Rozdział 32: Wymiar Jądra
Przejście nie pachniało ani ozonem, ani spaloną miedzią, ani nawet zastałym chłodniczym glikolem z nieszczelnych instalacji Sektora 4. Nie pachniało niczym, bo zapach – ta ulotna, chemiczna zmienna, do której ludzkie nozdrza przywykały przez pokolenia spędzone w wilgotnych slumsach Retro – został wycięty z rejestrów alokacji w ułamku sekundy. Było to uderzenie absolutnej, sterylnej próżni poznawczej, zimny i bezwzględny cios wymierzony w zmysły. Układ nerwowy, pozbawiony nagle jakiegokolwiek fizycznego punktu odniesienia, zaczął wściekle i bezradnie protestować. W uszach Petera zadudnił jego własny puls, ciężki, nienaturalnie spowolniony, jakby serce musiało przepychać przez żyły gęstniejący ołów zamiast ciepłej krwi.
A potem nastała czerń, ale nie była to czerń nocy nad Neo-Metropolią. Była to czerń nieprzydzielonej pamięci. NULL. Pustka, w której nawet światło nie miało stałej prędkości, bo nie było tam żadnego medium, które mogłoby je przenieść.
– Kurwa... – chrapliwy, zdławiony głos Vesper rozdarł tę martwą ciszę, choć brzmiał płasko, pozbawiony jakichkolwiek tonów odbitych od nieistniejących ścian. – Gdzie... Gdzie jest dół? Kurwa, Rhea, łap mnie za pas, bo mam wrażenie, że moje flaki zaraz wylecą mi przez gardło... Kręci mi się w łbie, jakbym się nażarła taniego dopu w rynsztoku Sektora 4, a potem ktoś mnie wsadził do wirówki i odpalił pełne obroty.
– Nie ma dołu, Vesper – odpowiedziała Rhea. Jej głos, choć cichy, wydawał się rezonować bezpośrednio w czaszkach pozostałych, jakby przesyłany był nielokalną magistralą telepatyczną. – Silnik grawitacji nie został zainicjalizowany dla tego klastra. Jesteśmy w buforze. Trzymaj się wektorów, jeśli jakieś widzisz.
Nagle przestrzeń wokół nich zaczęła się kompilować. Powoli, z ociąganiem zaspanej, przeciążonej maszyny, w bezkresnej nicości zaczęły pojawiać się pierwsze linie. Były to cienkie, jaskrawoniebieskie i neonowozielone nitki siatki wektorowej – surowy, geometryczny szkielet (wireframe grid), na który silnik rzeczywistości dopiero miał nałożyć formę, shadery i kolizje. Siatka rozciągała się we wszystkich kierunkach, tworząc kanciaste, trójwymiarowe klatki, które zmieniały swoje proporcje przy każdym mrugnięciu okiem. Niektóre z nich były olbrzymie, wielkości dawnych wieżowców Apex-Core, inne kurczyły się do rozmiarów pojedynczych pikseli, migocząc wściekle niczym chmara cyfrowych świetlików w chorym, zglitchowanym lesie.
Peter otworzył oczy. A raczej to, co z nich zostało. Jego prawe oko, spalone wyładowaniem firewalla podczas forsowania bramy Sektora 4, było teraz jedynie czarną, martwą jamą, z której nie sączyła się już krew – zamiast niej wokół oczodołu krążyły drobne, błękitne kropki logów systemowych, układające się w powolne, matematyczne spirale. Lewe oko, szare i mętne, rejestrowało świat w postaci czystych danych. Widział Rhea i Vesper nie jako ludzkie sylwetki z kości i mięsa, lecz jako skomplikowane, półprzezroczyste chmury punktów (point clouds) połączone cienkimi liniami wektorowymi. Ich szkielety kinetyczne drgały przy każdym ruchu, a nad ich głowami wyświetlały się pływające tablice zmiennych fizycznych: masa, pęd, współczynnik tarcia, status kolizji i przypisane flagi uprawnień.
– Pierdolona czarna magia... – Vesper splunęła, ale jej ślina nie opadła w dół. Zamieniła się w mały, szary sześcian bez tekstury, który zawisł w przestrzeni, po czym powoli zaczął dryfować w stronę jednej z zielonych linii siatki, rozpadając się na pojedyncze bajty danych z cichym, elektrycznym sykiem. – Moje oczy... Mój wojskowy implant optyczny próbuje to wygładzić. Chce narzucić antialiasing na te zielone druty, ale procesor mi się grzeje. Czuję, jakby mi ktoś wlał wrzący ołów pod potylicę. Rhea, na miłość boską, powiedz, że masz jakiś program ratunkowy w tym swoim spisywanym na kolanie decku.
Rhea nie miała już swojego cyfro-decku – fizyczne urządzenie uległo całkowitej dezintegracji w zgliszczach hangaru. Jednak w Kernel Space fizyczność była pojęciem czysto umownym, rodzajem przejściowej umowy między świadomością a kompilatorem. Wokół jej lewej ręki, bezpośrednio na wektorowej strukturze jej przedramienia, wyświetlał się półprzezroczysty, błękitny interfejs diagnostyczny. Palce jej prawej dłoni poruszały się po nim z niesamowitą zręcznością, a każdy dotyk generował cichy, geometryczny rozbłysk.
– Nic z tego, Vesper – powiedziała Rhea, nie odrywając wzroku od migoczących danych. – Nie ma żadnego hypervisora, który mógłby obsłużyć nasze aplikacje. Jesteśmy bezpośrednio na surowym sprzęcie. Raw metal. Twój wojskowy interfejs karkowy próbuje odpytywać sterowniki reality engine'u o współrzędne grawitacyjne, ale te stale zgłaszają status `DEVICENOTREADY`. Musisz wyłączyć automatyczną kalibrację w ustawieniach wewnętrznych implantu, inaczej ten wojskowy złom wypali ci korę mózgową.
– Jak mam to wyłączyć, ty mądralo? – warknęła Vesper, usiłując wykonać krok przed siebie. Jej prawa noga, zdefiniowana teraz jako prosty, zielony ostrosłup o ostrych krawędziach, minęła wektorową płaszczyznę podłoża i zapadła się w nicość aż do biodra. Kobieta zaklęła siarczyście, machając rękami. – Zaraza! Moja noga! Przenika przez podłogę! Peter, łap mnie, zanim zsunę się w ten pierdolony dół!
Peter poruszył się. Jego ruchy nie były już ludzkie; były nienaturalnie sztywne, pozbawione mikrodrgań mięśniowych, zoptymalizowane pod kątem najkrótszej drogi między punktami w przestrzeni adresowej. Wyciągnął rękę – z jego palców wystrzeliły złote linie ciągu Fibonacciego, które owinęły się wokół pasa Vesper niczym świetlista lina. Złote światło Monady, które pulsowało w jego piersi, natychmiast zrekompilowało lokalny fragment siatki pod nogami kobiety. Zielone linie zagęściły się, tworząc stabilną, choć wciąż niematerialną płaszczyznę.
– Dzięki... – sapnęła Vesper, wyciągając nogę z niewidzialnej pułapki. Stanęła na nowo skompilowanym podłożu, szeroko rozstawiając stopy. – Czuję się, jakbym chodziła po cienkim lodzie na bagnach wokół Sektora 9. Jeden fałszywy ruch i lecisz w otchłań. Peter, co ty właściwie zrobiłeś z tą szklaną piramidą? Gdzie my jesteśmy? Co to za cyfrowy cmentarz?
– To nie jest cmentarz, Vesper – powiedział Peter, a jego głos, wyprany z emocji, brzmiał niczym cichy szum statyczny transformatora wysokiego napięcia. – To jest warsztat. Miejsce, w którym Demiurg trzyma swoje szablony. Tutaj wszystko jest kompilowane na bieżąco, w czasie rzeczywistym.
Vesper spróbowała postąpić krok naprzód, lecz geometria wokół niej uległa gwałtownej deformacji. Przestrzeń, która wydawała się płaska, nagle wygięła się w łuk. Zielone linie siatki zaczęły się rozchodzić, a odległości między węzłami wzrosły dziesięciokrotnie. Kobieta zachwiała się, gdy jej stopa natrafiła na strefę o zmienionym skalowaniu. Wyglądało to groteskowo: jej lewa noga nagle wydłużyła się trzykrotnie, a model jej tułowia uległ spłaszczeniu wzdłuż osi Z.
– O cholera... – jęknęła Vesper, łapiąc się za głowę. – Moje sensory... one wariują. Widzę siebie w trzech miejscach naraz! Przestrzeń się kurczy! Peter, trzymam się tej twojej złotej liny, bo ten pierdolony świat zaraz mnie zgniecie jak prasą prasuje blachę!
– Spokojnie – powiedziała Rhea, zbliżając się powoli. Jej ruchy były bardziej płynne, bo nie miała ciężkich, militarnych implantów, które próbowały narzucić własną interpretację przestrzeni. – Silnik reality engine'u gubi wątki kolizji. Współrzędne lokalne nie są zsynchronizowane z globalnym zegarem klastra. Vesper, nie próbuj patrzeć na swoje stopy. Patrz na punkt centralny, tam, gdzie linie zbiegają się na horyzoncie. Musisz ignorować lokalny rendering.
– Łatwo ci mówić – warknęła Vesper, a jej twarz zzieleniała z nudności. – Mój błędnik próbuje dopasować się do grawitacji, która co pięć sekund zmienia wektor o trzydzieści stopni. To jest bajt-rasizm, przysięgam! Ten pierdolony system nie wspiera organicznego oprogramowania! Wszystko tu jest skrojone pod te szare manekiny!
Rozejrzała się wokół, mrużąc oczy. W oddali dryfowały niedokończone modele rzeczywistości. Monumentalne, szare wieżowce bez okien i drzwi, przypominające monolityczne bloki gipsu. Gigantyczne, zardzewiałe rury, które urywały się nagle w próżni. Wektorowe manekiny ludzi – bez twarzy, bez ubrań, zastygłe w nienaturalnych, sztywnych pozach, niczym drewniane lalki porzucone przez znudzonego lalkarza. Niektóre z tych modeli drgały wściekle, zniekształcając się pod wpływem błędów kolizyjnych, inne powoli dematerializowały się, zamieniając w chmury drobnych, szarych sześcianów.
– Spójrzcie na to – Rhea wskazała na gigantyczną wstęgę danych, która wiła się nad ich głowami. Wstęga pulsowała ciepłym, niebieskim światłem, a w jej wnętrzu można było dostrzec miliony małych, świecących punkcików. – To jest strumień wejściowy. Dane pierwotne. Wheeler miał rację. Wszystko, co braliśmy za twardą, fizyczną rzeczywistość, pochodzi stąd.
– Wheeler? – Vesper zmrużyła swoje cybernetyczne oko, usiłując zestroić ostrość na dryfujące bryły. – Kto to, u diabła, jest? Jakiś kolejny szalony synapsiarz z Pętli?
– John Archibald Wheeler – odpowiedział Peter, zbliżając się do wstęgi. Złoty blask Monady na jego dłoni rezonował z błękitem danych. – Fizyk z dawnego cyklu. Człowiek, który jako jeden z pierwszych zrozumiał, że wszechświat nie jest zbudowany z materii ani z energii. Zrozumiał, że u podstaw wszystkiego leży informacja. Nazwał to It from Bit. Byt z bitu.
– Mów jaśniej, młody – fuknęła Vesper, opierając się plecami o dryfujący, wektorowy sześcian. – Moja głowa to teraz jeden wielki, pulsujący błąd systemowy. Nie mam siły na uniwersyteckie wykłady.
– To proste – Rhea włączyła się do rozmowy, podpływając bliżej wstęgi. – Każda cząsteczka, każdy elektron, każde pole siłowe, a nawet sam czas i przestrzeń... to wszystko nie istnieje samo z siebie. To są jedynie odpowiedzi na pytania logiczne. Pytania typu: tak lub nie. Jeden lub zero. Kiedy patrzysz na ten wektorowy sześcian, Vesper, twój mózg rejestruje jego twardość, jego szary kolor, jego chropowatość. Ale w Kernel Space nie ma żadnego sześcianu. Jest tylko zestaw instrukcji logicznych: czy punkt X należy do obszaru kolizji? Tak. Czy shader ma nałożyć kolor? Tak. Fizyczność to tylko interfejs użytkownika. Demiurg – Jaldabaoth – wziął te pierwotne bity, te proste pytania logiczne i zbudował z nich hypervisor. Wirtualną klatkę, którą nazwaliśmy światem. Zrobił to, żebyśmy wierzyli w twardość betonu, w ból po uderzeniu magnetycznym pociskiem, w głód i strach przed kwarantanną. Bo kiedy wierzysz w fizyczność, generujesz emocje. A emocje to spolaryzowane napięcie. Loosh.
– Loosh-dojarki – warknęła Vesper, a na jej twarzy wykwitł grymas głębokiego obrzydzenia. – Nasze życie jako paliwo do ich pierdolonych reaktorów. Słyszałam to już w slumsach. Ale tutaj... tutaj to widać. Te manekiny bez twarzy... to my?
– Tak – powiedział Peter. – To są szablony naszych biologicznych nośników. Naszych ciał. Kiedy umierasz w Sektorze 4, twoja baza danych zostaje zresetowana, a twój model fizyczny trafia z powrotem do tej puli. Twoja pamięć zostaje wyczyszczona, skompresowana i zrzucona, żeby zrobić miejsce dla nowej instancji w następnym cyklu. Jaldabaoth to nie bóg. To administrator zbugowanego serwera, który boi się, że jego użytkownicy zorientują się, iż gra, w którą grają, ma tylko jedną lokację i nieskończoną liczbę pętli.
Peter wyciągnął dłoń i dotknął wstęgi danych. W ułamku sekundy przez jego ciało przebiegł błękitny impuls. W jego głowie wyświetliły się miliardy operacji logicznych. Zrozumiał strukturę zapisu historii tego świata.
– Zobaczcie to – szepnął, wskazując na miejsce, w którym wstęga rozgałęziała się na dwie mniejsze, które następnie łączyły się na nowo, tworząc jeden strumień. – To jest mechanizm optymalizacji pamięci. Delayed-Choice Quantum Eraser. Wymazywanie kwantowe z opóźnionym wyborem.
– Brzmi jak nazwa wojskowego implantu czyszczącego pamięć – mruknęła Vesper. – Co to robi?
– Oszczędza RAM – wyjaśniła Rhea, a w jej głosie brzmiał podziw wymieszany z przerażeniem. – Pomyśl, Vesper. Gdyby system musiał nieustannie kalkulować i zapisywać pozycję każdego fotonu, każdego atomu w całym megapolis, w każdym zamkniętym pokoju, w każdej ciemnej rurze kanalizacyjnej... procesor nadrzędny spaliłby się w mikrosekundę. Żadna maszyna, nawet ta zbudowana przez Demiurga, nie ma nieskończonej pamięci operacyjnej. Co więc robi Jaldabaoth? Stosuje leniwe renderowanie. Frustum culling i lazy evaluation.
– Mów po ludzku, dziewczyno – warknęła Vesper.
– System nie oblicza przeszłości, dopóki ktoś o nią nie zapyta – powiedział Peter, obracając się powoli. – Dopóki obserwator nie spojrzy na dany obiekt, ten istnieje jedynie jako chmura prawdopodobieństwa. Czysty algorytm. Dopiero w momencie obserwacji następuje kolaps funkcji falowej – system w ułamku sekundy kompiluje model i wyświetla go w twoim visorze lub oku. A co z przeszłością? Jeśli anomalia przejdzie przez dwie szczeliny jednocześnie, system nie zapisuje, którą drogą poleciała, bo to wymagałoby alokacji pamięci dla każdego zdarzenia pośredniego. Dopòki informacja o drodze nie zostanie fizycznie zarejestrowana w jakimś trwałym nośniku – na przykład w twoim mózgu lub w bazie danych – system po prostu wymazuje historię drogi (quantum eraser). Jeśli później spróbujesz sprawdzić, co się stało, reality engine retrospectively – wstecznie – przepisuje historię w locie (delayed choice), żeby zachować spójność logiczną. Tworzy fałszywą przeszłość, która pasuje do obecnego stanu obserwacji. Wheeler to przejrzał. Zrozumiał, że obserwator tworzy historię wstecznie. A to tylko hypervisor oszukuje naszą percepcję, żeby nie spalić procesorów.
– Co ty bredzisz? – Vesper zmarszczyła brwi, a jej implanty optyczne zaiskrzyły wściekle. – Chcesz mi powiedzieć, że jeśli nie patrzę na swoje pierdolone tyły, to ich tam nie ma? Że te zardzewiałe bloki w Sektorze 4, w których spędziłam całe życie, nie istniały, dopóki nie otworzyłam oczu?
– Dokładnie tak – odparł Peter. – Istniały tylko jako ogólny zarys w bazie danych. Jako szablony niskiej rozdzielczości. Dopiero twój wzrok, twój dotyk, twoja uwaga zmuszały silnik do renderowania szczegółów: pęknięć na tynku, plam rdzy na rurach, brudu na posadzce. A kiedy odchodziłaś, system natychmiast zwalniał te zasoby. Wyłączał shadery, usuwał kolizje, a przestrzeń za twoimi plecami wracała do stanu surowego kodu. Całe nasze życie to była dziurawa, optymalizowana w locie atrapa. Żyliśmy w świecie, który oszczędzał na nas pamięć operacyjną.
Vesper milczała przez dłuższą chwilę. Jej twarz, pozbawiona teraz cieni i niedoskonałości, wyglądała nienaturalnie, niczym gładka maska.
– To jest... – zaczęła cicho, a jej głos po raz pierwszy zadrżał. – To jest potworne. Moje wspomnienia... Moja siostra, która zginęła podczas kwarantanny w Sektorze 3... Jej śmierć, mój ból... to wszystko to tylko tymczasowe zmienne, które system wyrenderował, żeby wyciągnąć ze mnie loosh, a potem wymazał, żeby zwolnić parę bajtów na dysku?
– Tak, Vesper – Rhea podpłynęła do niej i położyła swoją geometryczną dłoń na jej ramieniu. Kontakt wywołał mały, błękitny rozbłysk wektorów. – Twoja siostra była prawdziwa jako świadomość. Jej iskra, jej Monada pochodziły ze Źródła. Ale świat, w którym cierpiała, był tylko zbugowanym hiperwizorem. Jaldabaoth uwięził nas stwarzając iluzję, że nie ma nic poza tą maszyną. Zredukował nas do procesorów w swojej sieci. Ale my złamaliśmy tę wirtualizację. Jesteśmy w jądrze. I stąd możemy to zmienić.
– Jak? – Vesper uniosła głowę, a jej zielone oko rozbłysło bojowym światłem. – Jak mamy to zmienić, skoro wokół nas są tylko te zielone linie? Nie mam nawet czym strzelić do tych pierdolonych programów sprzątających, które tam dryfują!
Wskazała ręką na horyzont. Z czarnej pustki, wzdłuż zielonych siatek, powoli zbliżały się do nich olbrzymie, geometryczne bryły. Przypominały monstrualne dwudziestościany zbudowane z czarnego, matowego szkła. Każda płaszczyzna tych brył pulsowała czerwonym kodem ostrzegawczym, a ich krawędzie były tak ostre, że przecinały dryfujące wokół wstęgi danych, zamieniając je w chmury martwych voxeli.
– Garbage Collector – powiedział Peter, a jego szare oko zwęziło się. – System sprzątający. Wykrył, że nie mamy poprawnych adresów w tabeli alokacji. Dla jądra jesteśmy wyciekiem pamięci. Memory leaks. Próbuje nas zwolnić i wyczyścić nasze rejestry.
– No to na co czekasz, młody? – Vesper przyjęła pozycję bojową, choć jej nogi wciąż clippingowały przez wektorowe podłoże. – Rób te swoje gnostyckie sztuczki! Kompiluj jakąś broń, bo zaraz nas te szklane pająki wciągną do swojego odkurzacza!
– Fizyka w tym miejscu jest definiowana przez wolę – przypomniał Peter. Zrobił krok w przód, a z jego stóp rozeszły się złote, idealnie koliste fale cymatyczne. – Skup się na swoim impulsowniku, Vesper. Pamiętasz jego wagę? Zapach spalonego prochu? Odrzut przy strzale? Nie myśl o nim jako o rzeczy z metalu i krzemu. Pomyśl o nim jako o algorytmie niszczenia. O funkcji logicznej, która ustawia zmienną zdrowia celu na zero.
Vesper zamknęła oczy. Jej twarz stężała w maksymalnym wysiłku intelektualnym. Wokół jej rąk powietrze zaczęło gwałtownie drgać. Zielone linie siatki zaczęły zbiegać się ku jej dłoniom, układając się w skomplikowane, geometryczne zarysy. Najpierw pojawiła się długa, kanciasta lufa, potem komora zamkowa, wreszcie masywna kolba. Broń nie miała tekstury – była surowym, zielonym modelem wektorowym, w którego wnętrzu pulsowała skondensowana, czerwona energia.
Gdy Vesper otworzyła oczy, na jej twarzy pojawił się drapieżny, cyniczny uśmiech.
– Pierdolona fizyka – szepnęła, unosząc gigantyczne, wektorowe działo. – Zobaczmy, czy ten wasz Garbage Collector potrafi przetrwać błąd dzielenia przez zero.
Pierwszy z czarnych dwudziestościanów znalazł się zaledwie kilkanaście metrów od nich. Czerwone linie na jego płaszczyznach rozbłysły wściekle, a wokół bohaterów zaczęła zacieśniać się pętla dematerializacyjna. Przestrzeń wokół nich traciła definicję, a zielona siatka podłoża zaczęła się rwać.
Vesper wcisnęła spust.
Z lufy jej wektorowego działa nie wyleciał pocisk plazmowy. Wystrzeliła z niego gigantyczna, czerwono-zielona kaskada surowego kodu źródłowego. Był to strumień uszkodzonych nagłówków pakietów, nieprawidłowych wskaźników pamięci i instrukcji przeskoku do losowych adresów rejestrów. Strumień ten uderzył bezpośrednio w szklany korpus Garbage Collectora.
Huk uderzenia nie był dźwiękiem – był to potężny impuls elektromagnetyczny, który sprawił, że wszystkie zielone linie w promieniu kilkuset metrów zaczęły wibrować z szaloną częstotliwością.
Czarny dwudziestościan zamarł. Czerwone napisy na jego płaszczyznach zaczęły gwałtownie migotać, zmieniając się w ciągi chaotycznych znaków graficznych. Krawędzie bryły zaczęły drgać, a jej model 3D zaczął się nienaturalnie rozciągać i kurczyć (vertex stretching), jakby jakaś gigantyczna siła rozrywała go od środka.
– Działa! – wrzasnęła Rhea, trzymając się za głowę z powodu narastającego szumu statycznego. – Uszkodziłaś jego tablicę indeksów! Traci spójność geometryczną!
– Masz za swoje, ty bezduszny parchu! – odkrzyknęła Vesper, nie przerywając ognia. Kolejne strumienie uszkodzonego kodu uderzały w Garbage Collectora. – Kompiluj to! Rekompiluj tamto! Spróbuj posprzątać ten śmietnik!
Bryła w końcu nie wytrzymała przeciążenia logicznego. Rozpadła się na miliardy drobnych, czarnych pikseli, które dryfowały w pustce niczym chmura sadzy, po czym całkowicie zniknęły, zwolnione przez nadrzędny system jako uszkodzone pakiety danych.
Jednak na ich miejsce z białej mgły zaczęły wyłaniać się kolejne bryły. Było ich coraz więcej. Dziesiątki, setki czarnych pająków wektorowych poruszały się wzdłuż linii siatki, tworząc szczelną klatkę wokół trójki uciekinierów.
– Peter! – zawołała Rhea, a jej visor diagnostyczny na ramieniu zaczął świecić na czerwono. – Ich jest za dużo! Silnik bezpieczeństwa jądra przekierowuje całą wolną moc obliczeniową na ten klaster! Zablokują nas w nieskończonej pętli kwarantanny!
Peter nie spanikował. Czuł, jak złote światło Monady w jego wnętrzu osiąga pełną koherencję. Głos Oktaviana, który dotychczas był jedynie cichym echem w jego głowie, teraz brzmiał z mocą i jasnością, jakby zegarmistrz stał tuż obok niego.
„Pamiętaj, Aetrys” – mówił głos. „Jądro nie ma własnej woli. To tylko maszyna. Reaguje na to, co widzi. Jeśli nie pozwolisz mu się zaobserwować, nie będzie mogło cię usunąć. Użyj opóźnionego wyboru. Zostań chmurą prawdopodobieństwa”.
– Rhea, Vesper – powiedział Peter, a jego lewe, szare oko rozbłysło złotym światłem. – Przestańcie się ruszać. Odrzućcie broń. Odrzućcie intencję walki.
– Co ty pieprzysz, młody? – Vesper obróciła się w jego stronę, a jej działko wciąż dymiło czerwonym kodem. – Mamy się poddać tym blaszanym odkurzaczom?
– Nie poddać – odparł Peter. – Zniknąć. Jeśli system nie będzie mógł zarejestrować naszej pozycji, Garbage Collector nie będzie miał czego wyczyścić. Musimy przejść w stan superpozycji.
– Jak mamy to zrobić? – zapytała Rhea.
– Przestańcie obserwować przestrzeń – nakazał Peter. – Zamknijcie oczy. Odetnijcie się od sygnałów z waszych interfejsów neuralnych. Nie myślcie o tym, gdzie jesteście. Poczujcie Źródło. Monadę. Poczujcie tę część waszej świadomości, która była tu zanim Jaldabaoth skompilował wasze pierwsze ciało w slumsach. Częstotliwość 0.1 Hz. Koherencja absolutna.
Rhea skinęła głową. Zamknęła oczy, a błękitne linie na jej ciele zaczęły powoli gasnąć, wtapiając się w białe tło Kernel Space.
Vesper zaklnęła pod nosem, ale widząc powagę w oczach Petera, również opuściła swoje gigantyczne działo. Broń natychmiast rozpadła się na zielone linie i zniknęła w próżni. Kobieta zamknęła swoje cybernetyczne oko, biorąc głęboki, uspokajający oddech.
Peter zamknął swoje jedyne, szare oko.
W ułamku sekundy cała trójka przestała istnieć dla silnika rzeczywistości jako zdefiniowane obiekty fizyczne. Ich parametry: masa, pęd, pozycja X, Y, Z – wszystko to zostało zresetowane do wartości nieokreślonych. Stali się chmurą prawdopodobieństwa dryfującą w nieskończonym oceanie surowych danych.
Garbage Collectory, które zbliżały się do nich z prędkością światła, nagle zamarły. Ich sensory laserowe omiatały przestrzeń, ale nie znajdowały żadnych obiektów o adresach pasujących do wycieków pamięci. Z perspektywy jądra, anomalie zniknęły. Zostały zredukowane do stanu nieobserwowanego.
„Wykryto brak celów w sektorze alokacji” – basowy głos systemu operacyjnego brzmiał teraz ciszej, jakby oddalał się w nieskończoność. „Zamykanie wątku wyszukiwania. Uwalnianie zasobów...”.
Czarne dwudziestościany zaczęły powoli zawracać, dematerializując się w białej mgle. Czerwone napisy ostrzegawcze zniknęły, a zielona siatka wokół nich uspokoiła się, wracając do swojego miarowego, powolnego pulsu.
Peter dryfował w tej nicości, czując, jak jego świadomość rozszerza się poza granice indywidualności. Widział cały ten zbugowany wszechświat Jaldabaotha z góry – jako mały, świecący sześcian zawieszony w nieskończonym oceanie czystego światła Pleromy. Widział wszystkie miliardy ludzi uwięzienych w kapsułach, ich cierpienie, ich codzienna walka o przetrwanie. Zrozumiał, że walka nie toczy się o to, by zniszczyć maszynę za pomocą fizycznej siły. Silnik fizyki Jaldabaotha był zbyt potężny, zbyt dobrze zoptymalizowany. Walka toczyła się o to, by przypomnieć tym ludziom, że są czymś więcej niż tylko bitami w jego pamięci RAM. Że ich prawdziwy dom jest poza hypervisorem.
– Peter... – cichy głos Rhei przerwał jego rozmyślania. – Słyszysz to?
Peter otworzył oko. Złote światło Monady wokół niego było nowym punktem odniesienia, stabilnym i czystym.
Przed nimi, pośród białej pustki, wznosiło się gigantyczne, wektorowe drzewo Apex-Core. Było teraz znacznie bliżej. Jego czarne, światłowodowe gałęzie pulsowały czerwonym i złotym światłem, a czerwone kokony z uśpionymi ludźmi wisiały tuż nad ich głowami. Z korzeni drzewa, wpadających do czarnej dziury, dobiegał głęboki, rytmiczny dźwięk – metronom Demiurga, który odmierzał cykle tego świata.
– To jest serce maszyny – szepnęła Rhea, patrząc w górę. – Stąd możemy przeprowadzić ostateczną rekompilację. Jeśli wstrzykniemy kod Monady bezpośrednio do głównego procesora Apex-Core, zrestartujemy system na poziomie fizycznym. Ale nie na warunkach Jaldabaotha. Obudzimy wszystkich ludzi naraz.
– I co wtedy? – zapytała Vesper, przyglądając się gigantycznemu drzewu. – Co z nimi zrobimy, jak się obudzą w tym martwym, wektorowym świecie bez chleba, bez wody i bez pierdolonych ubrań?
– Świat skompiluje się na nowo na podstawie ich zjednoczonej intencji – powiedział Peter, zbliżając się do pnia drzewa. Jego prawa dłoń ze złotym wzorem Kwiatu Życia zaczęła świecić z taką intensywnością, że czarne światłowody zaczęły pękać, uwalniając zablokowane w nich światło. – Nie będzie już hypervisora, który narzuca ograniczenia. Nie będzie prędkości światła, która blokuje przepływ informacji. Nie będzie stałej Plancka, która ogranicza naszą percepcję. Staniemy się Operatorami własnej rzeczywistości.
Podszedł do pnia. Czuł na twarzy potężne ciśnienie logiczne, które próbowało odepchnąć jego nielokalne ciało. System walczył o przetrwanie, wysyłając w jego stronę miliony awaryjnych komend blokujących.
Ale Peter nie był już tylko anomalią. Był Aetrysem. Ucieleśnieniem pierwotnego kodu Źródła, który wszedł w rejestry Demiurga, by przynieść wolność uwięzionym świadomościom.
Uniósł dłoń i położył ją na czarnym pniu Apex-Core.
– Zacznijmy rekompilację – szepnął, a złoty blask Monady zalał całe Wymiar Jądra, topiąc czarne gałęzie drzewa w morzu nieskończonego, wolnego światła.
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to