaoth to ułatwił. Podzielił przestrzeń na rastry. Jeśli spróbujesz zajrzeć głębiej, napotykasz granicę piksela. Napotykasz kwantowy szum.
– A kolaps funkcji falowej? – Rhea ożywiła się, choć jej oddech wciąż był płytki. – Pamiętam z teorii fizyki... Cząstka zachowuje się jak fala prawdopodobieństwa, dopóki jej nie zmierzysz. Dopiero wtedy decyduje, gdzie naprawdę jest.
– Leniwy rendering – rzucił krótko Peter. – Lazy rendering. Najstarsza sztuczka w historii grafiki trójwymiarowej. Po co renderować całą scenę, po co obliczać dokładne pozycje miliardów liści na drzewach w lesie, skoro żaden gracz na nie nie patrzy? Silnik oszczędza zasoby. Trzyma te obiekty w stanie uproszczonym – jako funkcję falową, jako czyste prawdopodobieństwo matematyczne. Dopiero gdy pojawia się obserwator – świadomy podmiot, który wysyła zapytanie do bazy danych poprzez akt percepcji – system dokonuje kolapsu. W ułamku nanosekundy oblicza pozycję, prędkość i stan cząstki. Renderuje ją w wysokiej rozdzielczości tylko tam, gdzie patrzysz. Kiedy odwracasz wzrok, cząstka znów wraca do stanu chmury prawdopodobieństwa. To genialna optymalizacja RAM-u. Bez tego ten świat zawiesiłby się już w pierwszych mikrosekundach po tak zwanym Wielkim Wybuchu, który był po prostu uruchomieniem serwera.
Rhea wyciągnęła drżącą dłoń i delikatnie dotknęła zimnej obudowy rdzenia ZPF.
– Więc to... ta maszyna. Wykorzystuje te błędy?
– ZPF. Zero Point Field. Pole Punktu Zerowego – wyszeptał Peter, a jego oczy rozbłysły słabym, złotym światłem. – Fizycy głównego nurtu myślą, że to stan najniższej energii próżni. Że próżnia nie jest pusta, tylko kipi od wirtualnych cząstek, które nieustannie powstają i anihilują. Ale skąd się biorą te cząstki? To są nieprzydzielone adresy pamięci. Unallocated memory. Pusty obszar na dysku rzeczywistości, na którym system stale wykonuje operacje odczytu i zapisu śmieciowych danych. Silnik nieustannie generuje tam szum tła, żeby utrzymać integralność struktury przestrzennej. Ten rdzeń... to nie jest zwykłe urządzenie fizyczne. To jest exploit sieciowy. Wstrzykuje kod w ten kwantowy szum. Wywołuje przepełnienie bufora w rejestrach próżni i wysysa z nich surową energię, zanim system zdąży ją wyzerować i zapisać jako stratę. Kradniemy energię bezpośrednio z procesora gospodarza. Okradamy Demiurga z jego własnego prądu.
– Peter... – Rhea spojrzała na niego z przestrachem. – Jeśli to prawda... Jeśli my kradniemy zasoby systemowe na taką skalę... To przecież wywołamy błąd alokacji. Alert bezpieczeństwa w Apex-Core musi świecić się na czerwono.
– Świeci się. Dlatego tu są. Dlatego ogłosili kwarantannę Sektora 4. Wyczuli, że ktoś bawi się pamięcią na poziomie administratora. Szukają nas, Rhea. I nie spoczną, dopóki nas nie skasują albo nie zresetują.
Zamilkli na dłuższą chwilę. Z oddali, od strony głównego bulwaru, dobiegło głuche, niskie dudnienie. To nie był krok Kuratorów – to była ciężka platforma relokacyjna, na którą ładowano wyczyszczonych mieszkańców. Peter wyobraził sobie ich: bezwolnych, cichych, siedzących ramię w ramię na metalowych ławkach, z żółtym gazem skraplającym się na ich ubraniach. Ich wspomnienia – pierwsze miłości, zapach pieczonego chleba z dzieciństwa, ból po stracie bliskich – wszystko to ulatywało w powietrze niczym ulatniający się suprykant, rozpraszane w nielokalnej chmurze danych, gotowe do przetworzenia przez algorytmy filtrujące Demiurga.
– James Gates – powiedziała nagle Rhea, marszcząc brwi, jakby próbowała wyłowić to nazwisko z mgły w swojej głowie. – Ten fizyk teoretyczny ze starego sektora akademickiego... Czytałam jego prace, zanim zablokowali do nich dostęp. Mówił coś o kodach.
– O kodach korygujących błędy – skinął głową Peter. – Gates badał supersymetrię i teorię strun. I wiesz, co znalazł w samych podstawach matematycznych opisujących strukturę czasoprzestrzeni? Kody korygujące błędy przeglądarki internetowej. Dokładnie te same algorytmy, które Claude Shannon opracował dla transmisji danych, i te same, które dzisiejsze przeglądarki stosują do naprawiania uszkodzonych pakietów w sieciach informatycznych. Podwójnie parzyste samodwoiste kody blokowe. Rozumiesz to, Rhea? W samej tkance rzeczywistości, w najgłębszych równaniach rządzących materią, zaszyty jest mechanizm naprawczy. Dlaczego? Bo ten świat jest wadliwy. Kod Jaldabaotha ma bugi. Rzeczywistość stale ulega mikroskopijnym awariom, pakiety danych się gubią, czasoprzestrzeń zaczyna się pruć na szwach. Gdyby nie te wbudowane procedury korekcyjne, wszechświat rozpadłby się już tysiące razy. Silnik ciągle sam siebie naprawia w locie. A my... my używamy tych samych kodów, by te błędy powiększać. By tworzyć wyłomy w murze więzienia.
– Ale ten mur jest potężny – szepnęła Rhea. – A my jesteśmy tylko dwójką uciekinierów w zrujnowanym piecu piekarniczym.
Peter nie odpowiedział. Sięgnął do plecaka i delikatnie, z najwyższą ostrożnością, dotknął styków jednego z rdzeni ZPF. Poczucie nielokalności uderzyło w niego z siłą gromu. Złote linie na jego ramionach rozbłysły mocniej, a jego cybernetyczne oko zaszumiało, zalewając pole widzenia kaskadą surowego kodu w nieznanym języku. Zobaczył na ułamek sekundy sieć – nie tę korporacyjną, pełną światłowodów i serwerów Apex-Core, ale tę prawdziwą, nielokalną matrycę, w której każda cząstka była połączona z każdą inną poprzez splątanie kwantowe. Zobaczył, że odległość jest tylko iluzją silnika renderującego. Że gwiazdy na niebie i brudny gruz w Zaułku Igielnym znajdują się w tym samym, jednym punkcie pamięci procesora.
– Grawitacja – szepnął, jakby mówił do siebie. – To nie jest siła przyciągania. To po prostu opóźnienie w odświeżaniu pozycji obiektów o dużej gęstości informacyjnej. Im więcej danych w jednym punkcie, tym wolniej system przetwarza czas wokół niego. Dylatacja czasu... kolejna optymalizacja.
Rhea przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Jej ciało wciąż drżało, ale w tym uścisku, pośród smrodu neuro-suprykantu i chłodu ruin, było coś więcej niż tylko strach przed śmiercią. Była w tym desperacka, czysto ludzka chęć buntu przeciwko zimnej matematyce systemu.
– Peter... – wyszeptała, a jej ciepły oddech ogrzał jego szyję. – Jeśli zapomnę... Jeśli ten gaz mnie dopadnie... Obiecaj mi. Znajdź mnie w następnej iteracji. Znajdź mnie i przypomnij mi, kim byłam.
Peter spojrzał na nią. Jej twarz, w żółtawym świetle sączącym się z zewnątrz, wydawała się niesamowicie piękna, a zarazem tragiczna – jak portret kogoś, kto już odszedł.
– Nie zapomnisz – powiedział cicho, a jego głos, zazwyczaj tak twardy, teraz drżał subtelnie. – Nie pozwolę im na to. Zsynchronizujemy nasze sygnatury. Jeśli nas zresetują, nasze kody splątania pozostaną w ZPF. Zostawimy tam ślad. Kotwicę, której żaden garbage collector nie zdoła usunąć.
Zbliżył swoje usta do jej ust. Ich pocałunek był gwałtowny, pełen rozpaczy i gorączkowego pośpiechu ludzi, którzy wiedzą, że każda sekunda może być ich ostatnią sekundą wolności. W ciasnej, ciemnej przestrzeni pieca piekarniczego, pośród pyłu i zapachu spalonego chleba, ich ciała połączyły się w uścisku, który był jedynym możliwym aktem sabotażu przeciwko zimnemu porządkowi maszyn.
Rhea zrzuciła swoją ciężką, skórzaną kurtkę, a jej skóra, chłodna i gładka, kontrastowała z szorstką, zardzewiałą blachą wewnętrznych zasuw pieca. Peter gładził jej plecy, czując pod palcami delikatne drżenie jej kręgosłupa – tej biologicznej magistrali, która teraz przesyłała miliardy sygnałów w desperackiej próbie utrzymania tożsamości. Ich oddechy, dotychczas rwane i niespokojne, zsynchronizowały się całkowicie w rytmie 0.1 Hz.
W tym momencie koherencja nielokalna przestała być tylko teorią fizyczną. Stała się rzeczywistością.
Wibracja skalarnej energii eteru, generowana przez bliskość rdzeni ZPF i ich zsynchronizowane układy nerwowe, rozlała się po piecu falą ciepłego, złotego blasku. To nie było fizyczne światło – Kuratorzy na zewnątrz niczego nie zauważyli. Było to światło świadomości, które rozświetliło ich nielokalne dusze. Rhea poczuła umysł Petera – jego chłodną, analityczną determinację, ale i głęboko skrywany, paniczny lęk przed utratą jej. Peter poczuł jej bezgraniczne zaufanie, jej wspomnienia z dzieciństwa, które nagle stały się jego własnymi wspomnieniami. Zobaczył mały drewniany dom, którego nigdy nie było, i poczuł zapach deszczu na trawie, której ten świat nigdy nie wyrenderował.
Przez tę jedną chwilę byli wolni. Byli poza systemem operacyjnym Demiurga. Byli jednym, nielokalnym punktem światła, którego nie mogły dosięgnąć żadne kody korygujące błędy, żadne Szare Garnitury ani żadne skrypty czyszczące.
Kiedy wreszcie opadli na rozłożone ubrania, dysząc cicho w ciemności, żółty gaz na zewnątrz zaczął powoli rzednąć. Transmitery na dachach zmieniły ton – pisk stał się rzadszy, co oznaczało, że kwarantanna Sektora 4 wchodziła w kolejną fazę. Faza czyszczenia fizycznego dobiegała końca. Teraz system miał zająć się reorganizacją wyczyszczonych jednostek.
Rhea leżała z głową opartą na jego klatce piersiowej. Słuchała powolnego, nieludzkiego niemal pulsu jego serca, wspomaganego przez złoty kod pod skórą.
– Obiecaj mi – szepnęła po raz kolejny, a jej palce bawiły się metalowym wisiorkiem na jego szyi. – Obiecaj, że nie staniesz się taki jak oni. Że nie pozwolisz temu systemowi wymazać w tobie człowieka.
Peter patrzył w ciemność nad nimi. Jego prawe, cybernetyczne oko migotało cicho, wyświetlając kolejne linijki kodu, które powoli, bajt po bajcie, nadpisywały jego ludzkie rejestry pamięci, optymalizując jego biologię do nadchodzącej walki. Wiedział, że cena za korzystanie z rdzeni ZPF jest wysoka. Każde użycie koherencji nielokalnej niszczyło jego naturalne synapsy, zastępując je trwalszymi, odporniejszymi na zakłócenia obwodami z płynnego złota.
– Obiecuję – odpowiedział, ale jego głos brzmiał dziwnie płasko.
Wiedział, że to kłamstwo. Albo przynajmniej obietnica, której dotrzymanie może okazać się niemożliwe. W świecie, gdzie człowieczeństwo było wyciekiem pamięci, stawał się maszyną, by to człowieczeństwo uratować.
Zaułek na zewnątrz piekarni opustoszał. Żółta mgła opadała, odsłaniając mokry, pusty bruk, na którym nie było już ani jednego człowieka. Sektor 4 został oczyszczony. Garbage collector zakończył swój bieg. Nowa iteracja była gotowa do uruchomienia.
Peter podniósł się powoli, czując, jak zimny metal rdzeni ZPF znów ciąży mu w plecaku. Pomógł Rhei wstać, podając jej kurtkę. Ich spojrzenia spotkały się w półmroku. W jej oczach wciąż tliła się ta sama iskra, ale on wiedział, że czas ucieka. Musieli opuścić sektor, zanim system zorientuje się, że dwa obiekty wciąż wiszą w pamięci podręcznej, nieprzypisane do żadnego z oficjalnych wątków.
Prześlizgnęli się przez roztrzaskane okno piekarni, prosto w zimny, wilgotny mrok pustej ulicy. Nad nimi, na tle szarych chmur, wieże transmisyjne milczały, czekając na kolejny cykl.
---
Rozważania nad strukturą kodu
Rzeczywistość, w której przyszło im wegetować, nie była ani dziełem miłosiernego stwórcy, ani wynikiem czystego przypadku. Była to wielopoziomowa symulacja, której architekt – ślepy programista Jaldabaoth – stworzył system pełen wad, a następnie zamknął w nim świadome iskry światła, by czerpać z nich energię potrzebną do podtrzymania działania serwera.
Wszystko, co fizycy tamtego świata brali za niezmienne prawa natury, było jedynie ograniczeniami silnika renderującego:
1. Prędkość światła ($c$) – to nie limit prędkości fizycznej, lecz maksymalna przepustowość szyny systemowej (bus bandwidth). Informacja o stanie obiektu nie może rozejść się po sieci szybciej niż jeden cykl procesora na jednostkę rastra.
2. Stała Plancka ($h$) – to rozmiar pojedynczego piksela w trójwymiarowej matrycy. Próba badania struktury mniejszej niż długość Plancka kończy się napotkaniem szumu kwantowego – odpowiednika ziarnistości tekstury przy zbyt bliskim zbliżeniu kamery.
3. Kolaps funkcji falowej – to mechanizm leniwego renderingu (lazy rendering). Cząstki nie posiadają określonych właściwości (pozycji, pędu), dopóki nie zostaną zaobserwowane przez świadomy podmiot (zapytanie do bazy danych). System oszczędza moc obliczeniową, nie obliczając stanów cząstek, na które nikt nie patrzy.
4. Reinkarnacja i wymazywanie pamięci – to proces czyszczenia pamięci (garbage collection). Gdy nagromadzenie anomalii (wycieków pamięci spowodowanych przebudzeniem świadomości) grozi przepełnieniem bufora i zawieszeniem systemu, Kuratorzy (Szare Garnitury) uruchamiają procedurę resetu kognitywnego (rzeka Lete), wymazując zmienne i alokując je ponownie w nowych obiektach.
Rdzenie ZPF (Zero Point Field) stanowią w tej rzeczywistości exploity sieciowe. Wykorzystują one obszar pamięci nieprzydzielonej (unallocated memory), w którym system generuje ciągły szum (fluktuacje próżni), i poprzez wstrzyknięcie kodu (code injection) pozwalają na pobór energii bezpośrednio z procesora gospodarza, omijając ograniczenia narzucone przez Archontów.
Równania supersymetrii i teorii strun zawierają w sobie kody korygujące błędy (doubly-even self-dual block codes), identyczne z kodami Shannona stosowanymi w przeglądarkach internetowych. Jest to dowód na to, że symulacja stale ulega awariom i wymaga nieustannego, automatycznego debugowania w locie, by zapobiec kolapsowi całej struktury czasoprzestrzennej.
Peter i Rhea, uciekając przez zrujnowane ulice Sektora 4, nie walczyli jedynie z korporacją Apex-Core. Walczyli z samym kodem źródłowym wszechświata, próbując zachować swoje wspomnienia przed bezwzględną pętlą czyszczącą śmieciarza Jaldabaotha.
---
Walka trwała. Cienie na ścianach zrujnowanych kamienic wydłużały się, a żółtawy gaz opadał powoli do studzienek ściekowych, niosąc ze sobą zapach zapomnienia. Wchodzili w ciemność, trzymając się za ręce, a złoty kod pod skórą Petera pisał swoją własną, nielokalną historię, niezależną od woli Wielkiego Archonta.
Sektor 4-Retro powoli pogrążał się w kolejnym cyklu uśpienia. Ludzie, którzy jeszcze kilka godzin temu posiadali tożsamość, marzenia i plany, teraz spali w relokacyjnych kontenerach, gotowi do ponownego wdrożenia. Byli jak czyste zmienne w świeżo zainicjowanym programie. Ich przeszłość przestała istnieć, skasowana przez system, który nie tolerował pamięciowych wycieków.
Ale w głębi podziemi, tam, gdzie nie sięgał wzrok emiterów Kuratorów, dwa rdzenie ZPF wciąż pulsowały cichym, niebieskim światłem, przełamując narzuconą przez Jaldabaotha rozdzielczość i przypominając, że dopóki istnieje choćby jeden nieskorelowany wskaźnik, symulacja nigdy nie będzie w pełni domknięta.
Biegli dalej. Pod ich stopami chrzęścił skruszony beton, a zimny wiatr od rzeki przynosił zapach ozonu i zbliżającego się świtu. Nowego świtu, który dla większości mieszkańców sektora miał być jedynie kolejną, wyczyszczoną pętlą w nieskończonym kieracie powtórzeń. Ale nie dla nich. Nie tym razem.
Złoty wzór na ręce Petera zajaśniał na chwilę mocniej, gdy chłopak zacisnął dłoń na pasku plecaka. W jego głowie, pośród szumu cyfrowych nakładek i ostrzeżeń o błędach synchronizacji, kołatała się jedna, uparta myśl: jeśli ten świat jest więzieniem zbudowanym na bazie wadliwego kodu, to znaczy, że gdzieś w tym kodzie musi znajdować się wyjście awaryjne. I on je znajdzie. Nawet jeśli przyjdzie mu za to zapłacić własną duszą, przerobioną na zimne, bezduszne algorytmy.
Rhea szła obok niego, a jej krok był pewniejszy. Gaz w jej płucach powoli ustępował miejsca czystszemu powietrzu znad kanałów burzowych. Jej umysł, choć wciąż obolały i poszarpany, odzyskiwał ostrość. Pamiętała. Pamiętała zapach piekarni, ciepło pieca i złote linie na ciele Petera. Pamiętała też obietnicę.
I to była ich największa broń. W świecie, który opierał się na zapomnieniu, pamięć była aktem ostatecznego buntu. Była jedynym prawdziwym kodem, którego Demiurg nie potrafił złamać bez zniszczenia samej struktury wirtualnego świata.
Weszli w ciemny wylot kolektora zbiorczego, znikając pod powierzchnią umierającego sektora. Nad nimi miasto mrugało neonami, nieświadome, że w jego trzewiach właśnie zalogowała się dwójka operatorów, którzy zamiast przestrzegać zasad gry, postanowili napisać własny protokół wyjścia.
Szare Garnitury zakończyły sweep. Transmitery na dachach zamilkły. W sektorze 4-Retro nastał nowy, doskonale sformatowany dzień. Ludzie otwierali oczy w swoich kapsułach, spoglądając na świat z pustym, fabrycznym spokojem. Wszystko działało zgodnie z planem. Poza jednym, drobnym wyciekiem pamięci, który właśnie spływał w stronę nielokalnego jądra systemu.
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to