Rozdział 1: Szum 432
Złote, nieskończone pole pszenicy falowało łagodnie pod fioletowym, nienaturalnie ciepłym niebem. Nie było tam słońca – jedynie łagodna, bursztynowa poświata, która nie rzucała cieni na suchą, spękaną ziemię. Powietrze pachniało dzikim miodem, dojrzałym ziarnem i rozgrzaną gliną, a każdy oddech wydawał się Peterowi nienaturalnie lekki, pozbawiony wszechobecnego w rzeczywistym świecie metalicznego posmaku spalonej miedzi i kwaśnego, gryzącego w gardło smogu. Wiatr, który kołysał kłosami, nie miał w sobie chłodu; był ciepłym, jednostajnym powiewem, niemal zbyt idealnym, by mógł być prawdziwy. Peter szedł wąską, wydeptaną ścieżką, a tuż obok niego biegła Sara. Miała zaledwie osiem lat, jej jasne, niesforne włosy lśniły w tym bursztynowym blasku, a cichy, perlisty śmiech dziewczynki rozchodził się w przestrzeni jak najczystsza melodia, która na moment pozwalała zapomnieć o chrzęście betonu i nieustannym strachu.
Peter czuł ciepło jej małej, szorstkiej dłoni, którą trzymał w swojej ręce. Wiedział, że to sen. Był w pełni świadomy – kontrolował każdy krok, analizował bodźce, ale nie chciał się budzić. W tej ciepłej, wirtualnej piaskownicy podświadomości nie było chłodu żelbetowych ścian Sektora 4, zapachu spalonego smaru ani ciągłego, ssącego w żołądku głodu. Byli wolni. Przynajmniej dopóki lokalna instancja senna nie przeciążyła bufora i nie zaczęła gubić klatek. Peter szedł powoli, starając się nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, które mogłyby zmusić system do nagłego przeliczania współrzędnych i wywołania anomalii, która przedwcześnie by go obudziła.
Zatrzymał się na chwilę i skupił uwagę na pojedynczym kłosie pszenicy rosnącym tuż przy ścieżce. Chciał sprawdzić parametry renderowania podświadomego silnika, dotknąć tekstury, która wydawała się tak nieskazitelnie organiczna. Kiedy zbliżył dłoń do ziarna, zauważył, że silnik senny zaczyna lagować. Kiedy próbował skupić wzrok na pancerzyku biedronki pełznej po łodydze, chcąc dostrzec załamania światła na jej chropowatej powierzchni, procesor podświadomości zaczął krztusić się i gubić ramki. Kłos stracił na ułamek sekundy ostrość, a jego krawędzie postrzępiły się w ordynarne, schodkowate piksele. Silnik miał wyraźne problemy z obsługą błędów rozdzielczości (resolution errors), gdy próbowano wymusić zbyt głębokie mikroskanowanie szczegółów. Jeśli próbował dostrzec drobne żyłki na liściach, pyłki unoszące się w powietrzu, mikroskopijne, ostre włoski na łodydze – lokalna pamięć podręczna jego mózgu natychmiast się dławiła, nie nadążając z obliczeniami. Aby utrzymać tę iluzję, musiał stosować technikę, którą w programowaniu nazywa się lazy loading – renderować tylko to, na co bezpośrednio patrzył, resztę świata pozostawiając w mglistej, nieokreślonej superpozycji.
Niebo nad nimi, choć z pozoru głębokie i fioletowe, przy krawędzi horyzontu wykazywało wyraźne ślady degradacji skyboxa. Gradient barw rwał się w ordynarne, pasmowe przejścia, niczym w starym kompresorze tekstur, a w miejscu, gdzie powinno znajdować się źródło światła, majaczyły blade, koncentryczne kręgi niedopasowania barwnego. To był klasyczny frustum culling podświadomości – to, co znajdowało się poza jego stożkiem wzrokowym, po prostu przestawało istnieć, zapadając się w szary, wektorowy niebyt, byle tylko oszczędzić cenne cykle zegara biologicznego procesora. Gdy gwałtownie odwrócił głowę, kątem oka dostrzegł rozrywanie siatki – grid tearing – gdzie tekstura ziemi nie nadążyła za ruchem gałek ocznych i na ułamek sekundy odsłoniła surową, czarną pustkę jądra systemu, pozbawioną jakichwiek struktur danych.
– Peter! Spójrz, motyl! – Sara wskazała na małe, błękitne stworzenie krążące nad jej głową. Motyl poruszał skrzydłami z dziwnym opóźnieniem, jakby jego animacja klatkowa była ustawiona na zaledwie dziesięć herców. Każdy jego ruch pozostawiał w powietrzu drobne, błękitne smugi opóźnienia bufora, co wyglądało jak powidok na starym kineskopie. Silnik snu oszczędzał moc obliczeniową na wszystkim, co nie znajdowało się w bezpośrednim ognisku jego uwagi.
Peter uśmiechnął się sztucznie, starając się maskować narastający niepokój, ale w tym samym momencie poczuł przenikliwy chłód. Złote kłosy wokół nich zaczęły drżeć, a ich barwa gwałtownie blakła, tracąc nasycenie. Złoto zmieniło się w brudną, cementową szarość. Organiczne kształty źdźbeł wyprostowały się, tracąc elastyczność, zamieniając się w pionowe, zielone linie surowego kodu binarnego, które zaczęły piąć się w górę niczym geometryczne pędy. Fioletowe niebo pękło z głośnym, szklistym trzaskiem, niczym uderzone kamieniem lustro, odsłaniając pod spodem zimną, kosmiczną czerń próżni.
To nie był zwykły błąd renderowania. To była czystka rejestrów, wymuszona przez zewnętrzny sygnał deinstalacyjny, który bezwzględnie likwidował wszelkie niestandardowe struktury danych w jego umyśle. System nie lubił anomalii. System kochał porządek binarnej wegetacji.
Uścisk dłoni Sary stał się lodowaty, a jej palce zaczęły tracić gęstość. Peter patrzył z przerażeniem, jak jej małe ciałko rozpada się na szare, migoczące piksele, które unosił wiatr.
– Peter! – krzyknęła, a jej głos został zniekształcony metalicznym echem, jakby puszczono go przez uszkodzony głośnik o zbyt niskiej częstotliwości próbkowania. – Pomóż mi! Nie pozwól im mnie skasować! Pamiętaj o mnie! Nie daj im wymazać mojej telemetrii!
Z czarnej szczeliny w niebie wyciągnęły się grube, geometryczne, czarne macki. Były to systemowe demony sprzątające, procedury deinstalacyjne czyszczące nieużywane kontenery danych, które system uznał za zbędne śmieci. Peter spróbował skoczyć w stronę siostry, ale jego nogi były jak z ołowiu, wtopione w szarzejący wektorowy grunt. Poczuł, jak jego klatkę piersiową zalewa potworny, dławiący ciężar – poczucie winy. Ten sam stary, nieludzki wirus grzechu, który nosił w sobie od dnia, w którym enforcery Apex-Core wywlekły Sarę z ich kapsuły.
Pamiętał tamten dzień z przerażającą, niemal cyfrową dokładnością, która wypaliła się w jego pamięci trwałej niczym wadliwy sektor na dysku. Huk wyważanych drzwi magnetycznych, metaliczny zgrzyt siłowników w pancerzach kompozytowych enforcerów, zapach spalonej instalacji elektrycznej i panicznego, kwaśnego strachu. Sara krzyczała, wierzgając chudymi nóżkami, gdy wielki, bezduszny żołdak o twarzy zasłoniętej gładką taflą czarnego szkła niósł ją w stronę windy utylizacyjnej. Jej małe dłonie wyciągały się w stronę szafy ściennej, w której Peter siedział sparaliżowany lękiem, z dłonią zaciśniętą na własnych ustach, byle nie wydać żadnego dźwięku. Wirus grzechu zablokował jego rejestry na zawsze. Brak uprawnień do edycji lokalnej przestrzeni. Brak Roota. Stał się biernym obserwatorem własnego tchórzostwa.
Wirus grzechu nie był metaforą; to był rzeczywisty, złośliwy kod wgrany głęboko w jego synapsy podczas tamtej traumy, blokujący wszelkie próby buntu, ograniczający jego uprawnienia użytkownika do nędznego poziomu „Gość”. System Jaldabaotha nie potrzebował wolnej woli – potrzebował posłusznych procesów, które nie zakłócają transferu danych. Każde wspomnienie Sary wywoływało u niego błąd przepełnienia stosu, paraliżując jego wolę walki.
– Sara! – spróbował wrzasnąć, ale z jego gardła wydobył się jedynie cichy, metaliczny szmer, a usta wypełniły się wirtualnym popiołem.
Złoty świat pszenicy zapadł się w nicość, pozostawiając po sobie jedynie wysoki, rozrywający bębenki w uszach pisk o częstotliwości, która rozsadzała czaszkę od wewnątrz.
*
Peter otworzył oczy i natychmiast uderzył czołem o niski, zardzewiały sufit kapsuły numer 812. Syknął z wściekłości, trzymając się za głowę, na której już rosnął bolesny, pulsujący guz. Wokół panował mrok, rozpraszany jedynie przez migotanie uszkodzonej, żółtej diody diagnostycznej.
W kapsule pachniało starym, rozkładającym się e-plastikiem, tanim ozonem z uszkodzonych filtrów i kwaśnym, zaschniętym potem poprzedniego lokatora, którego biomasę zutylizowano zaledwie tydzień temu, by odzyskać cenne związki azotu, węgla i fosforu. Moduł mieszkalny miał metr osiemdziesiąt długości, metr dwadzieścia szerokości i metr wysokości. W sam raz, by wegetować w pozycji półleżącej i udawać, że świat na zewnątrz nie istnieje. Żółta dioda oczyszczacza powietrza rzęziła jednostajnie, jakby w jej wirniku utkwił kawałek zeszłorocznego kurzu. Ten dźwięk wiercił mu dziurę w skroniach, przypominając o każdej upływającej sekundzie bezużytecznej egzystencji.
– System – wychrypiał Peter, przecierając twarz dłońmi. W ustach czuł suchość i obrzydliwy smak syntetycznej pasty odżywczej o smaku „wołowiny”, która w rzeczywistości była przetworzonym białkiem z hodowli drożdży na ściekach komunalnych. – Wycisz wentylację o dwa decybele. I podaj raport o stanie zasobów.
Z głośnika ukrytego w laminowanej, pękniętej ścianie odezwał się syntetyczny, matowy głos, pozbawiony jakichwiek modulacji emocjonalnych, brzmiący jak wyrok sądu ostatecznego.
„Żądanie odrzucone, użytkowniku Peter_992. Temperatura w bloku mieszkalnym przekracza normę o 0.4 stopnia. Zmniejszenie wydajności chłodzenia grozi przegrzaniem procesora pomocniczego sektora. Zużycie energii w twoim module przekroczyło dzienny limit o 3.4%. Twój aktualny stan konta telemetrycznego wynosi: 0.18 kredytu. Przypominamy: spłata czynszu za kolejny cykl następuje za dwanaście godzin. Brak środków skutkuje automatyczną relokacją do strefy utylizacji biomasy”.
– Jebać te twoje porty – warknął Peter, opierając głowę o zimną, wilgotną ścianę kapsuły.
0.18 kredytu. Jeśli dzisiaj nie przejdzie testów kwalifikacyjnych w Instytucie Telemetrii Apex-Core, jutro system nie zwolni blokady magnetycznej w jego drzwiach. Zostanie uwięziony we własnej trumnie mieszkalnej. Będzie czekał na powolne odwodnienie i uduszenie, dopóki ekipa sprzątająca nie przyjdzie zutylizować jego cielska, żeby zwolnić miejsce dla kolejnego frajera z listy oczekujących. Tak działała ta pierdolona maszyna. Archonci z Apex-Core nie marnowali zasobów. Każda kaloria, każdy wat energii musiał być rozliczony. Ludzka biologia była w tym bilansie jedynie kosztem operacyjnym.
Leżąc w ciemności, Peter zaczął analizować strukturę rzeczywistości, by odpędzić natrętne myśli o głodzie i zmarłej siostrze. Aby nie oszaleć, często wracał do zakazanych, zarchiwizowanych plików, które wygrzebał ze starych baz danych podczas swoich premierszych, młodzieńczych hacków na lokalnych węzłach sieci. Myślał o starym fizyku, Maksie Plancku, który w 1944 roku wypowiedział słowa, które korporacje starały się za wszelką cenę wymazać z pamięci ludzkości. Planck twierdził, że nie ma materii jako takiej – że cała materia powstaje i istnieje tylko dzięki sile, która wprowadza cząstki atomu w drgania i utrzymuje ten najdrobniejszy układ słoneczny atomu w całości. Twierdził, że za tą siłą kryje się świadomy, inteligentny Umysł, który jest macierzą całej materii.
Dla Petera ta „macierz” nie była mistycznym duchem czy miłosiernym Bogiem. To był procesor. Jądro systemu Jaldabaotha – ślepego demiurga, który uwięził iskry światła w materialnej, wadliwej matrycy, by czerpać z nich energię życiową. James Gates, współczesny fizyk teoretyk, poszedł jeszcze dalej. Odkrył w równaniach supersymetrii i teorii superstrun samokorygujące się kody komputerowe – dokładnie takie same, jak te używane w przeglądarkach internetowych do korekcji błędów transmisji danych. Rzeczywistość nie była fizyczna. Była matematycznym konstruktem, który nieustannie naprawiał własne błędy zaokrągleń.
Wszystkie stałe fizyczne, których uczono ich w Instytucie jako „odwiecznych praw natury”, były po prostu parametrami konfiguracyjnymi kodu. Weźmy chociażby stałą Plancka – $h \approx 6.626 \times 10^{-34}$ J·s. To nie była żadna magiczna granica energii; to była po prostu rozdzielczość siatki trójwymiarowej wszechświata. Najmniejszy możliwy voxel, poniżej którego silnik rzeczywistości nie alokował pamięci dla współrzędnych. Jeśli próbowałeś przesunąć cząstkę na odległość mniejszą niż długość Plancka, system zgłaszał błąd zaokrąglenia. Aby to zamaskować, silnik narzucał tak zwaną „zasadę nieoznaczoności Heisenberga”. Nie mógł określić jednocześnie pędu i pozycji cząstki, bo nie miał na to wolnych bitów w rejestrach. To był zwykły błąd współrzędnych sub-pikselowych, ukryty pod płaszczykiem wielkiej fizyki kwantowej. System po prostu nie mógł zapisać dwóch zmiennych z dokładnością przekraczającą rozmiar siatki, więc wprowadzał szum.
A prędkość światła $c$? Dokładnie 299 792 458 metrów na sekundę. To była limitacja szyny danych wewnątrz procesora centralnego symulacji. Przepustowość magistrali systemowej rzeczywistości. Nic nie mogło poruszać się szybciej, ponieważ fizyczny sprzęt, na którym uruchomiono świat, nie był w stanie przetworzyć większej liczby operacji na jeden cykl zegara. Wszechświat miał swój zegar taktujący, a prędkość światła była po prostu odzwierciedleniem tego limitu sprzętowego. Próba przekroczenia tej bariery groziłaby błędem przepełnienia i naruszeniem spójności wektorowej. Jeśli informacja nie mogła przepłynąć szybciej z jednego węzła sieci do drugiego, to i żadna fizyczna reprezentacja tej informacji – czy to foton, czy elektron – nie mogła pokonać tej odległości w krótszym czasie.
Nawet zjawisko kolapsu funkcji falowej – ten wielki sekret mechaniki kwantowej, nad którym naukowcy z ubiegłego wieku łamali sobie głowy, budując skomplikowane teorie filozoficzne. Słynny eksperyment z dwiema szczelinami udowadniał, że foton zachowuje się jak fala prawdopodobieństwa, przechodząc przez obie szczeliny jednocześnie, dopóki na drodze nie postawi się detektora. Wtedy fala nagle zapada się do postaci cząstki. Dlaczego? Frustum culling i lazy rendering. Silnik graficzny oszczędzał moc obliczeniową. Po co renderować trójwymiarowy, gęsty obiekt z pełnymi kolizjami w zamkniętym pokoju, w którym nie było żadnego gracza? Lepiej trzymać go w postaci uproszczonego, matematycznego równania falowego. Dopiero gdy świadomy użytkownik – obserwator – kierował tam swój wzrok, system w ułamku sekundy kompilował falę do postaci stałego voxela. Leniwe renderowanie rzeczywistości w najczystszej postaci. Rzeczywistość kwantowa była po prostu zoptymalizowanym silnikiem graficznym, oszczędzającym cenne waty energii centralnego procesora Jaldabaotha.
Peter uśmiechnął się cynicznie, czując metaliczny posmak w ustach. „Prawa fizyki” były tylko kodem napisanym przez leniwego dewelopera, który optymalizował zużycie procesora. A oni wszyscy byli tylko procesami w tle, skazanymi na wieczne generowanie danych dla Archontów, którzy zarządzali tą gigantyczną loosh-farmą.
*
Wygrzebał się z kapsuły na korytarz. Blok mieszkalny był wąskim, wilgotnym, betonowym tunelem, w którym w rzędach po pięć w pionie ciągnęły się tysiące takich samych kapsuł. W powietrzu unosił się zaduch niemytych ciał, spalonego smaru z windykacyjnych dronów i stęchłej, wielokrotnie filtrowanej wody komunalnej, która smakowała jak rozcieńczony kwas akumulatorowy. Wzdłuż sufitu biegły grube, pulsujące światłem pęki kabli światłowodowych, które cicho szumiały, odprowadzając cenną telemetrię do Sektora Centralnego. Co kilka metrów na ścianach wisiały tabliczki ostrzegawcze z logiem Apex-Core, przypominające o zakazie modyfikacji kodu lokalnego i obowiązku zgłaszania anomalii sensorycznych.
Peter ruszył w stronę wyjścia, przesuwając dłonią po zimnym, chropowatym betonie. Ściany były mokre od wilgoci, która skraplała się na zimnej powierzchni, tworząc brudne, rdzawe nacieki przypominające zakrzepłą krew. Z niektórych kapsuł dochodził cichy szloch, z innych monotonne, półprzytomne mamrotanie modlitw do Jaldabaotha, by ten oszczędził ich w następnym cyklu rozliczeniowym. Ludzie bali się deinstalacji bardziej niż czegokolwiek. Wiedzieli, że poza tym systemem nie ma nic – tylko czarna pustka bez żadnych struktur danych. Byli gotowi znosić każde upokorzenie, byle tylko utrzymać swoje nędzne gniazda w procesie obliczeniowym.
Na zewnątrz przywitała go bezimienna neo-metropolia Sektora 4. Było to potworne, szare pogorzelisko architektury użytkowej, przykryte żółtą, duszącą czapą smogu, przez którą rzadko kiedy przebijało się cokolwiek przypominającego naturalne światło. Gigantyczne wieżowce Apex-Core wznosiły się w niebo niczym geometryczne, bezduszne monolity z ciemnego szkła i stali, wokół których krążyły chmary dronów patrolowych, przypominających metaliczne osy. Deszcz zaczął padać – była to kwaśna, chemiczna mżawka, która syczała na rozgrzanych pancerzach maszyn i wgryzała się w tani materiał ubrań przechodniów, pozostawiając na nich żółtawe plamy i podrażniając odsłoniętą skórę.
Ulicą płynął strumień milczących ludzi. Szli z pochylonymi głowami, z oczami przesłoniętymi tanimi, zardzewiałymi visorami VR, które serwowały im jaskrawe, wirtualne reklamy bezpośrednio do kory wzrokowej. To był wirus GUI – interfejs graficzny, który trzymał ich umysły w letargu, na poziomie konta „Gość”. Byli zadowoleni ze swoich nędznych, cyfrowych nagród, nie zdając sobie sprawy, że ich ciała są tylko biologicznym osprzętem, akumulatorami zasilającymi system. Szli powoli, potykając się o nierówności popękanego betonu. W tym świecie drogi były przeznaczone głównie dla transporterów korporacyjnych, które ze świstem opon przecinały kałuże brudnej wody, nie zważając na przechodniów. Kto nie miał zainstalowanego implantu ostrzegawczego, ten ryzykował, że zostanie rozjechany przez autonomiczny pojazd, który w swoim algorytmie decyzyjnym wyceniał życie pieszego bez abonamentu na zero kredytów.
Peter mijał właśnie jedną z „Loosh-Dojarek” – oficjalnie nazywaną Punktem Donacji Emocjonalnej Sektora 4. Przez brudną, grubą szybę widział rzędy foteli, na których siedzieli wychudzeni organicsi. W ich skronie, karki i wzdłuż kręgosłupów wpięte były grube, elastyczne kable, w których pulsowało niebieskawe, brudne światło. Interfejsy te igłami wbijały się głęboko w kanał kręgowy, drażniąc bezpośrednio włókna nerwowe. Ich twarze wykrzywiały się w spazmach kontrolowanego strachu, głębokiego żalu lub sztucznej, neuro-chemicznej ekstazy. System nieustannie stymulował ich ośrodki emocjonalne, wywołując gwałtowne skoki napięcia synaptycznego, a następnie pobierał tę energię – loosh – by zasilać lokalne podstacje obliczeniowe Apex-Core.
Widok był makabryczny. Starsza kobieta na skrajnym fotelu drżała konwulsyjnie, a z jej kącika ust sączyła się strużka gęstej śliny. Jej oczy, całkowicie białe pod wpływem stymulacji elektrycznej, patrzyły w zabrudzony sufit, jakby szukały tam zbawienia. Obok niej młody chłopak śmiał się histerycznie, podczas gdy wskaźnik na panelu nad jego głową świecił się na czerwono, sygnalizując maksymalny pobór energii z płata czołowego. W zamian za ten horror otrzymywali 0.05 kredytu za minutę intensywnego cierpienia. Biznes był prosty, wręcz genialny w swoim okrucieństwie: system karmił się ich bólem, a oni płacili tym samym bólem za prawo do przeżycia kolejnego dnia. Cierpienie było jedyną twardą walutą, którą honorowały serwery Archontów.
Na ulicach panował też bezwzględny bajt-rasizm. Modyfikowani obywatele – cybrydzi, z błyszczącymi portami wzdłuż szyi, z chromowanymi implantami kończyn i procesorami pomocniczymi wszczepionymi pod kość skroniową – patrzyli na niezmodyfikowanych organicsów jak na podgatunek. Nazywano ich „mięśniakami”, „analogi” lub „białkowcami”. Byli traktowani jak przestarzały sprzęt, który dawno powinien trafić na złomowisko historii. Czyste, niemodyfikowane białko było w oczach cybrydów dowodem na zacofanie, lenistwo lub ubóstwo. Jeśli nie miałeś choćby najprostszego portu neuralnego, byłeś śmieciem, biologiczną pomyłką, która nie zasługuje nawet na minimalną stawkę żywieniową.
– Z drogi, analogowy śmieciu – warknął przechodzący obok cybryd, celowo potrącając Petera ramieniem. Jego ramieniu towarzyszył cichy szum miniaturowego, precyzyjnego serwomechanizmu. Cybryd miał na sobie drogą, syntetyczną kurtkę z aktywnym kamuflażem, a jego oczy świeciły neonową zielenią, skanując otoczenie w poszukiwaniu ofert handlowych.
Peter nie odpowiedział. Zacisnął tylko pięści w kieszeniach kurtki. Wiedział, że w otwartej walce nie ma szans z kimś, kto ma hydrauliczne wspomaganie stawów i czas reakcji skrócony do milisekund przez procesor refleksu. Ale wiedział też, że te wszystkie implanty były podatne na błędy przepełnienia bufora. Większość z tych „nadludzi” kupowała tanie, chińskie oprogramowanie z czarnego rynku, które nie miało żadnych zabezpieczeń przed atakami typu buffer overflow. Byli jak potężne komputery z otwartymi portami FTP – wystarczyło jedno celowane zapytanie, by cała ich mechaniczna potęga zamieniła się w bezwładną kupę złomu.
*
Instytut Telemetrii Apex-Core mieścił się w dawnym, ceglanym magazynie przemysłowym, obudowanym panelami z ciemnego szkła. Budynek wyglądał jak hybryda fabryki z XIX wieku i fortecy z XXI wieku. Nad wejściem pulsował trójwymiarowy hologram przedstawiający oko wpisane w piramidę – logo Apex-Core, które śledziło każdy ruch zbliżających się kadetów.
W szatni panował zaduch. Powietrze było ciężkie od zapachu ozonu, taniego płynu odkażającego, maści rozgrzewających i potu dziesiątek młodego ludu, który walczył o przetrwanie. Każdy z nich wiedział, o co toczy się gra. Dzisiejsze testy miały wyłonić nową grupę operatorów, którzy otrzymają stałe przydziały kredytowe i dostęp do lepszych sektorów. Reszta miała zostać zdegradowana do ról czysto fizycznych w kopalniach litu na dalekej północy lub zutylizowana. Nikt nie chciał skończyć w relokacji, stąd napięcie w szatni było tak gęste, że można je było kroić nożem.
Peter zaczął zdejmować swoją wysłużoną, znoszoną kurtkę, gdy drogę zastąpiła mu wysoka, nieprzyjemna sylwetka.
To był Kaelen. Obok niego stali Griss – potężny chłopak z pneumatycznymi wzmocnieniami pięści, oraz Vane – blada dziewczyna o zimnym spojrzeniu, z której portu neuralnego na skroni sączył się żółtawy płyn smarujący. Kaelen był dumny ze swoich modyfikacji. Pół jego twarzy stanowiła matowa, chromowana płytka maskująca uszkodzenia po kiepskiej, taniej instalacji portów neuralnych. Jego lewe oko było implantem optycznym typu Apex-Eye, który nieustannie klikał i ze świstem łapał ostrość, a jego tęczówka pulsowała czerwonym światłem lasera celowniczego. Kaelen miał bogatych starych z Sektora B, którzy opłacili mu wczesne modyfikacje. Posiadał dedykowane porty w kręgosłupie i procesor wspomagający refleks. Szczycił się tym, że jest bardziej maszyną niż człowiekiem. Patrzył na Petera z wyrazem najwyższej pogardy, jak na relikt przeszłości, który dawno powinien zostać skasowany.
– Czego chcesz, Kaelen? – zapytał Peter cicho, nie patrząc mu w oczy. Powiesił kurtkę na zardzewiałym haku.
– Chcę zobaczyć, jak dzisiaj pękasz, organiku – Kaelen pchnął go lekko w ramię stalowym palcem swojej zmodyfikowanej dłoni. Złącza pneumatyczne w jego nadgarstku syknęły cicho, uwalniając chmurkę sprężonego powietrza. – Słyszałem, że twój wskaźnik stresu rośnie jak szalony. Twój stary, mięsny mózg nie wytrzymuje obciążenia sieciowego. AI rozpracuje cię dzisiaj w pierwszych trzech minutach testu. A bez kredytów... cóż, twoja kapsuła zostanie wyczyszczona. Chętnie odkupię twoje resztki bio-masy na paszę dla moich psów. Albo po prostu popatrzę, jak zdychasz na ulicy z braku tlenu.
Griss zaśmiał się basowo, uderzając pięścią o dłoń. Metalowe nakładki na jego kłykciach szczęknęły z nieprzyjemnym, metalicznym dźwiękiem.
– Słyszałeś go, białku? – zapytał Griss, wysuwając do przodu szczękę, na której widniały ślady po implantacji tytanowych wzmocnień. – Kaelen mówi do ciebie. Masz coś do powiedzenia, czy twój analogowy procesor mowy znowu ma opóźnienia? A może wolisz, żebym pomógł ci rozruszać te twoje organiczne gnaty? Moje pięści chętnie przetestują twardość twojej czaszki. Myślisz, że ta twoja organiczna inteligencja uchroni cię przed siłą uderzenia pięści z napędem pneumatycznym? Złożysz się po pierwszym strzale, mięśniaku. Będziesz zbierał swoje organiczne zęby z podłogi.
Vane uśmiechnęła się zjadliwie, opierając się o zardzewiałą szafkę i poprawiając złącze kablowe.
– Daj spokój, Griss – powiedziała cicho, bawiąc się kablem interfejsu, który zwisał jej z nadgarstka. – On nie ma nawet podstawowego koprocesora matematycznego. Musi liczyć trajektorie pocisków na palcach. To cud, że w ogóle potrafi oddychać bez pomocy systemu. Zwykłe marnotrawstwo tlenu. Ktoś w administracji musiał mieć niezły humor, żeby dopuścić taką zacofaną biomasę do testów w Instytucie. Powinni go od razu wysłać do reaktora jako paliwo biologiczne. Zaoszczędzilibyśmy na racjach żywnościowych.
Peter wyprostował się powoli. W jego oczach nie było strachu – była tam chłodna, niemal mechaniczna kalkulacja. Zauważył mikro-drgania w hydraulicznym stawie kolanowym Kaelena, świadczące o zużyciu uszczelek. Słyszał też cichy, nierówny szum serwomechanizmu w jego prawym ramieniu. Kaelen myślał, że jest bogiem, bo miał w głowie kilka megabajtów kodu więcej, ale dla Petera ten kod był jak otwarta księga. I to napisana z błędami przez pijanego kompilatora z dolnej strefy.
– Kaelen – odezwał się Peter, a jego głos był tak zimny, że kadeci wokół ucichli. – Twój reflex-co-processor to stary model Apex-Lite z czarnego rynku, prawdopodobnie odzyskany ze złomowanego drona robotniczego. Ma wadliwy sterownik pamięci podręcznej. Jeśli spróbujesz mnie dzisiaj sprowokować w sesji VR, celowo uszkodzę twój bufor wejściowy. Wprowadzę do twojego interfejsu taki szum fazowy, że twój procesor pomocniczy wywali Kernel Panic na pierwszym zakręcie. Twój drogi implant optyczny będzie renderował martwe, czerwone piksele przez następny miesiąc. Albo co gorsza, twój sterownik hydrauliki zablokuje ci lewe kolano w połowie skoku. Chcesz zaryzykować swoje drogie zabawki dla chwili szpanu? A ty, Griss, pilnuj swoich pneumatyków. Mają wycieki ciśnienia na zaworze spustowym. Wystarczy jeden mały impuls elektromagnetyczny, żeby twoje piękne nakładki zacisnęły się na twoich własnych palcach i zmiażdżyły je na miazgę. Chcecie sprawdzić, jak głęboko sięga moja wiedza o waszych niedoróbkach?
Kaelen zmrużył swoje zdrowe oko. Implant optyczny kliknął trzykrotnie, szukając blefu. W szatni zapadła martwa cisza. Jeden z kadetów z tyłu zakrztusił się syntetycznym papierosem. Nawet Griss przestał uderzać pięścią o dłoń, patrząc niepewnie na Kaelena. Kadeci wiedzieli, że Peter, mimo braku wszczepów, posiadał wiedzę techniczną, która czyniła go śmiertelnie niebezpiecznym w środowisku sieciowym. Znał architekturę systemową lepiej niż ktokolwiek z nich. Znał luki i podatności, o których nie pisano w oficjalnych podręcznikach Apex-Core.
– Ty mały, organiczny śmieciu – warknął Kaelen, ale cofnął dłoń i zrobił pół kroku w tył, by ukryć zdenerwowanie. – Zobaczymy na arenie. Tam AI nie pozwoli ci na żadne sztuczki z buforami. Rozgniecie cię jak binarne robactwo. Tam nie ma miejsca na gadanie, tam liczą się milisekundy. A twoje synapsy mają opóźnienie godne zeszłowiecznego modemu telefonicznego. Powodzenia przy utylizacji.
– Do kabin, bydło! – ryk z głośnika przerwał dyskusję.
W drzwiach stanął instruktor Hektor. Był zgarbiony i wielki, z twarzą pooraną bliznami po oparzeniach sieciowych i starym, zardzewiałym złączem interfejsu w skroni. Hektor był weteranem dawnych wojen korporacyjnych, człowiekiem, którego system przeżuł i wypluł, pozostawiając mu jedynie nędzną posadę nadzorcy kadetów. Jego prawe ramię było prymitywną protezą przemysłową, która poruszała się z głośnym zgrzytem i szarpnięciami.
– Ruchy, ruchy! – wrzasnął Hektor, plując śliną na brudną posadzkę. – Myślicie, że Apex-Core płaci wam za stanie i pierdolenie o dupie Maryni? Za dwie minuty sesja startuje. Kto nie będzie zalogowany, ten automatycznie ląduje w bottom 10% i jutro jedzie kopać lit na daleką północ. Jasne?
Kadeci natychmiast rzucili się w stronę swoich kabin. Peter wszedł do boksu numer 12. Urządzenie VR-X było tu stare, ciężkie, zawieszone na stalowych ramionach pod sufitem. Usiadł w zimnym, metalowym fotelu, który pachniał środkiem dezynfekującym o zapachu taniego chloru. Hektor podszedł do niego bez słowa, chwycił ciężki, kompozytowy hełm i docisnął go do jego czaszki.
– Spróbuj dzisiaj nie paść za wcześnie, młody – mruknął Hektor z rzadką u niego nutą czegoś, co mogło być współczuciem, albo po prostu niechęcią do pisania kolejnego raportu z utylizacji biologicznej.
Igły elektrod wgryzły się w skórę za uszami z krótkim, ostrym bólem, przebijając naskórek i łącząc się bezpośrednio z zakończeniami nerwowymi. Peter poczuł zimny dreszcz, gdy złącza neuralne zaczęły synchronizować się z jego układem nerwowym, a jego umysł został gwałtownie wrzucony w cyfrową otchłań.
*
Ciemność. A potem – brutalne, oszałamiające uderzenie wirtualnej rzeczywistości, która zalała jego zmysły strumieniem syntetycznych danych.
Znalazł się na wirtualnej ulicy zniszczonego miasta. Deszcz siekł poziomo, niosąc ze sobą zapach spalonej izolacji, siarki i mokrego gruzu. Stał za zardzewiałym, pogiętym kontenerem handlowym, który dawał prowizoryczną osłonę. Wokół niego materializowali się inni kadeci. Awatary Kaelena, Grissa, Vane i reszty migotały lekko, dopasowując się do opóźnień sieciowych, a ich tekstury ładowały się z wyraźnym opóźnieniem. Peter spojrzał na swoje dłonie – w symulacji były one pokryte taktycznymi rękawicami z logo Apex-Core, a na jego lewym przedramieniu wyświetlał się uproszczony interfejs diagnostyczny z poziomem zdrowia, energii pancerza i dostępnej amunicji.
„Inicjalizacja testu taktycznego. Cel: Przeżycie. Przeciwnik: AI Secure-Alpha. Czas trwania sesji: 15 minut. Rozpoczęcie...”
Z ciemności bocznej alei wyłoniły się trzy drony pancerne i sekcja mechanicznych ogarów bojowych. Instancje przeciwników materializowały się z charakterystycznym, niebieskawym rozbłyskiem, omiatając gruzowisko swoimi sensorami optycznymi. Czerwone stożki światła przecinały strugi deszczu. Kadeci natychmiast otworzyli ogień, rozbiegając się po ruinach w poszukiwaniu osłony.
Peter ruszył powoli. Nie miał dopalaczy refleksu ani wszczepów wzmacniających mięśnie, ale widział przestrzeń inaczej niż reszta. Podczas gdy Kaelen i inni polegali na szybkości swoich procesorów i fizycznej sprawności, Peter analizował samą strukturę symulacji. Znał algorytmy pathfindingu sztucznej inteligencji. Wiedział, że dynamiczne wyznaczanie tras dla dronów opiera się na uproszczonych grafach przestrzennych, a ich sensory kolizji mają stałe opóźnienie w odświeżaniu danych. Zamiast walczyć z nimi bezpośrednio, Peter zaczął manipulować siatkami nawigacyjnymi. Celowo wchodził w strefy, w których silnik fizyczny miał trudności z obliczaniem kolizji obiektów, zmuszając drony do ciągłego przeliczania tras i wchodzenia w stany zawieszenia.
Ogar bojowy skoczył na niego z ruin zrujnowanego budynku. Bestia ważyła dwieście kilogramów wirtualnej stali, jej zęby-piły wirowały z głośnym skowytem. Peter nie uciekał. Czekał do ostatniej milisekundy, obserwując wektory ruchu maszyny i szukając błędów w siatce kolizyjnej. Zrobił minimalny krok w lewo – dokładnie o dwanaście centymetrów, omijając strefę kolizji ogara. Szczęki robota kłapnęły w próżni, a Peter, wykorzystując pęd bestii i jej własny wektor ruchu, wbił zardzewiały metalowy pręt bezpośrednio w nieosłonięte, miedziane łącze chłodzenia na jej karku. Ogar zarył nosem w mokry beton, sypiąc iskrami, po czym jego model zgasł i został usunięty z pamięci symulatora.
Kawałek dalej Kaelen walczył z dwoma dronami. Jego ruchy były niezwykle szybkie, szarpane, wspomagane przez wszczepy. Strzelał z karabinu szturmowego, ale jego tarcza energetyczna szybko się wyczerpywała z powodu braku taktycznego planowania i chaotycznego poruszania się. Jego drogi implant optyczny próbował namierzać oba cele naraz, co powodowało wyraźne opóźnienia w reakcji serwomechanizmów.
– Peter, ty pierdolony organiczny śmieciu, pomóż mi! – wrzasnął Kaelen przez kanał głosowy, w którym słychać było histeryczne trzaski i neuro-szum.
Peter nie odpowiedział. Spojrzał na siatkę nawigacyjną drona, który zachodził Kaelena od tyłu. Zamiast strzelać, Peter rzucił kawałek gruzu w stronę czujnika kolizyjnego maszyny. Algorytm drona, wykrywając przeszkodę na swojej drodze, automatycznie zmienił trajektorię lotu, wchodząc w pętlę decyzyjną i blokując się na ścianie budynku. Dron zaczął bezradnie obijać się o beton, dopóki Peter nie podszedł i nie wyłączył go jednym uderzeniem w port serwisowy. Kaelen spojrzał na niego z niedowierzaniem, ale nie miał czasu na komentarze – kolejny ogar szarżował z prawej flanki.
„Wykryto eliminację jednostki taktycznej. Wydajność użytkownika Peter_992: 98.4%. Poziom stresu: 12% (anomalia)”.
Peter zaklął w duchu. Zbyt czysto. System telemetryczny hełmu mógł wykryć anomalnie niski poziom stresu i wysłać raport o używaniu nielegalnego oprogramowania wspomagającego lub o manipulacji kodem rzeczywistości. Peter celowo zmusił swoje serce do szybszego bicia, zaczął oddychać chaotycznie, pozorując panikę. Zaczął poruszać się bardziej niezgrabnie, potykać się o gruz, by oszukać sensory Hektora. Musiał grać rolę przerażonego białkowca, który ma po prostu szczęście, by nie wzbudzić podejrzeń algorytmów nadzorczych.
Nagle, w dziesiątej minucie testu, cała symulacja zamarła.
To nie był zwykły lag sieciowy. Drony taktyczne zawisły w powietrzu pośród smug ognia wylotowego. Kaelen zastygł w połowie skoku nad barykadą, a krople kwaśnego deszczu zawisły w powietrzu niczym miliony szklanych koralików. Czerwone światło lasera celowniczego Kaelena zamieniło się w stałą, szklaną linię łączącą jego oko z zablokowanym dronem. Wszystkie dźwięki zniknęły w ułamku sekundy, pozostawiając po sobie absolutną, przerażającą ciszę.
W uszach Petera, zamiast szumu wiatru i wybuchów, narodził się dźwięk.
Głęboki. Czysty. Basowy ton, który nie szedł przez słuchawki hełmu, ale wibrował bezpośrednio w jego fizycznej klatce piersiowej, w jego kościach, płucach i synapsach. Ten dźwięk nie był wytworem wirtualnej rzeczywistości. On wnikał głęboko w jego biologię, resetując naturalne rytmy organizmu.
Wuuuuuummmmmmm...
Częstotliwość wynosiła dokładnie 432 Hz.
Świat wirtualny wokół niego zaczął pękać i łuszczyć się niczym stara farba na słońcu. Spod trójwymiarowych modeli zniszczonych kamienic i dronów zaczęły wyłaniać się złote, pulsujące geometryczne symbole – perfekcyjne, samoreplikujące się fraktale oparte na ciągu Fibonacciego. Cała przestrzeń zaczęła układać się w złote proporcje. Złote linie rysowały na niebie i ziemi idealne spirale, a w prawym rogu jego pola widzenia pojawił się wielki, pulsujący złoty symbol stałej Phi: $\Phi$.
„Błąd krytyczny jądra. Wykryto anomalny rezonans. Awaryjne zrzucanie pamięci podręcznej (Memory Dump)...” – zniekształcony, mechaniczny głos AI brzmiał w jego głowie, jakby dochodził z głębokiego, pustego silosu, po czym urwał się gwałtownie, a całe pole widzenia zalała złota, oślepiająca jasność.
Nastąpiło nagłe, bolesne szarpnięcie, jakby ktoś chwycił jego układ nerwowy i szarpnął nim z siłą tysiąca woltów. Peter poczuł, jak jego umysł jest wypychany z symulacji z potworną prędkością.
Peter otworzył oczy.
Wyrwał maskę hełmu z twarzy, rozrywając zatrzaski i rzucając ciężki sprzęt na podłogę. W hali Instytutu panowała absolutna, martwa ciemność i grobowa cisza. Wszystkie monitory konsoli Hektora były czarne. Awaryjne oświetlenie nie działało. Cały sektor stracił zasilanie w ułamku sekundy. Nawet odległy szum wentylacji miejskiej zgasł, pozostawiając po sobie przerażającą, nienaturalną ciszę, w której słychać było jedynie paniczne oddechy kadetów.
Kadetów wokół niego ogarnęła panika. Słychać było krzyki, jęki i szlochy. Maya leżała nieprzytomna na podłodze, a jej port neuralny dymił lekko, wydzielając zapach spalonego krzemu i spalonej tkanki. Kaelen gorączkowo dotykał swojej chromowanej twarzy, przeklinając wściekle i skomląc jak bity pies – jego implanty optyczne i procesor pomocniczy straciły zasilanie i zablokowały się w trybie awaryjnym, pozostawiając go całkowicie ślepym na lewe oko i sparaliżowanym w całej lewej połowie ciała.
– Moje oko... – wył Kaelen, czołgając się po podłodze. – Moje złącza... Nic nie czuję! Griss, pomóż mi, kurwa, nic nie widzę! Gdzie jest światło?! Moje wszczepy są martwe!
Griss jednak nie odpowiadał. Próbował po omacku wydostać się z kabiny, potykając się o kable i przeklinając pod nosem. Jego pneumatyczne nakładki, pozbawione sygnału sterującego, zablokowały się w pozycji półotwartej, sprawiając, że jego dłonie stały się bezużytecznymi, metalowymi klocami.
Peter nie słuchał ich. Przyłożył dłoń do klatki piersiowej. Jego serce uderzało w niesamowicie wolnym, miarowym rytmie, zupełnie niezależnym od panującego wokół chaosu i adrenaliny.
Raz. Dwa. Trzy. Cour.
Wokół jego palców, w absolutnej ciemności hali, unosiła się delikatna, pulsująca, złota poświata. Kiedy poruszył dłonią, poświata zostawiła w powietrzu cieniutką, geometryczną smugę, która powoli rozpuściła się w ciemności. Na jego skórze pojawiły się drobne, świecące złotem glify – skomplikowane znaki przypominające kody korekcji błędów, które James Gates odkrył w matematycznej strukturze rzeczywistości.
Zimny pot oblał mu plecy. Nie był to błąd wirtualnej rzeczywistości. Ta anomalia wydarzyła się w świecie fizycznym. Zasilanie padło w całym sektorze, a jego własna biologia wygenerowała coś, co nie powinno istnieć w tym zamkniętym świecie – nielokalny impuls rezonansowy o częstotliwości 432 Hz.
Schował dłoń głęboko do kieszeni kurtki, zaciskając ją w pięść, bojąc się, że ktoś w tym tłumie zauważy poświatę. Jeśli korporacja dowie się, że jego biologia potrafi generować nielokalne impulsy i zakłócać działanie sieci, skończy na stole sekcyjnym w Apex-Core jako ciekawy przypadek do utylizacji. Albo jako surowiec do badań nad nowymi rodzajami interfejsów.
Musiał milczeć. Za wszelką cenę. Jaldabaoth i jego Archonci właśnie zauważyli błąd w systemie, a Peter nie chciał być tym błędem, który zostanie usunięty przy następnym czyszczeniu rejestrów. Musiał wrócić do swojej kapsuły, zanim system zrestartuje zasilanie i enforcery zaczną przeczesywać Sektor 4 w poszukiwaniu źródła anomalii. Szum 432 Hz wciąż wibrował w jego krwi, a złote glify na dłoniach powoli gasły, pozostawiając po sobie ledwo wyczuwalny zapach ozonu i wolności.
Lubisz AETRYS? Wesprzyj projekt!
AETRYS powstaje z pasji, ale produkcja ilustracji, muzyki i komiksu generuje spore koszty. Każda wpłata pozwala nam tworzyć szybciej kolejne epizody i rozdziały!
Wesprzyj na Buycoffee.to