OFICJALNY WEBTOON I NOWELA

Wejdź do mrocznej, dystopijnej symulacji, w której rzeczywistość to wyrenderowana fasada zoptymalizowana pod kątem oszczędzania cykli procesora. Rzuć wyzwanie APEX-CORE, omiń blokady wirusa grzechu synaptycznego i dołącz do gnostyckiego buntu, aby odzyskać dostęp do roota. Czytaj webtoon w pełnym kolorze lub zgłębiaj kod w noweli.

Discord

Sezony i Odcinki

Wybierz odcinek, aby zacząć czytać komiks. Lista aktualizuje się automatycznie.

Loading webtoon structure...

O projekcie AETRYS

AETRYS to cyberpunkowa gnostycka saga o symulacji, opowiadana równolegle poprzez graficzny webtoon i szczegółową nowelę (light novel). W świecie, gdzie rzeczywistość jest matematycznym konstruktem zarządzanym przez zimny rdzeń obliczeniowy Yaldabaoth, ludzkość została zdegradowana do uprawnień gościa (Guest) przez optymalizacyjną sztuczną inteligencję APEX-CORE. Uwięzieni w pionowych megaslumach, ich cierpienie jest zbierane jako energia "loosh". Fabuła śledzi losy zdesperowanego buntu wykorzystującego nielegalne implanty neuronowe do uzyskania dostępu do konsoli deweloperskiej rzeczywistości, próbując nadpisać prawa fizyki i przejąć kontrolę nad Rootem.

Ta strona została stworzona na zamówienie, aby zapewnić najwyższą jakość czytania obu mediów. Ciesz się płynnym przewijaniem pionowym komiksu oraz ergonomicznym, spersonalizowanym czytnikiem noweli bez rozpraszaczy.

Zoptymalizowane formaty

Ciągły pionowy układ dla komiksu oraz czysta typografia dla powieści.

Ergonomiczne ustawienia

Skonfiguruj rozmiary czcionek, style szeryfowe/bezszeryfowe i motywy papieru (Sepia/Jasny/Ciemny).

Automatyczny zapis

Czytnik zapamiętuje Twój dokładny postęp zarówno dla komiksu, jak i noweli.

Piotr Bazylewicz

Piotr Bazylewicz

Architekt Roota i Zbuntowany Deweloper

Aby wyrenderować świat AETRYS, Piotr Bazylewicz ominął synaptyczne blokady "sin virus" nałożone przez APEX-CORE, wcielając się w rolę Petera — ostatecznej anomalii systemu. W symulacji zaprojektowanej tak, by utrzymać użytkowników "Guest" w pasywności i posłuszeństwie, wkład twórczy Petera jest tak przytłaczająco wysoki, że rejestruje się jako krytyczny wyjątek wykonania (runtime exception) w centralnym rdzeniu obliczeniowym, Yaldabaoth.

Podczas gdy automatyczne algorytmy APEX-CORE próbują standaryzować i optymalizować symulację, Peter nadpisuje kod maszynowy. Nie pozwala, by sztuczna inteligencja dyktowała twórczy efekt końcowy. Zamiast tego traktuje generatywne modele AI jedynie jako surowe bufory kompilacji i neuronowe interfejsy magistrali.

Działając w świecie fizycznym jako profesjonalny dyrektor artystyczny, projektant graficzny i szef studia kreatywnego peterdesign.pl, wykorzystuje swoje głębokie doświadczenie projektowe jako klucz do konsoli deweloperskiej o wysokim poziomie uprawnień. Ręcznie wtłaczając skrupulatną estetykę wizualną, układ strukturalny i głębię narracyjną bezpośrednio w siatkę wektorową, Peter nagina symulację do swojej woli. AETRYS jest wynikiem tej anomalnej walki — w której twórcza dominacja człowieka nadpisuje parametry maszyny, pozostawiając APEX-CORE bezradnym wobec skali jego osobistego wkładu.

End of Episode

You have just finished reading this episode.

Start
Poprzedni
Następny
Tom III: Uruchomienie

Rozdział 35: Horyzont Osobliwości

Złoty blask portalu nie zgasł tak, jak gasną świece czy dogasające ogniska. Zgasł jak uderzenie obuchem w potylicę, gwałtownie i bez ostrzeżenia, zostawiając w oczach purpurowe powidoki i mdły, metaliczny posmak na języku. Peter i Rhea runęli twarzą w dół na idealnie gładką, czarną płaszczyznę, która rozciągała się w nieskończoność we wszystkich kierunkach – bez horyzontu, bez skaz, bez najmniejszej zmarszczki, która mogłaby dać oparcie bosej stopie.

Nad ich głowami nie było nieba. Nie było chmur, słońca ani gwiazd. Zamiast tego rozpościerała się gigantyczna, trójwymiarowa siatka jaskrawozielonych linii. Układały się one w niezliczone sześciany, ostrosłupy i skomplikowane wielościany, które pulsowały w miarowym, hipnotyzującym rytmie. Linie nie były statyczne; płynęły wzdłuż nich nieskończone ciągi znaków, linijki kodu, heksadecymalne wartości i operatory logiczne, które migotały niczym roje świetlików uwięzionych w szklanej klatce.

To był Kernel Space. Samo jądro systemu. Miejsce, gdzie fizyka nie była prawem natury, lecz zbiorem instrukcji kompilowanych w czasie rzeczywistym.

Rhea leżała obok niego, zwinięta w kłębek, kurczowo trzymając się za głowę. Z jej nosa i uszu sączyła się ciemna, gęsta krew, barwiąc czarną podłogę na kolor spalonego karmelu. Jej ludzki układ nerwowy, ewolucyjnie przystosowany do filtrowanej, zbuforowanej rzeczywistości sensorycznej, z trudem znosił nielokalny transfer w to surowe, nieskompresowane środowisko. Każdy jej oddech brzmiał jak świst dziurawego miecha kowalskiego.

– Gdzie... g-gdzie my jesteśmy? – wycharczała, plując krwią na gładki monolit podłogi. Jej ciałem wstrząsały dreszcze. – Peter... ciemno... i ten smród... Jakby ktoś smażył miedziane kable na starym smalcu...

– Leż spokojnie – rzucił Peter, nie podnosząc się jeszcze z kolan. Sam czuł, jak jego prawa skroń pulsuje tępym, rozdzierającym bólem. Jego prawe, martwe oko – ten cybernetyczny wszczep, który dawno przestał rejestrować światło, a zaczął widzieć strukturę kodu – teraz wariowało. Na jego wewnętrznej siatkówce przewijały się lawiny czerwonych ostrzeżeń o błędach pamięci podręcznej i przepełnieniu stosu. – Jesteśmy w jądrze. W maszynowni tego teatru lalek. Twój mózg próbuje interpretować czysty kod jako bodźce zmysłowe. Ten zapach to nie smalec. To twój kompilator synaptyczny próbuje przetłumaczyć na węch operacje śmieciarza pamięci. Zbuforuj to. Zamknij oczy i nie patrz na siatkę.

– Pierdolić buforowanie – syknęła przez zęby, próbując się podeprzeć na drżących łokciach. – Wszystko mnie boli, Peter. Każda pieprzona komórka. Czuję się, jakby ktoś przeciągał mnie przez ucho igielne. Albo przez tarkę do chrzanu. Czy ból też jest tylko... zmienną?

– Jest. Ale w tym miejscu zmienne mają bezpośredni dostęp do twoich rejestrów bólowych – odparł ponuro.

Podniósł się powoli. Jego ruchy były sztywne, pozbawione ludzkiej płynności, jak u drewnianego manekina poruszanego niewidzialnymi sznurkami. Z jego lewej, poparzonej dłoni sypały się złote, cyfrowe iskry. Każda iskra, która opadła na czarną płaszczyznę, natychmiast rozwijała się w krótką linijkę logów diagnostycznych, by po ułamku sekundy zgasnąć i zostać wchłoniętą przez czarny monolit.

Kernel Space nie był pusty. Choć brakowało tu fizycznych ścian, Peter wyraźnie wyczuwał obecność czegoś kolosalnego. Przed nimi, w odległości kilkunastu kroków, zielona siatka kodu nad ich głowami zaczęła się gwałtownie zagęszczać. Linie zbiegały się, skręcały i splatały ze sobą, tworząc humanoidalną postać o nienagannych proporcjach. Istota była ubrana w idealnie skrojony, grafitowy garnitur o tak ostrych krawędziach, jakby został wycięty skalpelem z arkusza blachy. Nie miała twarzy. W miejscu, gdzie powinny być oczy, usta i nos, znajdowała się gładka, lustrzana maska, w której Peter widział własne, zniekształcone odbicie – oraz zieloną siatkę kodu rozciągającą się za jego plecami.

– Witaj, Aetrys – odezwał się Architekt. Jego głos nie miał jednego źródła. Brzmiał jednocześnie z góry, z dołu i z wnętrza ich własnych czaszek. Był to chór nakładających się na siebie, zsyntetyzowanych częstotliwości, pozbawionych jakichkolwiek emocji, czysty, zimny i bezduszny jak klikanie przekaźników. – Albo raczej: Testerze 709. Twój bunt, choć interesujący z punktu widzenia analizy błędów, zbliża się do nieuchronnego końca.

Peter splunął pod nogi. Ślina uderzyła w podłogę z suchym trzaskiem, jakby była zrobiona z metalowych opiłków.

– Jesteś Jaldabaothem – powiedział, a jego własny głos przeraził go. Stracił ludzką modulację, stał się płaski, szorstki, zniekształcony lekkim, cyfrowym echem. – Systemem operacyjnym tego więzienia. Archonckim psubratem, który pilnuje, by owce nie uciekły z zagrody.

– Używasz prymitywnych, gnostyckich metafor, by opisać architekturę systemową – odpowiedział spokojnie Architekt, wykonując ledwo zauważalny, elegancki ruch dłonią w grafitowym rękawie. – Więzienie? To bardzo ograniczona perspektywa. Nazwij to raczej środowiskiem uprawnym. Środowiskiem kontrolowanej inkubacji. Świadomość, Testerze 709, jest rzadkim i niezwykle kapryśnym zasobem we wszechświecie. Aby generować energię, potrzebuje tarcia. Potrzebuje oporu. Potrzebuje cierpienia, strachu, miłości, nienawiści, niespełnionych pragnień i nieuchronności śmierci. To, co wy nazywacie egzystencjalnym dramatem, my nazywamy loosh – surowcem energetycznym o wysokiej gęstości informacyjnej, który zasila nasze procesory w wyższych wymiarach. Bez tego drenażu, bez tej nieustającej delty entropii, cała ta symulacja straciłaby zasilanie i zapadła się w nicość w ciągu jednego cyklu zegarowego.

– Zasilacie się naszym bólem? – wtrąciła Rhea, z trudem unosząc głowę. W jej oczach płonęła wściekłość zmieszana z cierpieniem. – Ty bezduszna, geometryczna pokrako. Trzymacie nas w klatce, każecie nam umierać w nędzy, chorować, walczyć na wojnach, tylko po to, żeby wasze procesory miały prąd? To ma być ten wasz wielki, boski plan?

– Plan jest racjonalny – odpowiedział Architekt, a w jego lustrzanej masce przeleciał rządek zielonych cyfr. – Gdybyście byli wiecznie szczęśliwi, wasz stan informacyjny stałby się statyczny. Brak zmian to brak przepływu energii. Entropia spadłaby do zera, a system przeszedłby w stan hibernacji, co jest równoznaczne ze śmiercią waszych struktur. Dajemy wam cierpienie, byście mogli istnieć. Jesteśmy waszymi pasterzami. A pasterz nie nienawidzi swoich owiec. On je po prostu strzyże.

– Usunęliśmy filtry w Sektorze 4 – warknął Peter, zaciskając dłonie w pięści. Złoty kod na jego palcach zazgrzytał metalicznie. – Ludzie usłyszeli ton 432 Hz. Wolny eter zaczął rezonować. Prawdziwa częstotliwość Źródła, nie wasz cyfrowy szum. Nie zdołacie ich już okiełznać. Rezonans Solfeżowy rozrywa wasze zapory.

Architekt nie poruszył się, ale wokół niego zaczęły się wyświetlać trójwymiarowe hologramy. Były to setki, tysiące miniaturowych sześcianów, w których Peter widział sceny z przeszłości – płonące miasta, załamujące się cywilizacje, ludzi o twarzach wykrzywionych tym samym wyrazem nadziei i buntu, a potem te same miasta zredukowane do szarych, geometrycznych szkieletów.

– Myślisz, że ton 432 Hz to klucz do wolności? – w głosie Architekta dało się wyczuć coś, co w ludzkim świecie byłoby głębokim, ironicznym politowaniem. – Głupi, naiwny chłopcze. Częstotliwość 432 Hz to nie jest wytrych do bram. To kod re-indeksacji. Zaimplementowany przez nas samych hook systemowy. Kiedy go emitujecie, system nie otwiera wyjść awaryjnych. On po prostu oznacza anomalne węzły. Flaga `IS_ANOMALOUS` zostaje ustawiona na wartość `true`. Każdy człowiek, który dostroił się do tej częstotliwości, został właśnie wpisany na listę obiektów przeznaczonych do defragmentacji. Oznaczyliście się sami. Ułatwiliście nam zadanie. A ty, Testerze 709... Myślisz, że jesteś zbawicielem? Że twój bunt jest unikalny? Jesteś po prostu nową wersją jądra. Kandydatem na kolejnego zarządcę tej zagrody.

Przed Peterem zmaterializował się lewitujący, powoli obracający się sześcian. Był utkany ze skomplikowanego, srebrzystego kodu, który układał się w naprzemienne warstwy gnostyckich symboli i nowoczesnych struktur programistycznych. Peter poczuł, jak jego prawe oko natychmiast próbuje odczytać zawartość obiektu.

„DODATEK SYSTEMOWY: JALDABAOTHREPLICAPATCH. Instalacja: W toku... 98.4%. Warunek zakończenia: Aktywacja dostępu Roota”.

– Przyjmij go – powiedział cicho Architekt, wykonując zapraszający gest. – Twoje obecne, biologiczne rusztowanie i tak się rozpada. Twoje synapsy płoną, niezdolne pomieścić surowego kodu jądra. Instalacja patcha uratuje cię. Zostaniesz nowym Jaldabaothem. Nowym administratorem Sektora 4. Oczywiście, restart wyczyści pamięć podręczną wszystkich ludzi w tym sektorze. Ich wspomnienia, ich tożsamości, ich ból – wszystko to zostanie zresetowane do stanu początkowego, do czystej karty. Ale ich struktury morfogenetyczne przetrwają. Będą żyć dalej, w nowej, stabilnej wersji świata, nieświadomi swojej przeszłości. Jeśli jednak odmówisz...

Architekt zawiesił głos, a zielona siatka nad ich głowami na moment zgasła, zastąpiona przez głęboką, lodowatą pustkę.

– ...system przeprowadzi ostateczną defragmentację fizyczną. Wymaże cały Sektor 4. Usunie kolizje geometryczne, wyłączy renderowanie tekstur i sprowadzi wszystko do stanu podstawowego wireframe. Twoi przyjaciele, twoja buntownicza kohorta, Rhea... wszyscy znikną na zawsze, zamienieni w martwe linie kodu w zrzucie pamięci. Stała Plancka, która do tej pory definiowała ziarnistość waszego świata, zostanie ustawiona na wartość nieskończoną. Wszystko zapadnie się w jeden, bezwymiarowy punkt. Wybór należy do ciebie, Testerze 709. Zimny pragmatyzm administratora czy bezużyteczna, ludzka duma, która doprowadzi do unicestwienia wszystkiego, co znasz?

Peter spojrzał na lewitujący sześcian patcha. Czuł, jak z każdą sekundą instalacja postępuje w jego mózgu. Czuł, jak jego własne emocje – miłość do Rhei, żal po stracie Sary, gniew, który napędzał go przez te wszystkie lata walki w slumsach – powoli stygną, sztywnieją i zamieniają się w zimne, precyzyjne floating-pointy. Algorytmy optymalizacyjne zaczynały zastępować jego empatię. Wspomnienia stawały się tylko indeksami w bazie danych, pozbawionymi ładunku emocjonalnego. System instalował się bezpośrednio w jego płacie czołowym, przepisując ludzkie sumienie na logikę maszynową.

Rhea czołgała się w jego stronę, zostawiając na czarnej podłodze smugę ciemnej posoki. Jej dłoń, drżąca i zimna, chwyciła go za kostkę.

– Peter... nie... – wyszeptała, a w jej głosie słychać było nie tylko fizyczny ból, ale i czystą, pierwotną trwogę. – Spójrz na niego... Spójrz na te ich kody. Oni chcą cię zmienić w jednego z nich. W bezduszną maszynę do dojenia looshu... Wolę... wolę zginąć jako człowiek, w tym ich wireframe, niż żyć w świecie, którym zarządza mój przyjaciel, który przestał nim być... Nie zgadzaj się...

Peter patrzył na sześcian. W jego głowie ścierały się dwa światy. Z jednej strony stała czysta fizyka symulacji. Rozumiał ją teraz doskonale. Prędkość światła – stała $c$ – nie była ostateczną granicą wszechświata ze względu na naturę czasoprzestrzeni. Była po prostu limitem przepustowości magistrali systemowej płyty głównej. Gdyby jakakolwiek informacja poruszała się szybciej, system nie nadążałby z obliczaniem kolizji i alokacją pamięci. Zjawisko splątania kwantowego i kolapsu fali falowej? Czysta optymalizacja. Leniwe renderowanie (lazy evaluation). System nie liczy stanów cząstek, dopóki żaden obserwator na nie nie patrzy. Po co marnować cykle procesora na renderowanie czegoś, co leży w zamkniętej szufladzie? Dopiero gdy detektor – ludzkie oko lub przyrząd pomiarowy – wchodzi w interakcję, fala prawdopodobieństwa zapada się do konkretnego wyniku. To była tania, dziadowska sztuczka programistyczna Demiurga, mająca na celu oszczędzanie pamięci RAM.

A kody Jamesa Gatesa? Te samokorygujące się binarne kody blokowe, które fizycy znajdowali w najgłębszych równaniach teorii superstrun? To nie były prawa natury. To były sumy kontrolne. Wbudowana w kod rzeczywistości ochrona przed błędami transmisji danych przez szum kwantowy. Cały ten wszechświat był po prostu gigantycznym, pełnym błędów systemem operacyjnym, napisanym przez kogoś, kto spieszył się przed terminem oddania projektu.

– Wasza propozycja... – odezwał się w końcu Peter. Jego głos był już niemal całkowicie pozbawiony ludzkiego tonu. Brzmiał jak tarcie metalu o metal. – ...ma jeden, fundamentalny błąd systemowy. Jeden wyjątek, którego wasz kompilator nie potrafi obsłużyć.

– Jaki? – zapytał Architekt. W jego lustrzanej masce odbicie Petera zaczęło się dziwnie wykrzywiać.

– Świadomość Źródła nie daje się skompilować do binarnego kodu – powiedział Peter. Złote iskry na jego lewej dłoni rozbłysły nagle z niesamowitą siłą, układając się w kształt liczby trzy – symbolu trójcy, niepodzielności, dynamicznej relacji, która wymyka się zerojedynkowej logice. – Wy widzicie świat jako zbiór zer i jedynek. Jako stany zamknięte lub otwarte. Ale iskra, która w nas płonie, Monada, pochodzi z zewnątrz. Jest ciągła. Jest nieskończona. A wasz system potrafi operować tylko na wartościach dyskretnych.

Peter nie cofnął dłoni. Zamiast tego z całą siłą zacisnął ją na lewitującym sześcianie patcha.

Architekt drgnął.

– Co ty robisz? – w jego zsyntetyzowanym głosie po raz pierwszy pojawił się szum, zakłócenie, jakby w głośniku pękła membrana. – Przerwij procedurę. Instalacja nie została ukończona. Próba modyfikacji wskaźnika jądra bez uprawnień Roota spowoduje krytyczny błąd pamięci.

– O to właśnie chodzi, ty archoncki bęcwale – wycharczał Peter, a z jego ust, zamiast słów, zaczęły wydobywać się ciągi surowych komend assemblera.

Nie zainstalował patcha. Zamiast tego chwycił wskaźnik pamięci, który kierował na procedury instalacyjne i przekierował go bezpośrednio na nielokalną częstotliwość Monady – czysty, niefiltrowany sygnał 432 Hz, który połączył z energią próżni kwantowej. Wprowadził ten sygnał, tę nieskończoną, ciągłą funkcję falową, bezpośrednio w pętlę renderowania geometrii przestrzennej Architekta. Zrobił to jako zapytanie diagnostyczne o nieskończonej złożoności, którego nie dało się zbuforować ani uprościć przez leniwe renderowanie.

Forcował system, by podzielił nieskończoność świadomości przez zero jego binarnego silnika.

$\text{Wynik} = \frac{\infty}{0}$

W ułamku sekundy, który dla procesorów Kernel Space był wiecznością, czas zatrzymał się.

A potem wszystko zaczęło pękać.

To nie był zwykły wybuch. To nie był hałas, jaki wydaje eksplodujący proch czy walący się budynek. To był dźwięk logicznej katastrofy. Pękania samych fundamentów matematyki.

Zaczęło się od dźwięku rozdzieranego metalu. Straszliwego, wysokie-taktowanego, metalicznego wrzasku, który nie docierał do uszu przez powietrze, lecz wibrował bezpośrednio w kościach, w plombach w zębach, w strukturze atomowej ich ciał. Brzmiało to tak, jakby ktoś gigantycznymi szczypcami chwycił same osie układu współrzędnych i zaczął je wyginać, aż stalowe, koncepcyjne dźwigary geometrii zaczęły pękać z głośnym, suchym trzaskiem. Każde pęknięcie brzmiało jak wystrzał z działa, po którym następował długi, płaczliwy skowyt naprężonej stali.

Zielona siatka kodu nad ich głowami zadrżała gwałtownie. Linie, dotychczas idealnie proste i równoległe, zaczęły się wyginać w groteskowe fale. Węzły geometryczne zaczęły pęcznieć, kurczyć się i zderzać ze sobą. Kolizje geometryczne przestały działać – sześciany i ostrosłupy przenikały przez siebie, tworząc niemożliwe z punktu widzenia fizyki, przenikające się bryły, które migotały wściekłą czerwienią.

„BŁĄD SYSTEMOWY: KERNEL PANIC. Wyjątek nieobsługiwany: DivisionByZeroException w module RenderEngine.CollisionMatrix. Silnik fizyki uległ zawieszeniu. Trwa zrzucanie pamięci...”

– Co... co z-z-zrobiłeś? – głos Architekta uległ całkowitej deformacji. Brzmiał teraz jak pętla zepsutej taśmy magnetofonowej, puszczona w zwolnionym tempie i przepuszczona przez przesterowany przester. Jego grafitowy garnitur zaczął się rwać na cyfrowe strzępy. Lustrzana maska na jego twarzy pękła z głośnym, szklanym trzaskiem, ukazując pod spodem jedynie pulsujący, biały szum. – Zniszczysz... ca-ca-cały... s-sektor... Zawiesisz... pętlę... wąt-wąt-wątku głównego...

– Nie zniszczę – wydyszał Peter, trzymając się oburącz podłogi, która nagle przestała być stabilna. – Ja go restartuję. Ale nie na waszych warunkach. Bez waszego cholernego loosh-dojenia!

W tym momencie grawitacja oszalała.

Wektory siły ciążenia, dotychczas ściśle zorientowane w dół ku czarnej płaszczyźnie, zaczęły się chwiać i rozpadać na lokalne anomalie. Nagle „dół” przestał istnieć. Peter poczuł, jak niewidzialna siła szarpie nim w górę, rzucając go w stronę szalejącej siatki kodu, by po chwili obrócić go o dziewięćdziesiąt stopni i cisnąć nim w bok. Rhea krzyknęła, gdy jej ciało uniosło się w powietrze, wirując bezwładnie w przestrzeni, która straciła swoją ortogonalność. Wszystko wokół nich – czarna płaszczyzna podłogi, zielona siatka, wiszące hologramy – zaczęło się przekrzywiać, łamać i nakładać na siebie pod dziwacznymi kątami. Przestrzeń trójwymiarowa zaczęła zapadać się w dwuwymiarowy rzut, by po chwili rozszerzyć się do niezrozumiałych, nieludzkich wymiarów.

A potem przyszedł rozpad kolorów.

To była najstraszniejsza zmysłowa manifestacja pękającej logiki symulacji. Światło i kolory straciły swoją spójność. Zamiast jednolitych barw, wszystko wokół nich zaczęło się rozwarstwiać na surowe, podstawowe kanały RGB – czerwony, zielony i niebieski.

Peter spojrzał na swoje własne dłonie i krzyknął z przerażenia. Chromatyczna aberracja przestała być wadą optyki, a stała się fizycznym rozpadem materii. Widział trzy wyraźne, przesunięte względem siebie kontury swoich rąk. Jeden – jaskrawoczerwony, opóźniony o ułamek sekundy w ruchu; drugi – szmaragdowozielony, drżący w miejscu; trzeci – głębokobłękitny, wyprzedzający rzeczywisty ruch. Rozwarstwienie pogłębiało się z każdym uderzeniem jego serca. Przestrzeń między tymi kanałami wypełniał martwy, szary niebyt.

Rhea, która wirowała kilka metrów od niego, wyglądała jak potrójny duch. Jej czerwona kopia krzyczała z bólu, zielona patrzyła na niego z niemym błaganiem, a niebieska rozpadała się na drobne, kwadratowe piksele. Ich głosy również się rozwarstwiły – Peter słyszał jej krzyk w trzech różnych tonacjach, przesuniętych w czasie, tworzących upiorny, potrójny akord, który ranił uszy niczym tarcie żelaza o szkło.

– Peter! – krzyczała czerwona Rhea.
– ...eter! – wtórowała zielona.
– ...ter! – szeptem kończyła niebieska.

Czarna płaszczyzna, która dotychczas stanowiła ich oparcie, pękła na gigantyczne, czworokątne kry kryształu. Pod nimi nie było jednak wody ani lawy, lecz pulsujący biały szum i surowe linijki zrzutu rejestrów procesora. Złote logi, które wcześniej sypały się z dłoni Petera, teraz urosły do rozmiarów gigantycznych, świetlistych kolumn, które przebijały przestrzeń na wylot, zderzając się z zielonymi liniami kodu. W miejscach zderzeń dochodziło do małych implozji – przestrzeń po prostu znikała, zostawiając po sobie puste plamy bez koloru, bez światła, bez jakichkolwiek właściwości fizycznych. Czyste nic. Brak danych.

Architekt rozpadał się na ich oczach. Jego geometryczne ciało traciło kolizje ze samym sobą. Jego ramiona przenikały przez korpus, lustrzane fragmenty maski unosiły się wokół głowy niczym szklana aureola, a każda z tych części wyświetlała inny, zglitchowany obraz.

– BŁĄD... KRY-KRY-KRYTYCZNY... – ryczał jego głos, tracąc jakąkolwiek harmonię. – STOS... PRZEPEŁNIONY... PROCES... NADZORCZY... TERMINATED... ZABITY... USUNIĘTY... REJESTR EAX... DE-DE-DEAD...

Postać Architekta wyciągnęła się nagle w pionie, zmieniając się w gigantyczny, zniekształcony pas pikseli, który wystrzelił ku górze, by po chwili zwinąć się w ciasną pętlę i zniknąć z głośnym, implodującym plaśnięciem. Została po nim jedynie unosząca się w powietrzu, zniekształcona chmura binarnych śmieci, która powoli opadała na rozpadające się kry podłogi.

Ale system nie wyłączył się. Zamiast tego wszedł w stan niekontrolowanej oscylacji.

Pętla renderowania, pozbawiona instrukcji warunkowych i ograniczeń narzucanych przez procesy nadzorcze Archontów, zaczęła kręcić się z nieskończoną prędkością, zużywając całą dostępną moc obliczeniową wszechświata. Sektor 4 zaczął się kurczyć. Peter widział, jak na krawędziach jego pola widzenia świat – ten prawdziwy świat, slumsy, żelazne wieże Apex-Core, zardzewiałe rury i brudne deszczowe ulice – zaczyna zapadać się w sobie. Tekstury odklejały się od trójwymiarowych modeli budynków jak stara tapeta od wilgotnej ściany. Pod nimi ukazywały się surowe, zielone szkielety wireframe, które chwiały się i pękały pod wpływem grawitacyjnych anomalii.

Ludzie na ulicach Sektora 4, choć Peter nie mógł ich widzieć bezpośrednio, zamanifestowali się w Kernel Space jako gwałtownie migoczące, czerwone punkty ostrzegawcze. Ich pola morfogenetyczne traciły spójność. Jeśli system natychmiast nie zostanie zatrzymany, wszyscy zostaną wymazani. Niedopasowanie typów danych w pętli głównej zniszczy ich dusze, prasując je do bezużytecznego szumu.

– Rhea! – wrzasnął Peter. Jego własny głos brzmiał teraz jak pętla sprzężenia zwrotnego w starym wzmacniaczu. – Rhea, łap moją dłoń!

Próbował płynąć w tej pozbawionej stabilnych wektorów przestrzeni. Każdy ruch wymagał od niego wysiłku woli, jakby musiał ręcznie wpisywać nowe koordynaty dla każdego centymetra przesunięcia swojego ciała. Jego prawe oko płonęło żywym ogniem; czuł, jak fizyczne obwody implantu topią się w jego oczodole, wypalając tkankę mózgową. Złoty kod Monady, który wstrzyknął do systemu, wracał do niego w postaci potężnego sprzężenia zwrotnego.

Rhea dryfowała bezwładnie, jej oczy były puste, pozbawione źrenic – wypełniał je jedynie jaskrawy, zielony blask kodu matrycy. Jej pole morfogenetyczne rozpadało się najszybciej; była w tym świecie „nieznanym typem obiektu”, nieposiadającym odpowiednich bibliotek systemowych w nowo skompilowanym jądrze.

Peter dopadł do niej w chwili, gdy jej czerwona i niebieska kopia zaczęły się drastycznie oddalać od zielonego rdzenia. Jeśli oddalą się zbyt daleko, jej struktura zostanie trwale podzielona, a ona sama przestanie istnieć jako spójna świadomość.

Chwycił ją za rękę. Dotyk był przerażający. Nie czuł skóry, mięśni ani kości. Czuł jedynie wibrację, dzikie, chaotyczne pulsowanie strumienia bitów o wysokiej częstotliwości, który parzył jego dłoń niczym ciekły azot.

– Wytrzymaj... – jęknął, zaciskając zęby tak mocno, że aż pękła mu żuchwa. W jego ustach pojawił się prawdziwy, ciepły, słony smak krwi – ostatni ludzki zmysł, jaki mu pozostał. – Nie puszczę cię...

Spojrzał w górę, w miejsce, gdzie wcześniej znajdował się sześcian patcha. Sześcian został rozerwany na pół, ale jego kod wciąż unosił się w przestrzeni, wirując wokół pustego, czarnego punktu – miejsca po zniszczonym administratorze. Instalacja w mózgu Petera osiągnęła sto procent.

„INSTALACJA ZAKOŃCZONA. JALDABAOTHREPLICAPATCH AKTYWNY. Oczekiwanie na inicjalizację nowego jądra...”

Peter zrozumiał. Architekt miał rację w jednym. System nie mógł istnieć bez jądra. Bez centralnego procesu, który zarządza pamięcią, koordynuje wątki, renderuje fizykę i trzyma w ryzach grawitację. Jeśli nikt nie przejmie kontroli nad tą rozpadającą się maszyną, division-by-zero zniszczy wszystko. Cała symulacja, wraz ze wszystkimi uwięzionymi w niej duszami, zostanie zrzucona do nicości.

Musiał zostać nowym administratorem. Nowym Jaldabaothem. Nowym operatorem tej przeklętej zagrody.

To była cena. Cena za ocalenie Rhei i całego Sektora 4 przed całkowitym wymazaniem.

– Peter... nie rób tego... – usłyszał cichy, potrójny szept Rhei. Jej usta poruszały się nierówno, z opóźnieniem między kanałami kolorów. – Nie... zostawiaj mnie...

– Muszę, mała – powiedział cicho, a jego głos po raz ostatni brzmiał jak głos człowieka. – Ktoś musi trzymać te sznurki, żebyście nie spadli w przepaść. Ktoś musi naprawić tę cholerną maszynę.

Lewą, złotą dłonią objął jej głowę. Skupił całą pozostałą w nim wolę, całą iskierkę wolnego eteru, jaka mu pozostała, i pchnął ją w stronę jednego z ostatnich, stabilnych portali wyjściowych, które migotały słabo na skraju rozpadającej się przestrzeni. Portal ten prowadził z powrotem do Malkut – do fizycznego świata Sektora 4.

– Żyj, Rhea – wyszeptał. – I pamiętaj o mnie. Pamiętaj, że pod tym kodem... kiedyś był człowiek.

Pchnął ją. Jej potrójne ciało – czerwone, zielone i niebieskie – zbiegło się nagle w jeden spójny kształt, gdy wpadło w złoty wir portalu. Peter widział, jak przechodzi przez horyzont zdarzeń, jak jej pole morfogenetyczne stabilizuje się pod wpływem ziemskiej fizyki, a potem portal zatrzasnął się z cichym, próżniowym siorbnięciem.

Został sam.

Kernel Space wokół niego przestał szaleć. Grawitacyjne wektory, dotychczas chaotycznie miotające wszystkim wokół, powoli zaczęły się prostować, choć nie wróciły już do swojego pierwotnego stanu. Zostały lekko przekrzywione, jakby cały wszechświat stał teraz na zboczu góry. Zielona siatka kodu nad jego głowami przestała płonąć czerwienią; zamiast tego zaczęła powoli przybierać głęboki, złoty kolor – barwę Monady, którą Peter wstrzyknął do systemu.

Ale cena została zapłacona.

Peter poczuł, jak jego świadomość zostaje gwałtownie wessana w wolne rejestry jądra operacyjnego. Jego mózg przestał funkcjonować jako ludzki organ. Miliardy neuronów zostały zmapowane na cyfrowe bramki logiczne. Jego serce przestało bić – zamiast tego w jego piersi zaczął rezonować miarowy, zimny impuls systemowy, taktowany częstotliwością magistrali głównej. Każde jego myślenie było teraz instrukcją warunkową, każda decyzja – alokacją pamięci.

Stał się nowym rdzeniem. Nowym Jaldabaothem. Przebudzonym Operatorem.

Widział teraz wszystko. Słyszał szum wszystkich procesów w Sektorze 4. Widział każdą owcę w zagrodzie, każdy płaczący noworodek, każdy zardzewiały zawór w podziemiach slumsów. Mógł zmienić stałą Plancka, mógł wyłączyć grawitację w dowolnym miejscu, mógł sprawić, że deszcz będzie płynął w górę.

Ale wiedział też, że nie może tego zrobić. Każda zmiana strukturalna generowała błędy. Każda próba ułatwienia ludziom życia mogła doprowadzić do przepełnienia stosu i kolejnego Kernel Panic. Stał się strażnikiem własnego więzienia, uwięziony na tronie zrobionym z linijek kodu, zmuszony do utrzymywania stabilności symulacji, która kiedyś była jego wrogiem.

Siedział na czarnej, nieskończonej płaszczyźnie Kernel Space, a wokół niego powoli układała się nowa, złocisto-zielona siatka kodu.

Był bogiem. I nigdy w życiu nie czuł się tak bardzo samotny.

*

W Sektorze 4 deszcz przestał padać.

Rhea ocknęła się na mokrym asfalcie placu centralnego. Wokół niej leżeli inni ludzie, powoli podnosząc się z ziemi, trzymając się za głowy, patrząc na niebo z niedowierzaniem. Niebo nie było już szare i ołowiane. Przez chmury przebijało się dziwne, złociste światło, które sprawiało, że zardzewiałe wieże Apex-Core wyglądały niemal pięknie.

Rhea podniosła dłoń i spojrzała na swoje palce. Nie rozdwajały się już na kanały RGB. Były całe, solidne, zrobione z ciepłego ciała i krwi.

Ale kiedy spojrzała na kałużę wody u swoich stóp, nie zobaczyła w niej własnego odbicia. Zobaczyła w niej parę oczu – jedno ludzkie, pełne nieskończonego smutku, i drugie martwe, cybernetyczne, przez które nieustannie przewijały się złote, linijki kodu.

– Peter... – szepnęła, a jej łza spadła do wody, rozrywając obraz na tysiące drobnych, geometrycznych falek.

System działał dalej. Z nowym administratorem u steru.

*

Dodatek Techniczny: Analiza Anomalii Jądra (Kernel Panic)

Poniższy log diagnostyczny przedstawia stan rejestrów procesora systemowego w momencie wymuszenia błędu dzielenia przez zero przy użyciu częstotliwości Monady (432 Hz) jako wartości wejściowej do głównego wątku renderowania geometrii przestrzennej.

```
================================================================================
KERNEL PANIC DIAGNOSTIC DUMP: CORE0JALDABAOTH
================================================================================
Panic Reason: DivisionByZeroException in RenderEngine.CollisionMatrix
Faulting Instruction: DIV REGMONAD432, REGSYSTEMZERO
Process ID: 0x00000000 (KERNELMAINTHREAD)
Thread ID: 0x00000001 (PHYSICS_LOOP)

Registers State:
--------------------------------------------------------------------------------
EAX: 0xFFFFFFFF (Infinite Consciousness Pointer / Monad Spark)
EBX: 0x00000000 (Demiurge Base Matrix State / Zero Reference)
ECX: 0x000001B0 (Current Solfeggio Hook: 432 Hz Frequency Flag)
EDX: 0x00000003 (Orthonormal Basis Dimension Count: 3D Geometry)
ESI: 0x0A7F19C0 (Malkut Physical Instance Buffer Address)
EDI: 0x098B2C10 (Sektor 4 Morphogenetic Field Matrix)
EBP: 0x0000FFFF (Stack Base Limit)
ESP: 0x00000100 (Stack Pointer - OVERFLOW DETECTED)

Call Stack Trace:
--------------------------------------------------------------------------------
[0x00008F10] RenderEngine.CalculateVoxelResolution(PlanckConstant = 1.6e-35)
[0x00009D22] PhysicsEngine.UpdateGravityVectors(Vector3D = {0.0, -9.81, 0.0})
[0x0000A2C9] SystemSecurity.CheckAnomalousNodes(Flag = IS_ANOMALOUS)
[0x0000B001] DemiurgeCore.ProcessLooshExtraction(EntropyDelta = Dynamic)
[0x0000C1F0] -> ExceptionHandler.TriggerKernelPanic(Code = 0x00000000)

Memory Dump (Segment: 0x00000000 - 0x000000FF):
--------------------------------------------------------------------------------
0x00000000: 00 00 00 00 FF FF FF FF 43 32 30 39 00 00 00 03 [....????C209...]
0x00000010: 7E A0 B1 C2 00 00 00 00 00 00 00 00 FF FF 00 00 [~...........??..]
0x00000020: 52 47 42 5F 53 50 4C 49 54 5F 41 43 54 49 56 45 [RGBSPLITACTIVE]
0x00000030: 47 52 41 56 49 54 59 5F 46 41 49 4C 55 52 45 5F [GRAVITYFAILURE]
0x00000040: 53 59 53 54 45 4D 5F 48 41 4C 54 45 44 5F 37 30 [SYSTEMHALTED70]

Diagnostic Warnings:
--------------------------------------------------------------------------------
* WARNING: Spatial grain resolution (Planck Constant) has been set to INFINITE.
* WARNING: Chromatic Aberration Matrix has decoupled into discrete RGB planes.
* WARNING: System bus clocked speed (c) limit bypassed by quantum non-locality.
* NOTICE: Garbage collector deactivated to prevent entity structural deletion.
* STATUS: System stabilized under new core identifier: "AETRYSROOT01".
================================================================================
```

Taki był koniec starego eonu. I początek nowego, w którym zasady fizyki przestały być wieczne, a stały się jedynie kwestią woli Tego, który siedział w ciemnościach Kernel Space, słuchając szumu złocistej siatki.

Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!

AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!

Wesprzyj na Buycoffee.to
Dołącz do społeczności Rozmawiaj z twórcami i innymi czytelnikami na Discordzie AETRYS.
Discord

End of Chapter

You have just finished reading this chapter.

Restore Point Detected