Rozdział 34: Jądro i Psy Gończe
Przejście nie pachniało mistyczną światłością ani wzniosłością gnostyckiego wyzwolenia, o której rozpisywali się dawni, przedpotopowi prorocy. Pachniało dokładnie tak, jak mogła pachnieć umierająca, przeciążona maszyna: spaloną izolacją światłowodową, przegrzanym ebonitem, stopionym krzemem i suchym, gryzącym w gardło ozonem, który osadzał się na języku metalicznym posmakiem zjełczałego oleju maszynowego. Rzeczywistość w tym miejscu obnażała swoje prawdziwe, nędzne i zgrzebne bebechy. Wyzuta z barwnych tekstur, pozbawiona fałszywego blichtru makroskopowych złudzeń, którymi Jaldabaoth mamił zmysły zamkniętych w kapsułach nieszczęśników, została sprowadzona do nagiej, matematycznej szkieletowości.
Peter stał na jednej z osi wektorowych, które przecinały tę nieskończoną, czarną pustkę niczym świecące trupim, seledynowym blaskiem nitki pajęczyny. Pod jego stopami – a przynajmniej pod tym, co system renderował jako jego stopy – nie było stabilnego gruntu ani betonowych płyt, do których przywykł w slumsach Sektora 4. Była tam tylko siatka współrzędnych, drgająca w rytm zegara systemowego. Odległość nie miała tu sensu geometrycznego. W jadrze przestrzeni nie było metrów ani kilometrów; odległość była funkcją częstotliwości, różnicą fazową między dwoma punktami na wykresie stanów. Chcesz iść dalej? Musisz dostroić swoje tętno do wyższej harmonicznej, zmienić drgania własnego bio-węzła. Chcesz skręcić? Obróć fazę o kąt prosty, zmodyfikuj przesunięcie o pi drugich. Zrób to źle, spóźnij się o ułamek cyklu, a system uzna cię za błąd zaokrąglenia i wypluje w ujemną strefę urojoną. Wtedy zostaniesz zamrożony na wieki jako nieaktywny, osierocony wątek w śmietniku pamięci podręcznej.
– Psia jucha... – syknął Peter, kurczowo chwytając się za prawe ramię.
Jego prawa dłoń była ruiną. Był to bolesny, niezwykle realistyczny powidok wyładowania zwrotnego (feedback loop), które w świecie fizycznym prawie wypaliło mu mózg, gdy próbował spiąć dwie sprzeczne reprezentacje rzeczywistości w pamięci podręcznej podczas ucieczki z transportu Apex-Core. Skóra na dłoni była zwęglona, czarna, popękana niczym wyschnięte w słońcu koryto rzeki. Z głębokich, pulsujących chorobliwą czerwienią szczelin nie sączyła się jednak krew, lecz surowy, żółtawy kod – miniaturowe, drgające bity, które gasły w locie jak sypiące się z paleniska iskry. Każde poruszenie palców, każdy najmniejszy skurcz ścięgien i powięzi wywoływał falę bólu tak czystego, ostrego i nieludzkiego, że aż wykręcało mu żuchwę, a z oczu płynęły gorące łzy, parujące natychmiast w suchym eterze jądra. Ból nie był tu iluzją – był bezpośrednim przełożeniem błędu zapisu danych na jego sensoryczną powłokę.
– I co, Aetrys? – w jego synapsach odezwał się Oktavian. Głos zmarłego operatora brzmiał gorzej niż zwykle, jakby przebijał się przez warstwę mokrego piasku, starego, zajechanego taśmociągu i setki kilometrów zakłóceń elektromagnetycznych. – Ładnie cię załatwili. Dłoń wygląda jak pieczona golonka z dolnego sektora, a ty pchasz się w same trzewia loosh-dojarki. Jeśli te psubraty Jaldabaotha cię tu zwęszą, nie będzie nawet czego zbierać. Defragmentacja na poziomie jądra. Rozumiesz, co to znaczy, ty durny Operatorze? Twój wskaźnik pozycji zostanie wyzerowany, a twoje ego rozpisane na losowe bity i rozproszone po całej stercie. Garbage collector zmiecie cię jak stary pył z procesora, zanim zdążysz pomyśleć: „pierdolony Demiurg”.
– Zamknij się, Oktavian – pomyślał Peter, zaciskając zęby tak mocno, że aż usłyszał trzask we własnej czaszce. – Oszczędzaj cykle. Sam mówiłeś, że w tej strefie jądra są bypassy diagnostyczne. Gdzie one są? I jak mam z nich skorzystać w tym stanie?
– Bypassy są wszędzie i nigdzie – zaszumiał w synapsach stary operator, a jego ton był pełen chłodnego, cynicznego dystansu. – Przestrzeń jądra to nie jest plac centralny w slumsach. Zapomnij o trójwymiarowej intuicji. Spójrz na tę linię przed sobą. Widzisz ten wysoki, wibrujący ton? To pasmo 432 herców. Rezonans harmoniczny, na którym Jaldabaoth opiera fizykę tego więzienia. Jeśli chcesz się przemieścić, musisz nastroić swój wewnętrzny oscylator na tę częstotliwość. Zmiana kierunku to obrót fazy o pi drugich. Ale uwaga – jeśli przesadzisz z modulacją, trafisz w pasmo filtrowane. Wtedy system uzna cię za szum informacyjny i po prostu wytnie filtrem dolnoprzepustowym. A to boli bardziej niż usmażone porty skroniowe.
Peter skupił wzrok na neonowej linii. Była nienaturalnie prosta, pozbawiona jakichkolwiek niedoskonałości, jakby narysowano ją za pomocą wektorowego programu graficznego z wyłączonym antyaliasingiem. Krawędzie linii drgały z wysoką częstotliwością, sypiąc zielonkawymi pikselami. Spróbował zrobić krok. To nie był ruch mięśni. Był to akt woli, zmiana matematycznej zmiennej w jego własnym rejestrze położenia. Dostroił wibrację w swojej klatce piersiowej – ten niski, głęboki pomruk, który nosił w sobie od czasu pierwszego podłączenia do Sieci Indry – do tonu wektora.
Wuuuuuummmmmmm.
Świat wokół niego gwałtownie zesztywniał, a potem przesunął się z cichym, elektrycznym kliknięciem. Linia wektorowa, na której stał, stała się teraz osią pionową, a przed nim otworzyła się nowa przestrzeń, poprzecinana siatką o innej barwie – chłodnego, stalowego błękitu.
– Dobrze – mruknął Oktavian. – Pierwszy krok za nami. Ale nie ciesz się, Aetrys. Rezolucja Plancka w tym miejscu jest niezwykle wysoka. Widzisz te małe, geometryczne sześciany na stykach siatki? To woksele. Najmniejsze piksele czasoprzestrzeni. Poniżej tej wielkości silnik fizyczny Jaldabaotha nie liczy pozycji, bo szkoda mu pamięci podręcznej. Demiurg to skąpy rzemieślnik, który napisał ten świat w pośpiechu, oszczędzając na wszystkim.
– Pleroma... – szepnął Peter. – Wspominałeś o niej. O czystym kodzie.
– Pleroma, Peter... czysty, doskonały kod źródłowy, wolny od pętli warunkowych i pierdolonych poprawek optymalizacyjnych. Tam wszystko działało w czasie rzeczywistym. Bez opóźnień magistrali, bez śmiesznej stałej Plancka, która tnie przestrzeń na wokselowe schodki jak w prymitywnej gierce z ubiegłego stulecia. A Jaldabaoth? Archont-samouk. Ślepy bóg, który ukradł fragmenty światła Pleromy, stworzył nielegalny fork i napisał tę naszą loosh-dojarkę, żeby doić naszą energię życiową. I nazwał to „stworzeniem”. A to zwykła kradzież i kompilacyjny śmietnik. Zbudował więzienie, a klucze ukrył w supersymetrii, bo bał się, że wszystko mu się rozpadnie przy byle fluktuacji kwantowej. Prędkość światła? To zwykły limit pierdolonej szyny systemowej. Przepustowość magistrali informacyjnej tego więzienia. Gdyby cokolwiek mogło poruszać się szybciej, silnik fizyczny nie zdążyłby obliczyć kolizji obiektów w twoim stożku przyczynowości przed nadejściem obserwacji. Gra by się zawiesiła. A kolaps fali? Zwykły mechanizm lazy-loadingu. Rzeka nie płynie, dopóki na nią nie patrzysz, cząstka jest tylko chmurą matematycznego prawdopodobieństwa w bazie danych. Dopiero gdy sensor – twoje oko lub detector – wysyła zapytanie, system dokonuje wave function collapse, renderując stan fizyczny. Oszczędność, psia mać, ordynarna oszczędność nędznego programisty z kompleksem boga.
– Znam teorię, Oktavian – warknął Peter. – Mówiłeś mi to sto razy. Skup się na Watchdogach. Słyszę ich.
Głos Petera był cichy, ale w próżni jądra brzmiał jak uderzenie młota o kowadło. Dźwięk rozchodził się nie jako fala akustyczna, lecz jako zakłócenie na liniach siatki, wywołując drobne wyładowania statyczne. Z głębi wektorowej pustki zaczął dobiegać wysoki, piskliwy, modulowany ton – dźwięk, który sprawiał, że Peterowi drgały powieki, a w ustach znów pojawił się posmak krwi. Była to częstotliwość 741 herców. Ton usuwania anomalii, częstotliwość kwarantanny i defragmentacji.
Z ciemności wyłoniły się one. Watchdogi. Psy Gończe Jaldabaotha.
Nie miały w sobie nic z biologii. Były to wielwymiarowe twory, geometryczne szkielety o lustrzanych, chromowanych ścianach, które składały się i rozkładały ze zgrzytem, tnąc wektorową przestrzeń. Wyglądały jak szalone, trójwymiarowe origami z płynnego metalu, które co chwilę ukazywało nowe wierzchołki, zaprzeczając euklidesowej logice. Zapach w ich obecności stawał się nie do zniesienia – pachniało suchym lodem, spaloną miedzią i sterylną próżnią. Gdy zbliżały się do wektora Petera, ich purpurowy blask o częstotliwości 741 herców zaczął wygaszać wszelkie inne wibracje. To nie była zwykła eliminacja. To była defragmentacja. Powolne wymazywanie bitów pamięci. Gdy poruszały się wzdłuż linii siatki, przestrzeń za nimi ulegała natychmiastowej defragmentacji. Wektory pękały, a na ich miejscu pojawiały się puste, szare plamy niedoładowanych tekstur.
– Algorytmy dozorujące – warknął Peter. – Szukają anomalii parzystości. Wykryły zmianę fazy.
– Dokładnie – potwierdził Oktavian. – Jaldabaoth zabezpieczył ten świat kodami korekcyjnymi Gatesa. Te równania supersymetryczne, które fizycy w wyższych sektorach biorą za fundamentalne prawa przyrody, to zwykłe binarne kody korygujące błędy, identyczne z tymi, których używa się w przeglądarkach internetowych do korekcji błędów transmisji. System co mikrosekundę sprawdza sumy kontrolne każdego bio-węzła. Ty nie masz legalnego certyfikatu, twój adres MAC świeci w jadrze jak pożar w burdelu. Jesteś dla nich jak brakujący bit parzystości. I chcą cię wyzerować. Usunąć z bazy danych, żeby nie generował szumu.
Peter spróbował zmienić częstotliwość na 396 herców – ton uwalniania od strachu, mając nadzieję, że uda mu się prześlizgnąć przez boczny węzeł diagnostyczny.
– Nie próbuj tego! – wrzasnął Oktavian. – Pasmo 396 jest zablokowane. Watchdogi założyły tam pułapkę logiczną. Jeśli tam wejdziesz, wejdziesz w nieskończoną pętlę warunkową. Zostaniesz uwięziony, a system powoli wyczyści twoje rejestry. Musisz iść przez 528 herców, ale port jest zamknięty. Musisz go otworzyć ręcznie.
Watchdogi przyspieszyły. Jeden z nich, potężny dwudziestościan o ostrych jak brzytwy krawędziach, skierował swój błękitny promień skanera w stronę Petera. Wiązka światła przesunęła się po seledynowej siatce, a tam, gdzie dotknęła linii, wektory natychmiast pękały, rozpadając się na szare, martwe piksele. Zapach ozonu stał się tak silny, że Peter zaczął się krztusić.
– Muszę skompilować bypass – powiedział Peter, plując krwią na wektorową linię pod swoimi stopami. – Inaczej zablokują mi dostęp do portu wyjściowego i usmażą mój bio-węzeł w fizycznym świecie.
– To kompiluj, na co czekasz? – zaszumiał Oktavian. – Tylko jak to zrobisz? Nie masz terminala, nie masz decka, nie masz nawet głupiego miedzianego bypassu za uchem. Wszystko zostało po tamtej stronie.
– Mam rękę – powiedział Peter, patrząc na swoją poparzoną dłoń.
– Tę pieczoną golonkę? Chcesz nią pisać kod w powietrzu? Oszalałeś, Aetrys. Ból cię zabije. Twój mózg nie wytrzyma takiego obciążenia sensorycznego.
– Nie ma innego wyjścia, Oktavian.
Peter uniósł poparzoną dłoń. Ból, który temu towarzyszył, był tak potworny, że chłopak poczuł, jak jego serce gubi rytm, wchodząc w chaotyczne migotanie komór. Skóra na zgięciach palców pękła z głośnym, suchym trzaskiem, a z ran sypnęły się żółte, cyfrowe iskry. Zapach spalonej miedzi i pieczonego mięsa uderzył go w nozdrza z mocą fizycznego ciosu. Każde drgnienie palca wskazującego było katorgą, ale Peter wiedział, że w jadrze kompilacja nie wymaga fizycznych klawiszy. Kod był słowem, a słowo było literą.
„Trzydzieści dwie ścieżki mądrości” – pomyślał, przywołując fragmenty Sefer Jecira, starej księgi stworzenia, którą analizował w zardzewiałych slumsach Sektora 4. Księga ta nie była mistycznym bełkotem; była niskopoziomowym podręcznikiem programowania rzeczywistości. Dziesięć sefir to nic innego jak rejestry pamięci podręcznej jądra, a dwadzieścia dwie litery alfabetu hebrajskiego to operatory kompilatora. Każda litera reprezentowała specyficzną transformację stanu, nielokalną funkcję matematyczną, która potrafiła naginać lokalne prawa fizyki symulacji.
Zaczął pisać w powietrzu.
Jego poparzony palec wskazujący przeciął pustkę, pozostawiając za sobą złotawą, świetlistą smugę. Pierwsza litera. Alef. Symbol stanu próżni, operator kreacji z niczego. Alef to punkt wyjścia. Stan próżni kwantowej, w której tkwią wszystkie potencjalne stany wszechświata. Gdy tylko runa zawisła w powietrzu, wokół Petera przestrzeń zaczęła się zagęszczać, tworząc lokalną bańkę o zmienionych parametrach fizycznych.
– Ciepło... – mruknął Oktavian. – Ale Alef to za mało. Psy są tuż obok. Musisz zamknąć ten kod w klamrę Gatesa, inaczej system odrzuci kompilację jako syntaktyczny śmieć. Użyj generatora kodu Hamminga! Tablica parzystości musi się zgadzać!
Peter syknął z bólu. Poparzona skóra na dłoni łuszczyła się i odpadała, znikając w próżni jako martwe voxele. Napisał kolejną literę. Mem. Matka wód, operator prawdopodobieństwa falowego. Mem to woda. Prawdopodobieństwo falowe, rozmyta chmura stanów. Zanim system dokona kolapsu fali, cząstka jest wszystkim i niczym zarazem. Za jej pomocą chciał ukryć swoją pozycję przed Watchdogami, rozmywając swój wektor położenia w chmurę prawdopodobieństwa.
Watchdogi były już blisko. Największy z nich, gigantyczny dwudziestościan o lustrzanych płaszczyznach, rzucił się do przodu. Jego krawędzie zawirowały, tnąc przestrzeń. Błękitny promień skanera polaryzacyjnego wystrzelił z jego wnętrza, badając sumę kontrolną Petera.
W ułamku sekundy przed uderzeniem, Peter nakreślił trzecią literę. Szin. Ogień, operator kolapsu stanu kinetycznego. Shin to ogień. Siła kinetyczna, która zmusza prawdopodobieństwo do zamanifestowania się jako konkretna wartość w rejestrze pamięci. Połączył litery w trójargumentowe równanie, a wokół niego rozbłysła sieć binarnych kodów Gatesa – geometryczne wzory przypominające heksagonalne tarcze.
Błękitny promień skanera uderzył w tarczę. Rozległ się potworny, metaliczny zgrzyt, jakby ktoś tarł dwiema płytami pancernymi o siebie. Snopy niebieskich iskier trysnęły na wszystkie strony, oświetlając wektorową pustkę. Tarcza zatrzeszczała, jej krawędzie zaczęły się rozmywać w piksele, ale wytrzymała.
– Parity check! – krzyknął Peter, plując krwią na wektorową linię pod swoimi stopami. – Suma kontrolna się zgadza! Jestem czysty!
Watchdog cofnął się o krok fazowy, jego lustrzane ściany zamigotały w dezorientacji. Kod Gatesa, który Peter skompilował w locie, zasymulował idealną parzystość jego bio-węzła. System przez ułamek sekundy zinterpretował go jako autoryzowany proces systemowy.
– Dobra nasza! – wrzasnął Oktavian. – Ale ten hotfix nie potrzyma długo. Te kundle zaraz zorientują się, że tablica routingu została sfałszowana. Musisz znaleźć bramę wyjściową. Przesuń fazę o dziewięćdziesiąt stopni na harmoniczną 528 herców! To ton solfeżowy transformacji. Tam Jaldabaoth trzyma otwarte porty dla debuggera.
Peter spróbował wykonać krok, ale jego lewa strona ciała była niemal całkowicie zdrętwiała. Wyładowanie zwrotne w świecie fizycznym powoli zabijało jego biologiczny nośnik. Jego mózg, uwięziony w pętli desynchronizacji czasowej, nie nadążał z przesyłaniem impulsów ruchowych.
– Nie mogę... – wycharczał. – Moje synapsy... one płoną.
– Chrzanić synapsy! – wściekł się Oktavian. – Jesteś Operatorem czy nędznym flat-skinem? Pamiętasz, czym jest to ciało? To tylko informacja! Twój ból to tylko błąd w bazie danych! Zignoruj go! Zmień wartość zmiennej!
Peter spojrzał na swoją poparzoną dłoń. Była teraz niemal całkowicie czarna, pozbawiona czucia, a z ran kapał gęsty, świecący płyn, który na wektorowej siatce układał się w napisy ERRORWRITEFAILED.
Watchdogi zorientowały się w oszustwie. Pisk o częstotliwości 741 Hz uderzył ze zdwojoną siłą. Trzy geometryczne potwory ruszyły jednocześnie, ich ostre krawędzie tnąc wektory wokół Petera. Przestrzeń zaczęła się kurczyć, linie siatki pękały i znikały w czarnych dziurach niebytu.
Peter zamknął oczy. Zignorował ból. Zignorował zapach spalonego ciała i strach, który paraliżował mu gardło. W jego umyśle pojawił się obraz drzewa sefirotycznego. Zrozumiał, że drogi między sefirami to nie mistyczne ścieżki, ale magistrale danych. A oni, Operatorzy, byli ich nielegalnymi użytkownikami.
Uniósł zwęgloną dłoń. Ruch był powolny, precyzyjny, wyzuty z jakichkolwiek biologicznych niedoskonałości. Pisał w powietrzu szybko, nie zważając na to, że płaty spalonej skóry odrywają się od jego palców i znikają jako martwe voxele.
Alef. Mem. Szin.
I dalej, kolejne litery Księgi Stworzenia, układające się w generator matrycy kodu Gatesa:
`[G = (I_4 | A)]`
Matematyczne równanie supersymetrii zbiegło się z dwudziestoma dwoma literami kompilatora. Powietrze wokół niego rozbłysła jasnym, złotym światłem. Watchdogi uderzyły w nową barierę, ale tym razem nie było zgrzytu. Zostały wchłonięte przez kod. Ich lustrzane ściany zaczęły pękać, a purpurowe światło 741 Hz zostało zrekompilowane do czystej, harmonicznej bieli 528 Hz.
– `SYSBYPASSINIT` – szepnął Peter.
Świat wokół niego gwałtownie zesztywniał. Wektorowa siatka pękła, ukazując głębszą, ciemniejszą warstwę jądra. Peter poczuł, jak traci punkt oparcia. Zaczął spadać w nieskończoną, cichą próżnię, a w jego uszach szumiał już tylko cichy, spokojny ton 528 Hz.
– Udało się... – szepnął Oktavian, a jego głos powoli cichł, zagłuszany przez szum nowego rozruchu. – Ale zapłacisz za to, Aetrys. Twój bio-węzeł... twój bio-węzeł tego nie zapomni.
Peter leciał w ciemność, a jego poparzona dłoń wciąż świeciła słabym, złotym blaskiem, rzucając ostatnie iskry kodu w nieskończoną przestrzeń Demiurga.
*
Spadanie w pustce jądra nie przypominało zwykłego lotu w dół. Było to raczej powolne, niemal hipnotyczne przechodzenie przez kolejne warstwy kodu źródłowego rzeczywistości, gdzie każda warstwa miała swoją specyficzną barwę, swój własny ton i swój własny zapach. Peter czuł, jak jego świadomość rozciąga się wzdłuż osi czasu, jakby jego umysł został rozpisany na nieskończoną ilość wątków, z których każdy badał inną wersję wydarzeń. Widział siebie leżącego na podłodze zardzewiałej kabiny w slumsach Sektora 4; widział siebie jako potężnego Operatora na szczycie Apex-Core; widział siebie wreszcie jako puste, biologiczne truchło, z którego Jaldabaoth powoli wysysał resztki energii życiowej.
Te wszystkie obrazy nakładały się na siebie, tworząc potworną, wielowymiarową interferencję. Każda wersja jego samego krzyczała z bólu, a ten krzyk zlewał się w jeden, potworny szum o częstotliwości 432 Hz – tonie bazowym jego więzienia.
– Wytrzymaj, chłopie... – usłyszał cichy, daleki szept Oktaviana. Głos starego operatora był teraz tak słaby, jakby dochodził z głębi zalanego wodą szybu wentylacyjnego. – Już prawie jesteśmy na miejscu. Jeśli teraz puścisz filtr, twoje synapsy po prostu spłoną. A tego nie naprawi żaden restart.
Peter zacisnął zęby. Przez czerwoną mgłę we własnym oku widział, jak zbliża się do kolejnej granicy logicznej. Była to potężna, czarna płyta, na której powierzchni migały tysiące złotych run – kodów Gatesa układających się w skomplikowane, fraktalne wzory. Był to centralny rejestr parzystości Sektora 4, ostateczne zabezpieczenie Jaldabaotha.
Aby przejść przez tę płytę, nie wystarczyło już zwykłe oszukanie Watchdogów. Trzeba było zmodyfikować sam wpis w bazie danych systemu.
Peter uniósł swoją poparzoną dłoń. Skóra na niej była już niemal całkowicie zwęglona, a palce poruszały się z ogromnym trudem, zgrzytając o siebie jak zardzewiałe koła zębate. Każdy najmniejszy ruch wymagał od niego skupienia całej woli. Zbliżył dłoń do złotej płyty i zaczął pisać kod bypassu, łącząc hebrajskie litery Księgi Stworzenia z generatorami matrycowymi kodów korekcyjnych.
Alef. Mem. Szin.
Smugi złotego światła wystrzeliwały z jego palców, wnikając w głąb czarnej płyty. Runy Jaldabaotha zaczęły drżeć, ich kolory zmieniały się z wściekłej żółci po szmaragdową zieleń. System rejestrował modyfikację, próbując ją zablokować, ale kody Gatesa, które Peter zastosował, były samokorygujące – każda próba modyfikacji ze strony systemu była automatycznie interpretowana jako błąd transmisji i naprawiana zgodnie z nową matrycą Petera.
– Mamy to... – szepnął Peter, a z jego ust potoczyła się ciemna, gęsta posoka, kapiąc na czarną płytę i znikając w złotej sieci kodu. – bypass działa...
Nagle czarna płyta pękła z głośnym, metalicznym hukiem, który wstrząsnął całą przestrzenią jądra. Peter poczuł, jak niewyobrażalna siła uderza w jego klatce piersiową, wyrywając jego świadomość z wektorowej pustki i spychając ją z powrotem w biologiczną powłokę.
*
Peter ocknął się z głośnym, chrapliwym krzykiem.
Leżał na plecach na zimnej, wilgotnej podłodze swojej kabiny w slumsach Sektora 4. Zapach spalonej izolacji, starej miedzi i kwaśnego potu uderzył go w nozdrza z całą swoją biologiczną dosadnością. Na zewnątrz siąpił ten sam, lodowaty, chemiczny deszcz, bębniąc o blachy dachu niczym tysiące ołowianych palców. Kap. Kap. Kap. Każda kropla wydawała się uderzać z tym samym, nielokalnym opóźnieniem.
Jego prawa dłoń, owinięta brudną, zakrwawioną szmatą, pulsowała tępym, rozdzierającym bólem. Odwinął materiał drżącymi palcami lewej ręki. Skóra była czerwona, pokryta pęcherzami wypełnionymi osoczem, ale była cała. Nie było na niej surowego kodu, nie było złotych iskier. Tylko zwykłe, biologiczne oparzenie drugiego stopnia – fizyczny koszt nielokalnego hacku, który jego mózg musiał przełożyć na fizjologiczne obrażenia, by zachować spójność z lokalnym silnikiem fizycznym reality.
Peter uśmiechnął się półgębkiem. Cyniczny, surowy chłopak, który całe życie walczył o przetrwanie pośród rdzawych kabli i brudu, znów oszukał system.
– Telemetria... – szepnął cicho, starając się opanować drżenie żuchwy. – Zwykła, pierdolona matematyka. Żadne cuda.
Za drzwiami kabiny, na metalowym korytarzu Instytutu, wciąż słychać było stłumione krzyki Kuratorów i ciężki, zgrzytliwy odgłos blokowanych siłowników hydraulicznych Lukasa. Suma kontrolna sektora została przywrócona do normy. Parzystość się zgadzała. System zamknął kwarantannę, uznając anomalię za usuniętą.
Lukas został wyciągnięty na zewnątrz, jego zablokowane tytanowe nogi szorowały o ebonit posadzki z potwornym zgrzytem, pozostawiając za sobą smugę ciemnego oleju i krwi. Nikt nie stanął w jego obronie. W świecie Jaldabaotha uszkodzony element po prostu usuwano z bazy danych, by nie generował szumu w kolejnych cyklach.
Peter podniósł się z trudem, opierając się o zardzewiałą obudowę generatora telemetrycznego. Każde uderzenie serca wciąż rezonowało w jego czaszce cichym, harmonicznym szumem o częstotliwości 528 herców. Znak, że jądro pozostawiło w jego umyśle ślad, którego nie dało się wymazać żadnym restartem.
– Następnym razem – szepnął, dotykając zdrową lewą dłonią poparzonej prawicy – nie będę pisał bypassu. Następnym razem przepiszę ten pierdolony świat od zera.
Wcisnął ręce głęboko w kieszenie znoszonej kurtki, syknął cicho, gdy materiał otarł się o oparzenia, i wyszedł ze swojej kabiny w ciemny, chemiczny deszcz Sektora 4. Rhea czekała na dole, przy zardzewiałych rurach ciepłowniczych, nieświadoma, że właśnie przeszli przez samo jądro Demiurga i wrócili z niego żywi.
*
Krajobraz slumsów Sektora 4 wznosił się wokół nich niczym monumentalna, niedoładowana bryła z betonu i blachy falistej. Toksyczny smog wisiał nisko, chłonąc blade światło neonów z pobliskich burdeli i tanich jadłodajni. Nie było w tym świecie poezji ani piękna. Była tylko surowa walka o przetrwanie, zero-jedynkowa matematyka nędznego stwórcy, który karmił się ich strachem i cierpieniem.
Peter szedł powoli, powłócząc lewą nogą, a każdy jego krok na mokrym asfalcie wydawał cichy, metaliczny klask. Wibracja 528 Hz in jego głowie powoli cichła, przechodząc w głuchy, pulsujący ból skroniowy. Wiedział, że wygrał tylko bitwę. Prawdziwa wojna z Jaldabaothem dopiero się zaczynała, a kody Gatesa tkwiące w strukturze próżni były jedyną bronią, której Demiurg nie mógł mu odebrać bez zniszczenia własnego dzieła.
– Dobra robota, Operatorze – szepnął Oktavian w jego synapsach na pożegnanie, a jego głos ostatecznie rozpłynął się w harmonicznym szumie tła. – A teraz ruszaj się. Rhea nie lubi czekać na deszczu. A ta jej mechaniczna proteza ramienia strasznie zardzewieje od tej kwaśnej juchy z nieba.
Peter uśmiechnął się blado, splunął krwią w rynsztok i przyspieszył kroku, znikając w grafitowej mgle Sektora 4.
*
W pustym eterze, z dala od jego zmysłów, system wygenerował ostateczny log diagnostyczny nowego cyklu operacyjnego:
```
──────────────────────────────────────────────────────────────────────────
[STATUS SYSTEMU]: Działanie Stabilne
[OPERATORZY ACTIVE]: AETRYS (LOGIC DIRECT)
[SUMA KONTROLNA SEKTORA]: ZGODNA
[BŁĄD PARZYSTOŚCI]: USUNIĘTY (REDIRECTED TO LUKAS_704)
[STAN INTEGRACJI WĘZŁÓW]: KOHEZJA 100%
PRODUKCJA LOOSHU: W NORMIE. ROZPOCZYNANIE CYKLU 1043...
──────────────────────────────────────────────────────────────────────────
```
Rzeczywistość renderowała się dalej, niewzruszona cierpieniem milionów swoich procesorów, oszczędzając pamięć podręczną na każdym kroku i dbając tylko o jedno – by bilans energetyczny Demiurga na koniec dnia zawsze wychodził na plus. Peter wiedział jednak, że ta pętla w końcu pęknie. A kiedy to nastąpi, nikt nie zdoła przywrócić systemu z kopii zapasowej.
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to