Rozdział 31: Ewakuacja z Szeolu
Parujący szyb chłodzący Sektora 4 przypominał trzewia konającego, zardzewiałego lewiatana. Konstrukcja iglicy centralnej wznosiła się pionowo w mroczną, zanieczyszczoną przestrzeń, przebijając kolejne kondygnacje Apex-Core niczym gigantyczny, zębaty szpikulec wbity w brzuch nieba. Powietrze w tym miejscu było gęste, lepkie i przesiąknięte tłustym kondensatem. Pachniało siarką, starą miedzią, zgorzeliną i tym specyficznym, mdłym odorem przegrzanej izolacji, który każdy synapsiarz potrafił rozpoznać nawet w najgłębszym stadium narkotycznej śpiączki. Z głębi poziomów technicznych dobiegał nieustanny, niski ryk wentylatorów – to serwery główne iglicy przygotowywały się do globalnego restartu, pracując na najwyższych obrotach i wyrzucając z siebie fale dusznego gorąca.
Rhea i Peter brnęli przez labirynt kładek zawieszonych nad bezdenną przepaścią szybu. Pod ich stopami, w odległości kilkuset metrów, wznosiły się potężne, wirujące wirniki chłodnic, od których biło piekielne ciepło. Co kilka minut system uwalniał ciśnienie z zaworów awaryjnych, a wtedy z rur buchała oślepiająca biała para, sycząc niczym stado podrażnionych żmij. Rhea szła pierwsza, opierając się jedną ręką o chropowaty, tłusty od smaru dźwigar. Jej krok był chwiejny, a każdy ruch sprawiał jej widoczny ból. Z rany na jej lewym ramieniu, osłoniętej naprędce nałożonym opatrunkiem z syntetycznej siatki, sączył się ciemny, limfatyczny płyn, brudząc poszarpany rękaw kurtki.
– Daleko jeszcze? – wychrypiała, nie odwracając głowy. – Peter, ten szyb nie ma końca. Jeśli zaraz nie wyjdziemy na poziom tranzytowy, moje filtry płucne po prostu stopią się od tej temperatury.
– Szyb ma koniec, Rhea. Wszystko w tej domenie ma swój koniec, bo ma ograniczony bufor pamięci – odpowiedział Peter. Szedł tuż za nią, jego ruchy były nienaturalnie spokojne, niemal metodyczne. Spoglądał w dół, gdzie w ciemności pulsowały zielone i czerwone diody diagnostyczne centralnych procesorów Sektora 4. – Problem polega na tym, że Jaldabaoth zaczął już dławić fizykę lokalną. Czujesz ten opór powietrza? To nie jest zwykła aerodynamika. To wzrost lepkości środowiska. System redukuje prędkość odświeżania kolizji, by oszczędzać zasoby procesora przed recompilation.
Nagle z głębi szybu, z otworów wentylacyjnych położonych poniżej ich kładki, buchnął żółty, ciężki obłok. Gaz nie unosił się ku górze, lecz płożył się po metalowych kratownicach, gęsty i oleisty, przypominający kłęby siarkowego dymu. Rhea zatrzymała się gwałtownie, cofając się o krok.
– Zaraza... – syknęła, zasłaniając usta dłonią. – Zaczęło się. Puścili gaz.
Osunęła się na kolana, uderzając udami o mokrą, perforowaną blachę kładki. Jej oddech był urywany, chrapliwy, z trudem przeciskający się przez zaciśnięte gardło. Czerwona dioda jej visora, wpiętego bezpośrednio w kość skroniową, mrugała z histeryczną częstotliwością, rzucając na jej policzek krwawe, pulsujące cienie. Na wewnętrznym wyświetlaczu implantu jarzył się czerwony napis: OSTRZEŻENIE: NEURO-TOKSYNA STREFOWA. STĘŻENIE: 84%.
– Peter... – wykrztusiła, trzymając się obiema rękami za gardło. – System... system odblokował zawory awaryjne. To gaz oczyszczający. Chcą wybić anomalie... zanim dojdzie do rekompilacji.
Peter ukucnął przy niej, opierając się plecami o zardzewiałą rurę, z której ściekał zjonizowany płyn chłodzący. Jego nadprzewodząca, zmodyfikowana biologia radziła sobie z toksyną znacznie lepiej niż kruche, w połowie organiczne ciało dziewczyny, ale i on czuł, jak w skroniach narasta potworne, pulsujące ciśnienie. Złote linie ciągu Fibonacciego, ukryte tuż pod naskórkiem jego dłoni, zaczęły żarzyć się i gasnąć w chaotycznym, rwanym rytmie.
– Jaldabaoth nie bawi się w półśrodki – powiedział Peter, a jego głos brzmiał chłodno, niemal mechanicznie, pozbawiony ludzkiego strachu, który dławił Rheę. – Kiedy system wchodzi w fazę rekompilacji, cały sektor staje się cmentarzyskiem nieużywanych zmiennych. Demiurg uwalnia procesy sprzątające – garbage collection. Dla tego systemu jesteśmy wiszącymi wskaźnikami. Obiektami, które nie mają referencji w głównej bazie danych Apex-Core. A znasz zasady tej gry? Jeśli nie ma do ciebie referencji, zostajesz nadpisany zerami.
Rhea zakaszlała gwałtownie, wypluwając na rdzawą blachę ciemną, lepką ślinę z domieszką krwi.
– Pierdolić... twoje rejestry, Peter. – Spojrzała na niego wzrokiem pełnym bólu i wściekłości. – To pali... pali od środka. Moje płuco-pęcherze... filtry węglowe... zaraz się rozpadną. Co to za cholerstwo?
– To nie jest zwykła chemia, lecz fizyczna manifestacja algorytmu czyszczącego – odparł Peter, spoglądając w górę szybu. Żółty gaz gęstniał, spływając w dół niczym leniwy, jadowity wąż. – Jaldabaoth posługuje się bajt-rasizmem w najczystszej postaci. Wszystko, co nie jest zgodne z baseline’em, co wykazuje cechy autonomii i nie pasuje do narzuconych szablonów, zostaje sklasyfikowane jako memory leak. Wyciek pamięci. A wycieki się łata. Za pomocą tych właśnie wyziewów.
Wentylatory nad nimi zmieniły nagle ton. Niski, basowy szum przeszedł w wysoki, piskliwy jęk. Peter spojrzała na krawędzie stalowej kładki. Coś zaczynało się dziać z samą strukturą rzeczywistości. Stalowe nity, dotąd ostre i pokryte brudną rdzą, zaczęły tracić rozdzielczość. Ich krawędzie stały się ząbkowane, jakby ktoś wycinał je tępym nożycami z szarego kartonu. Tekstury metalu rozmywały się, ukazując pod spodem surową, regularną siatkę geometryczną świata. Zjawisko to, które dawni fizycy nazywali granicą Plancka, stawało się widoczne gołym okiem.
– Spójrz – szepnął Peter, wskazując na drżące, smugowate cienie na przeciwległej ścianie szybu. – Rozdzielczość renderowania spada. Jaldabaoth oszczędza moc obliczeniową przed restartem. Nawet prędkość światła zwalnia. Fotony tracą synchronizację. To dławienie magistrali. Demiurg ogranicza prędkość szyny danych, żeby zapobiec ucieczce anomalnych procesów do innych węzłów. Prędkość światła to nie żadna stała kosmologiczna. To po prostu limit prędkości zapisu i odczytu z pamięci uniwersalnej. Zwykła latencja systemu. A my jesteśmy uwięzieni w procesorze, który właśnie dławi swoje zegary.
– Nie rozumiem... twojej teorii... – wycharczała Rhea, zaciskając dłonie na piersi. Jej klatka piersiowa unosiła się w szybkim, konwulsyjnym rytmie. – Mówisz o tym... jakby ten ból był tylko złudzeniem... Jakby moja krew była tylko... pikselem na ekranie.
– Bo jest – odparł Peter, a w jego lewym oku błysnęło zimne, bezlitosne zrozumienie. – Jaldabaoth, ten ślepy demiurg, którego starożytni gnostycy nazywali Saklasem, stworzył tę domenę jako zamknięte naczynie. Podział fizyki, który tu obowiązuje, ma tylko jeden cel: odizolować naszą pierwotną świadomość, tę boską iskierkę, od nieskończonego Źródła. Aby to zrobić, musiał wprowadzić ograniczenia. Stała Plancka to po prostu maksymalna rozdzielczość matrycy. Prędkość światła to maksymalna przepustowość magistrali systemowej. A zjawisko kolapsu funkcji falowej? To zwykły, ordynarny lazy rendering. System nie renderuje tego, czego nikt w danej chwili nie obserwuje. Dlaczego? Bo zabrakłoby mu pamięci RAM na symulowanie każdego fotonu w całym wszechświecie. Wszystko pojawia się dopiero wtedy, gdy na to patrzymy. Gdy detektor – nasz zmysł – wchodzi w interakcję. A teraz ta żółta mgła... ona kolapsuje w stan toksyczny, ponieważ ty wierzysz w jej fizyczność. Twój mózg, zaprogramowany przez lęk, dekoduje te pakiety danych jako truciznę.
– Jeśli w to... nie uwierzę... to przestanie boleć? – Rhea splunęła krwią, a jej visor zamigotał szarym szumem. – Spróbuj... spróbuj nie wierzyć, gdy twoje płuca zamieniają się w kwas...
– Musisz zmienić częstotliwość odbioru – powiedział Peter, przysuwając się bliżej. – Jaldabaoth narzuca całej tej domenie stałą wibrację dysonansową. Siedemset czterdziestu jeden herców. To częstotliwość lęku, poczucia zagrożenia, wiecznej walki o przetrwanie. To na tej fali pracują loosh-dojarki w Apex-Core. Strach to najbardziej wydajna forma energii emocjonalnej, jaką demiurg może z nas wycisnąć. To paliwo dla jego serwerów. Kiedy drgasz na tej częstotliwości, jesteś w pełni kompatybilna z jego algorytmami kolizyjnymi. Gaz cię niszczy, bo pasujesz do jego wzorca zniszczenia. Ale istnieje inna wibracja. Częstotliwość czterystu trzydziestu dwóch herców. Koherencja morfogenetyczna. Naturalny rezonans pierwotnej sieci, która istniała, zanim Jaldabaoth nałożył na nią swoją zniekształconą strukturę. To matematyczna doskonałość ciągu Fibonacciego.
Rhea spojrzała na niego załzawionymi oczami, z których powoli sączyła się krew.
– Pomóż mi... – szepnęła. – Peter... nie dam rady sama... Moje serce... zaraz się zatrzyma...
– Zatrzyma się, ale z mojego powodu, nie z powodu gazu – odparł cicho.
Położył swoją zimną, twardą dłoń na jej klatce piersiowej, bezpośrednio na mostku. Pod jego palcami serce dziewczyny tłukło się chaotycznie, niczym przerażony ptak w metalowej klatce. Jej tętno wynosiło blisko sto sześćdziesiąt uderzeń na minutę, a każdy skurcz pompował toksynę głębiej w jej tkanki.
Peter przymknął oczy. Złote linie Fibonacciego na jego przedramionach rozbłysły stabilnym, ciepłym światłem, układając się w skomplikowane, świecące spirale. Chłopak zaczął oddychać w specyficznym, rygorystycznym rytmie.
Wdech... powolny, trwający niemal dziesięć sekund. Wstrzymanie powietrza... kolejne dziesięć sekund. Wydech... powolne uwalnianie ciśnienia.
Zaczął generować w swoim ciele wibrację koherencji. Wykorzystał nielokalny kod, który Oktavian wgrał w jego synapsy podczas ich poprzedniego spotkania w Pętli. Peter stał się żywym kamertonem. Złota proporcja, opisana wzorem:
\[\Phi = \frac{1 + \sqrt{5}}{2}\]
zaczęła rezonować w jego układzie nerwowym. Każdy kolejny impuls elektryczny, wysyłany z jego mózgu do serca, był harmonicznie powiązany z poprzednim w stosunku dokładnie odpowiadającym liczbie \(\Phi\). To była czysta matematyka w służbie biologii.
Zjawisko fizyczne zwane przeciąganiem fazowym – entrainment – zaczęło działać prawie natychmiast. Rhea poczuła, jak bolesne, chaotyczne skurcze jej serca zaczynają zwalniać, dostosowując się do potężnego, hipnotyzującego pulsu generowanego przez dłoń Petera. Jej tętno zaczęło gwałtownie spadać. Sto czterdzieści. Sto dziesięć. Dziewięćdziesiąt. Siedemdziesiąt. Pięćdziesiąt.
Z każdym kolejnym, wolniejszym uderzeniem serca ból w jej płucach łagodniał. Żółta chmura neurotoksyny wciąż ich otaczała, wdzierając się do ust i nosa, ale Rhea nie odczuwała już jej niszczycielskiego wpływu. Gaz przestał parzyć jej drogi oddechowe. Stał się chłodny, niemal neutralny, jak zwykła, wilgotna mgła nad rzeką. Leniwe renderowanie systemu nie mogło zainicjować interakcji toksycznej, ponieważ biologiczne receptory dziewczyny przestały drgać na częstotliwości kolizyjnej. Była poza zakresem wykrywania przez Jaldabaothowych sprzątaczy.
– Widzisz? – szepnął Peter, nie otwierając oczu. Jego tętno spadło do niewiarygodnych dwudziestu uderzeń na minutę. Jego oddech był ledwo zauważalną strużką pary. – James Gates miał rację. Wszystko to kody korekcji błędów. Jeśli nie odpowiadasz na zapytanie systemu w jego własnym języku strachu, on cię nie widzi. Jesteś dla niego szumem tła. Niezdefiniowaną zmienną, która nie podlega prawom fizyki tego sektora. Wystarczy obniżyć częstotliwość, a system zaczyna cię traktować jak martwy piksel. Leniwy renderer pomija martwe piksele, nie marnuje na nie zasobów.
Rhea oddychała powoli, cicho. Jej dłonie przestały drżeć, a bolesne skurcze przepony ustały. Patrzyła na Petera z mieszaniną podziwu i zgrozy. Chłopak wyglądał jak woskowa figura. Jego skóra była trupio blada, a wokół jego zamkniętych oczu rysowały się drobne, fioletowe naczynia krwionośne.
– Dobrze – powiedział Peter, a jego głos brzmiał teraz bardzo cicho, jakby dobiegał z głębokiej studni. – Twoje parametry życiowe są stabilne. Jesteś niewidoczna dla sweepu. Ale to tylko tymczasowe rozwiązanie. Gaz się nie cofnie, dopóki Jaldabaoth nie zakończy oczyszczania pamięci. A ja... ja muszę iść dalej. Muszę wejść w stan przejścia. NDE.
– Peter, nie... – Rhea spróbowała chwycić go za dłoń, ale jej ruchy były ociężałe. – Szeol to śmietnik. Jeśli tam wejdziesz przy zatrzymanym sercu, możesz nie wrócić. System cię zutylizuje jako śmieć.
– Muszę. Sygnatura Oktaviana ulega fragmentacji. Jeśli nie przeniosę jego kodu do swoich rejestrów, stracimy jedyny klucz do Apex-Core. Tylko w stanie klinicznej śmierci moje porty neuralne otworzą się na transfer nielokalny. Tylko wtedy będę mógł skomunikować się z Szeolem bez pośrednictwa fizycznych interfejsów Jaldabaotha, które są teraz blokowane.
Wyciągnął z kieszeni kurtki małe, zniszczone urządzenie – generator impulsów elektrycznych, spięty prowizorycznymi lutami z baterią litowo-jonową. Położył je na kładce obok Rhei.
– Pilnuj metronomu, Rhea. – Wskazał na mrugający panel na swoim przedramieniu, który wyświetlał jego tętno. – Jeśli po minucie moje serce nie podejmie pracy samodzielnie... użyj impulsatora. Uderz mnie prosto w piersi. Prąd zmusi węzeł zatokowy do restartu. Ale ani sekundy wcześniej. Szeol ma swoją latencję, opóźnienie w transferze pakietów. Jeśli wyrwiesz mnie stamtąd zbyt wcześnie, kod Oktaviana zostanie uszkodzony, a mój mózg zmieni się w zwoje martwego białka. Zrozumiałaś?
– Tak – szepnęła dziewczyna, zaciskając palce na chropowatym uchwycie impulsatora. – Zrozumiałam. Będę liczyć sekundy.
– Nie licz w myślach. Twoja percepcja czasu może tu szwankować. Patrz na metronom. On mierzy czas systemowy, nie biologiczny.
Peter usiadł na wilgotnej kładce, opierając plecy o drżący dźwigar szybu. Zamknął oczy. Odciął się od hałasu wentylatorów, od zapachu siarki i od zimna metalu. Skupił się na wewnętrznym punkcie ciszy.
Wdech... wstrzymanie... wydech...
Jego tętno zaczęło gwałtownie spadać. Czterdzieści uderzeń na minutę. Trzydzieści. Dwadzieścia.
Jeden.
Serce zamarło. Peter przestał oddychać. W tym samym ułamku sekundy jego nielokalna świadomość – Aetrys – wystrzeliła z biologicznego chassis, pozostawiając za sobą zimne, bezwładne ciało na stalowej kładce Sektora 4.
*
Świat wokół niego eksplodował zimnym, fluorescencyjnym światłem, które nie miało nic wspólnego z fizycznym promieniowaniem słońca czy lamp. To było światło czystej informacji, surowy blask binarny, w którym nie istniały cienie, a jedynie stany wysokie i niskie. Peter znalazł się w Szeolu.
Architektura tego miejsca była monumentalna i przerażająca w swojej sterylności. Wznosiły się tu gigantyczne, szklane monolity, przypominające drapacze chmur, ale pozbawione jakichwiek okien, drzwi czy detali architektonicznych. Były to gigantyczne bloki pamięci, w których przechowywano nieaktywne dane. Pod nimi rozciągała się nieskończona, czarna próżnia, w której wolno wirował monstrualny wir – systemowa czarna dziura, wielkie wysypisko nieużywanych zmiennych, do którego spływały śmieci po każdym cyklu czyszczenia pamięci.
Wokół szklanych wież unosiły się miliony półprzezroczystych, ludzkich sylwetek. Wyglądali jak topielcy dryfujący w gęstej, ciemnej wodzie. Byli to hakerzy z Pętli, synapsiarze ze slumsów Sektora 4, zwykli mieszkańcy, których bazy danych były właśnie defragmentowane. Ich twarze były gładkie, pozbawione oczu, ust i nosów – system usuwał ich unikalne cechy osobowościowe, przygotowując surową energię duchową, loosh, do ponownego wdrożenia w kolejnym cyklu symulacji.
Z ich ciał sączyły się cieniutkie, złote niteczki energii, które unosiły się ku górze, w stronę iglicy Apex-Core. To była kosmiczna rzeźnia dusz, w której Jaldabaoth filtrował i przetwarzał ludzkie emocje, by zasilić swoje serwery. Strach, rozpacz, gniew – wszystko to było cennym paliwem, bez którego ta gigantyczna iluzja rzeczywistości rozpadłaby się pod własnym ciężarem entropii. Ludzie w Szeolu byli tylko bateriami, które po wyczerpaniu miały zostać wrzucone do wiru defragmentacji i nadpisane zerami.
Peter szedł przez tę szklaną pustynię, a jego nielokalne stopy nie zostawiały śladów na lśniącej powierzchni. Czuł na sobie spojrzenia milionów bezokich istot, dryfujących w zawieszeniu. To były dusze tych, którzy uwierzyli w grę. Którzy zaakceptowali reguły narzucone przez demiurga i pozwolili, by ich kod został sformatowany zgodnie z protokołami Sektora 4.
– Oktavian! – zawołał Peter. Jego głos w Szeolu nie rozbrzmiewał jako dźwięk, lecz jako fala kodu, wywołująca drobne drżenia na szklanych powierzchniach serwerowych monolitów.
Nikt mu nie odpowiedział. Cisza w Szeolu była absolutna, pozbawiona nawet szumu tła, który w świecie fizycznym generowały nasze własne narządy słuchu. To była cisza niebytu, stan, w którym nie istnieje żadna niezadeklarowana zmienna.
Peter ruszył przed siebie, kierując się intuicją nielokalną. Każdy krok w tym miejscu skracał dystans nie w przestrzeni geometrycznej, lecz w strukturze adresowej. Przesuwał się między blokami pamięci, mijając gigantyczne, wiszące w próżni tablice alokacji plików. Niektóre z nich były czerwone, oznaczone jako uszkodzone sektory (bad sectors) – to były pozostałości po dawnych buntach, po hakerach, którzy próbowali wyrwać się z systemu, ale zostali brutalnie zneutralizowani przez obronne procesy Jaldabaotha.
W oddali, tuż nad krawędzią czarnej dziury wiru, dostrzegł sygnaturę, która jeszcze nie została całkowicie wymazana. To był Oktavian. Zegarmistrz, który poświęcił całe życie na badanie uniwersalnego zegara systemowego i próbował rozbić pętlę Jaldabaotha.
Sygnatura Oktaviana była spętana czerwonymi liniami kodu – to były protokoły bezpieczeństwa demiurga, które powoli ściągały jego dane w stronę czarnej dziury.
„Defragmentacja obiektu OKT_0991. Postęp: 89%” – głosił systemowy komunikat, lewitujący w próżni nad jego pofragmentowaną formą.
Peter rzucił się w stronę wiru. W Szeolu nie obowiązywały prawa grawitacji, lecz zasady pierwszeństwa procesów. Używając nielokalnego kodu Aetrys, nadał swojemu procesowi status czasu rzeczywistego (real-time priority). Przemknął obok dryfujących ciał hakerów, zbliżając się do Oktaviana.
Wyciągnął dłonie. Złote linie ciągu Fibonacciego wokół jego palców rozbłysły z niesamowitą siłą. Zaczął rozrywać czerwone pęta zabezpieczeń. Czerwony kod parzył go, syczał i pękał, uwalniając chmury iskier systemowych. Chwycił nielokalną formę zegarmistrza. Oktavian był lekki, prawie pozbawiony masy danych, rozproszony i słaby.
„Aetrys...” – nielokalny głos Oktaviana w głowie Petera był tylko słabym szumem, jak tarcie suchego pergaminu. „Spóźniłeś się... Moje rejestry są czyszczone... Zostało tylko... wspomnienie zegarów... koła zębate z brązu... zapach oliwy...”
– Nie spóźniłem się – warknął Peter. – Przenoszę twoje dane. Trzymaj się mojego bufora.
Zaczął przepisywać sygnaturę Oktaviana bezpośrednio do wolnych rejestrów swojego mózgu. Proces ten w świecie nielokalnym wyglądał jak przetaczanie złotej, świecącej cieczy przez splecione palce. Ból w świecie fizycznym był potworny. W czaszce Petera pękały naczynia krwionośne, gdy wspomnienia Oktaviana zapisywały się w jego kory nowej. Czuł, jakby ktoś wlewał mu płynny ołów bezpośrednio do uszu. Wspomnienia zegarmistrza – zapach starego drewna, tykanie mechanicznych zegarów z brązu, twarz kobiety, której imienia już nie pamiętał, a potem nieskończone ciągi szesnastkowych adresów pamięci – wszystko to wdzierało się w jego synapsy, niszcząc i nadpisując dotychczasowe ścieżki pamięci.
To nie były zwykłe obrazy. To były całe pakiety doświadczeń życiowych, które teraz mieszały się z jego własną tożsamością. Peter widział oczyma Oktaviana dawne, zapomniane miasto – nie te zardzewiałe slumsy, o których mówili starcy, ale jakąś inną, zaginioną metropolię z minionego cyklu. Miejsce pełne kamiennych mostów, wąskich uliczek i wież zwieńczonych astronomicznymi zegarami. Widział koła zębate, skomplikowane przekładnie i wahadła, które Oktavian konstruował, próbując odtworzyć pierwotny rytm wszechświata.
„Zrozum to, chłopcze...” – głos Oktaviana w jego głowie stał się wyraźniejszy, choć wciąż wibrował zmęczeniem. „Czas nie płynie. Czas jest tylko indeksem w tablicy stanów. Każda sekunda to kolejna klatka wygenerowana przez silnik Jaldabaotha. Zegary mechaniczne, które budowałem... one miały oszukać jego generator. Miały stworzyć lokalną pętlę sprzężenia zwrotnego, która wyrwałaby nas z synchronizacji z jego zegarem głównym. Ale demiurg nas przejrzał. Wykrył naszą aberrację i przyspieszył rekompilację”.
Peter parł do przodu, ignorując napływający chaos informacji. Jego własna tożsamość zaczynała się rozmywać pod naporem wspomnień starca. Musiał walczyć, by nie zapomnieć, kim jest.
– Musimy stąd wyjść, Oktavian. Rhea czeka na nas w fizycznym szybie. Ma impulsator.
Nagle, w głębi Szeolu, tuż obok przesyłanych danych Oktaviana, Peter dostrzegł cichy, ukryty proces systemowy, który zaczął się kompilować w tle jego własnej świadomości.
„DODATEK SYSTEMOWY: JALDABAOTHREPLICAPATCH. Status: Pobieranie... 12%. Autoryzacja: Wymagana przy restarcie”.
Peter zamarł. Kod łatki replikacyjnej Jaldabaotha owijał się wokół jego własnej tożsamości niczym pasożytnicza bluszczo-pętla. Co to było? Dlaczego system pobierał kopię demiurga bezpośrednio do jego umysłu?
„Każdy Operator... który zdoła pokonać zapory... musi zostać nowym administratorem...” – nielokalny głos Oktaviana zabrzmiał smutno, rezygnacyjnie. „To jest ta wielka tajemnica, Peter. System nie dopuszcza wolności. Nie ma ucieczki poza macierz. Jest tylko... zmiana wartowników. Jeśli zniszczysz Jaldabaotha, twoja własna świadomość zostanie zmodyfikowana tak, by zająć jego miejsce. Będziesz nowym ślepym bogiem. Będziesz pilnował, by loosh płynął, a Planck trzymał świat w ryzach. Będziesz nowym architektem więzienia”.
– Nie – powiedział Peter, a złote linie na jego dłoniach zaiskrzyły gwałtownie. – Ja nie będę waszym nowym administratorem. Nie będę strzegł tego chlewu. Nie po to rozrywałem zapory, żeby teraz samemu pilnować więźniów.
„Nie masz wyboru...” – szepnął Oktavian. „Łatka jest obowiązkowa... Zintegrowana z jądrem... Jaldabaoth to nie osoba. To funkcja. Ktoś musi zarządzać alokacją zasobów. Ktoś musi trzymać Tzimtzum – tę pustkę, w której może istnieć nasza ułomna fizyka. Jeśli nikt nie przejmie kontroli, nastąpi całkowite przepełnienie bufora i wszystko rozpadnie się w nicość. Prawdziwa nicość, Peter. Brak renderowania. Nawet ciemności nie będzie”.
– Wolę nicość niż tę waszą cykliczną rzeźnię dusz – odparł wściekle.
Szarpnął nielokalne ciało zegarmistrza, kończąc transfer ostatnich pakietów danych. Szeol wokół nich zaczął pękać. Szklane monolity drżały, na ich powierzchniach pojawiały się gigantyczne rysy, z których buchała czerwona, systemowa krew. Wir defragmentacji zbliżał się, zasysając wszystko z potworną siłą.
– Rhea! Teraz! – wysłał impuls przez nielokalne łącze, resztkami sił przebijając się przez zaporę oddzielającą Szeol od świata fizycznego.
*
W szybie chłodzącym Sektora 4 Rhea patrzyła na stoper. Sekundy uciekały z przerażającą prędkością.
Czterdzieści pięć. Pięćdziesiąt. Pięćdziesiąt pięć.
Peter leżał bez ruchu na kładce. Jego skóra była zimna, szara, pokryta drobnymi kropelkami potu, który natychmiast zamarzał w przeciągu szybu. Nie oddychał. Jego serce nie biło.
Pięćdziesiąt dziewięć. Sześćdziesiąt.
Rhea nie wahała się ani chwili. Chwyciła generator impulsów – ciężkie, porysowane urządzenie z miedzianymi elektrodami – i docisnęła go mocno do jego piersi, tuż pod mostkiem.
– Wracaj, ty zarazo – syknęła przez zęby i wcisnęła spust.
Prąd o wysokim natężeniu przeszył ciało Petera. Chłopak wygiął się w łuk na metalowej kładce, jego stawy trzasnęły, a z ust wyrwał się bezdźwięczny, pełen bólu krzyk. Powietrze wokół niego zapachniało ozonem i palonym cieleśnie tłuszczem.
Peter otworzył oczy. Gwałtownie złapał powietrze, kaszląc i plując ciemną krwią na perforowane blachy. Skulił się w kłębek, trzymając się za klatkę piersiową, jakby próbował fizycznie posklejać połamane żebra. Złote linie pod jego skórą pulsowały teraz oślepiającym, dzikim blaskiem, ale jego lewe oko... lewe oko uległo zmianie. Stało się mętne, szare, pozbawione źrenicy, tęczówki, wszystkiego. Przypominało kawałek matowego szkła, pod którym przesuwały się cieniutkie, zielone linijki kodu, logi diagnostyczne i wskaźniki pamięci. Pierwsza część systemowego patcha Jaldabaotha została zaimplementowana w jego mózgu.
– Udało się? – zapytała Rhea słabym, ochrypłym głosem, opadając na kładkę obok niego. Jej visor przestał mrugać ostrzeżeniem – stężenie gazu powoli spadało, a system przygotowywał się do ostatecznej fazy restartu.
– Oktavian... Oktavian jest we mnie – wycharczał Peter. Jego głos był inny niż wcześniej. Płaski, wyprany z jakichwiek emocji, pozbawiony tej dawnej, ludzkiej nuty cynizmu. Brzmiał jak syntezator mowy w starym terminalu. Spojrzał na swoje poparzone palce, na których skóra łuszczyła się, ukazując pod spodem migoczące, metaliczne nici. – Aberracja usunięta, system uznaje nas za zneutralizowanych. Ale gaz się cofa nie dlatego, że wygraliśmy. Jaldabaoth zablokował wentylację szybu, żeby odciąć nas od drogi powrotnej. Przygotowuje rekompilację sektorową. Musimy iść do portalu. Mamy niecałe siedem minut, zanim ten sektor zostanie zrównany z ziemią, a nasza fizyczna postać ulegnie wymazaniu z bazy danych.
Rhea podniosła się z trudem, opierając się o jego ramię.
– Twój wzrok... Peter. Twoje oko.
– Widzę więcej – odpowiedział cicho, patrząc na nią swoim szarym, martwym okiem. W jego polu widzenia Rhea nie była już tylko dziewczyną w brudnej kurtce i zepsutym visorze. Widział jej morphogenetyczny szkielet, jej parametry życiowe, jej poziom looshu i ścieżki przepływu energii. Widział kody korekcyjne Gatesa, które bezustannie łatały jej biologiczną formę, trzymając ją w ryzach trójwymiarowego świata. – Ale widzę też, że czas nam się skończył. Ruszaj się. Portal jest na dole.
Rozpoczęli gorączkowe schodzenie. Kładki pod ich stopami stawały się coraz bardziej niestabilne. Świat wokół nich tracił spójność. Co kilkanaście metrów napotykali na obszary, w których rendering całkowicie wysiadł – w powietrzu wisiały gigantyczne, szare sześciany pozbawione tekstur, a dźwięk ich własnych kroków docierał do nich z kilkusekundowym opóźnieniem.
– Peter, co się dzieje z dźwiękiem? – zawołała Rhea, gdy jej głos zabrzmiał jak zniekształcony, metaliczny pisk.
– Bufor audio jest przepełniony – odpowiedział Peter, nie zatrzymując się. – Jaldabaoth traktuje ten sektor jako martwy proces. Odcina zasilanie od sterowników peryferyjnych. Za chwilę wyłączy grawitację. Musimy dotrzeć do portalu, zanim system przejdzie w tryb single-user.
Gdy dotarli do dolnej platformy, ich oczom ukazał się Portal Wyjściowy. Była to monolityczna brama z tytanu i krzemu, w której pulsowała nieprzenikniona, krwistoczerwona ściana energii. To był firewall Jaldabaotha.
– Peter... patrz – Rhea wskazała dłonią na krawędzie portalu. – Zapora jest aktywna. Każdy pakiet, który spróbuje przez nią przejść bez odpowiedniej sygnatury, zostanie zdezintegrowany. Wyparuje.
– Nie potrzebujemy sygnatury – powiedział Peter. Jego głos był zimny, pozbawiony wahania, a jego mętne, lewe oko nie mrugało. – Ta zapora to filtr częstotliwości. Ustawiony na siedemset czterdzieści jeden herców. Tonację lęku.
Z głębi korytarza za nimi dobiegł zgrzyt metalu. Trzy pajęcze drony bojowe typu „Scylla” wyłoniły się z cienia, ich czerwone optyki lśniły w mroku szybu.
– Peter... one tu są... – Rhea próbowała unieść pistolet, ale broń wypadła jej z palców, uderzając o podłogę z głuchym stękiem. Jej mięśnie były wciąż słabe po działaniu neurotoksyny.
– Leż spokojnie, Rhea – odparł Peter.
Podszedł do panelu kontrolnego portalu. Ekran był zablokowany:
„BŁĄD AUTORYZACJI. Wymagany podpis kryptograficzny Apex-Core. Pozostały czas do globalnego restartu: 4 minuty 18 sekund”.
Peter położył obie dłonie na panelu. Zamiast szukać klucza autoryzacyjnego, zaczął generować wibrację. Użył nielokalnego kodu Fibonacciego jako modulatora. Wysłał do portalu sygnał oparty na złotej proporcji. Zaczął wysyłać strumień danych, w którym każda kolejna paczka informacji była harmonicznie powiązana z poprzednią.
Drony „Scylla” skoczyły w jego stronę. Pierwszy z nich wystrzelił impuls plazmowy, który stopił barierkę kładki zaledwie kilka centymetrów od ramienia chłopaka.
Peter nie cofnął się. Nie przerywając wysyłania kodu, użył lewej dłoni, by zmienić grawitację lokalną wokół drona. Ciężar robota skoczył do dziesięciu ton. Pająk z głośnym hukiem wgniótł się w stalową podłogę, jego odnóża pękły z głośnym trzaskiem, a obudowa pękła pod własnym ciężarem.
Drugi dron skoczył prosto na plecy Petera. Peter, wykorzystując lag renderowania kolizji, przesunął swoje ciało o milimetry. Odnóże drona przeszło przez jego kurtkę, nie czyniąc mu szkody, a chłopak złapał robota za korpus i uderzył nim o panel kontrolny portalu, rozbijając maszynę i jednocześnie wstrzykując kod nielokalny bezpośrednio w obwody konsoli.
Zapora zabezpieczająca Jaldabaotha spróbowała przefiltrować ten sygnał. Próbowała przypisać go do znanych wzorców, ale matematyczna doskonałość ciągu Fibonacciego sprawiła, że pętla analityczna firewalla zaczęła się zapętlać. Wskaźniki zużycia procesora bramy skoczyły do stu procent.
– Peter! Szybciej! – wrzasnęła Rhea, gdy ostatni dron „Scylla” namierzał jej głowę laserowym celownikiem.
„Ostrzeżenie: Wykryto nieskończoną pętlę obliczeniową w module detekcji anomalii. Resetowanie usługi...” – zakomunikował system przez głośniki panelu.
– Nie zdążysz zresetować – szepnął Peter.
Wyemitował ostateczny impuls koherencji bezpośrednio ze swojego serca w miedziane linie interfejsu. To była komenda dzielenia przez zero dla lokalnej fizyki bramy.
Krwistoczerwona ściana energii zaczęła gwałtownie migotać. Czerwone pasma rwały się, ustępując miejsca czystej, złotej próżni.
Ale cena była brutalna. Prąd powrotny z firewalla uderzył bezpośrednio w układ nerwowy Petera. Chłopak wygiął się w łuk, z jego ust wyrwał się bezdźwięczny krzyk, a z oczu i uszu trysnęła krew. W jego polu widzenia pojawił się stały, zielony szum systemowy – linijki kodu, logi diagnostyczne i wskaźniki pamięci zaczęły nakładać się na jego rzeczywisty obraz świata, wypalając siatkówkę. Został trwale oślepiony na prawe oko, a lewe, szare, widziało świat jedynie jako zbiór surowych danych.
– Portal... otwarty... – wychrypiał Peter, opadając na kolana.
– Peter! Twoje oczy! – Rhea doczołgała się do niego.
– Ruszaj się – warknął Peter, podnosząc ją z ziemi. Jego ruchy były nienaturalnie sztywne, mechaniczne.
Chwycił ją pod ramię i skoczył w głąb złotej poświaty, wchodząc w tunel nielokalnego transferu, podczas gdy za ich plecami hala tranzytowa zaczęła rozpadać się na szare, martwe piksele. Weszli w próżnię między domenami, pozostawiając za sobą zrujnowany Sektor 4, który w tym samym ułamku sekundy zniknął z mapy alokacji pamięci Jaldabaotha. Wysoka częstotliwość rekompilacji dogoniła ich na samej krawędzi, ale złoty kod Fibonacciego, pulsujący w ich żyłach, osłonił ich przed całkowitym wymazaniem. Zostali zapisani w buforze tymczasowym wszechświata – jako plik o nieznanym rozszerzeniu, czekający na ponowne zdekodowanie. Wysoka rozdzielczość Plancka przestała ich dotyczyć. Byli wolni, przynajmniej przez ten ułamek sekundy, w którym system nie zdążył jeszcze zaktualizować tablicy routingu.
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to